Aleksandra Kamycka – opowiadanie

Ilustrowała: Natasza Kornobis

Aleksandra Kamycka – opowiadanie

ciało

boję się, że moje cierpienie bierze się z ciała. boję się tego, że choroby biorą się z jednej komórki, a potem przechodzą na dziesiątki, setki, tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy, miliony komórek, dotykają naszej świadomości jako biologiczna konsekwencja, przyczynowo-skutkowy szlak, powinność, coś, co jest zbadane i ma fachową nazwę, którą można nam zdiagnozować, a my, smutni i rozczarowani, rozbici, romantyczni post-rewolucjoniści, anhedoniczni nieudacznicy rozmawiamy  o tym, że jest nam źle, bo mamy jakąś medyczną kategorię wynikającą z  c i a ł a. stan tego ciała pozwala nam żyć i pracować, jeść i cieszyć się, płakać i myśleć, i wychodzić z domu, wracać do domu i znowu pracować, ale w domu, a potem cieszyć się, żeby z niego wyjść, a potem do niego wrócić, żeby zasnąć i znowu wyjść, i znowu pracować, żeby móc żyć. ciało jest dyktatem. bardzo mocno w to wierzę.
widziałam ciała w różnych etapach rozkładu. ludzi z posiniaczonymi brzuchami od zastrzyków, podpiętych do maszyn monitorujących jakieś liczby i jednostki, z ciemniejącymi kończynami.. żyjąc, zgadzamy się na powolny rozkład, choć nie chcemy tego, ale chcemy żyć, a żyjąc skazujemy się na starzenie , na utlenianie biologicznej masy, którą w sobie nosimy. i kiedy czujemy się źle, nie możemy powiedzieć: moja dusza płonie. jesteśmy rozgoryczonymi romantykami wtłoczonymi w ciało. masą kształtowaną ciągłym ruchem, z kostnym szkieletem będącym jej rusztowaniem. ogromem komórek ze strukturami stworzonymi z białek. nijakim tworem w rozwojowej chorobie.
boję się, że moje cierpienie zaczyna się w tkance jakiegoś narządu. boję się, że nie mogę cierpieć bez żadnej organicznej praprzyczyny. chciałabym odłączyć myślenie od ciała. myślenie nie może być wikłane przez słaby i bezradny byt. przekraczając granicę cielesnej hegemonii, wkraczamy na drogę niczym nieskrępowanej post-politycznej anarchii.
to wszystko brzmi jak romantyczny manifest albo zapis rozkładu ciała pożeranego przez własne, chore komórki. chorowanie jest nieprzyjemne. cierpienie jest nieuniknione. tu nie chodzi o wskrzeszanie paradygmatów. tu chodzi o artystyczną samowolę w świecie, w którym nie można wyjść poza bezradność.
w świecie, w którym nasza sprawczość ogranicza się hegemonią słabego ciała, nie można mówić o sprawiedliwej konkurencji. ostatkiem sił próbujemy złapać oddech, skazani na porażkę. spotykamy się gdzieś przypadkiem, otoczeni przez własne, ułomne, cielesne skorupy. spojrzysz na mnie, ale nic nie powiesz. a ja zatopię się w horyzoncie brutalistycznej architektury i kilku ładnych budynków na nowoczesnych, grodzonych osiedlach. pójdę do apteki kupić kolejne lekarstwa niszczące moje słabe ciało. wrócę do domu i niedługo zapomnę, że w ogóle cię widziałam. zasnę po raz kolejny tego dnia, a przed tym będę prosić mój chory mózg, żeby tym razem nie śniły mi się koszmary. kiedy wstanę na nic już nie będę mieć siły.
nieuchronność katastrofy popycha nas w ramiona nihilistycznej post-rewolucji. nosimy w sobie smutek zaprzepaszczonych nadziei na romantyczne rewolty. nosimy w sobie perspektywy post-wywrotowych filozofii. posępni i rozczarowani tańczymy na zgliszczach skompromitowanych ideologii. przekuwamy stare i mdłe idee w antyinsurekcyjne antyprawo.
stare pragnienia powoli obrastają dziką roślinnością, fermentują. ich słabe ciała rozpadają się na kawały. patrzymy prosto w oczy tej smutnej, cichej katastrofie. i wcale nie jest nam przykro. „Pozwoliłem, by czas upływał. Pozwoliłem, by przepadło to, czego należało bronić.” [1]
uważam, że kapitulacja była nam pisana. obojętnie patrzyliśmy na opuchnięte, gnijące członki dawnych, wzniosłych myśli. rozeszliśmy się bez pożegnania. i już nigdy nie wróciliśmy.
czasami łudzę się, że w tamtym miejscu jednak wyrosło coś pięknego. ale nawet jeśli tak się stało, to miejsce nie jest już moje. nie czuję się spadkobierczynią nowych, idealistycznych filozofii. zamiast tego, lubuję się w brzydocie. w tej bezwstydnej, niczym nieskrępowanej, turpistycznej prawdzie – w jej ciężkiej estetyce, w jej śliskich, gnijących wnętrznościach, w brudzie, w pleśni, w kurzu, w jej surowej, nieobronionej antyformie. i nie mam wcale na myśli tej pięknej, muzelanej brzydoty. nie interesuje mnie fantazja o performatywnej, ładnej ohydzie ładnych, bogatych ludzi. lubuję się w tej zwykłej, codziennej brzydocie zwykłych, codziennych dni.
marna egzystencja ma swoją silną, stalową konstrukcję, a przynajmniej ja to tak widzę – użytkowa brzydota z wielkiej płyty wypluwająca z siebie oślizgłe trzewia, wystające z niej przewody instalacyjne, jej brudna klatka schodowa i wielki śmietnik na odpady zmieszane w samym środku czegoś, co ma trochę jeszcze niezabetonowanej przestrzeni, kilka drzew i huśtawki – nasza marna egzystencja z post-emancypacyjnym potencjałem. czasami wchodzę do tych szarych szaf sąsiednich osiedli i oglądam ją z innych, ciekawszych perspektyw. to wgapianie się w horyzont ma coś w sobie. czuję wtedy ulgę. i jakieś dziwne zjednoczenie ze światem, którego nienawidzę. ale nie zrzucam kotwicy. wracam do domu (który jest bardzo podobnym, brzydkim blokiem) i kładę się spać po raz kolejny tego dnia, prosząc mój chory mózg o przyjemny sen. kiedy wstanę, na nic już nie będę mieć siły.

[1] G. Debord, Krytyka oddzielenia, 1961

Aleksandra Kamycka – (ur. 2003 r.) – studentka, interesuje się filozofią współczesną. w swoich tekstach porusza tematy związane z życiem w późnym kapitalizmie, depresją, anarchizmem i sztuką.

Natasza Kornobis (ur. 1998) – studentka communication design. Uwielbia świadome doświadczanie świata. Intryguje ją człowiek i natura. W wolnym czasie śpiewa, gra na ukulele, tańczy i maluje. Pełna skrajnych emocji. Fascynuje ją film, muzyka i malarstwo. W nocy w środku lasu, przy blasku księżyca czuje się jak ryba w wodzie. Instagram: @moonllady_