Mariusz Sobótka – opowiadanie

Ilustrowała: Maia Grotowska

Mariusz Sobótka – opowiadanie

 

Gabi i zgraja bosych podglądaczy

Gabi ma trzynaście lat i niezłe warunki, by urodzić dziecko. Od przeszło roku miesiączkuje, piersi Gabi są sporo większe od piersi jej koleżanek z klasy, biodra szerokie, a brzuch płaski i umięśniony. Gabi chodzi na lekcje tańca i ma taką figurę, że dorosłe baby odwracają się na ulicy z zazdrością, a stare z oburzeniem, że brzuch na wierzchu. Matka Gabi kopci szlugi w samochodzie i mówi niewiele, a ojczym zakrada w nocy do jej pokoju. Choć dotychczas nie została wydana na ten temat fachowa opinia, Gabi przedstawia wiele zachowań z gatunku obsesyjno-kompulsywnych, obgryza paznokcie, wyrywa włosy z głowy i nie potrafi usiedzieć w bezruchu dłużej niż kilka sekund, dlatego lekcje w szkole są dla niej męczarnią. Higienistka mówi, że Gabi ma ADHD. Dyrektor też. Jeśli chodzi o psychikę dziecka są dwie drogi – normalne albo ADHD.

Schodzimy do piwnicy. Myślę o tym, co się mówi o Gabi. George ją spytał i mu powiedziała, że to kłamstwo. Więc luz. Gabi nie płacze na korytarzu podczas przerwy, nie przychodzi do szkoły pijana i ma trzy koleżanki. Czy tak wygląda ofiara gwałtu? Na pewno nie w programie Ewy Drzyzgi, gdzie ofiary gwałtu mają zamazane twarze i mówią zniekształconym głosem. Obstawiamy, czy będzie flak. Nie potrafię sobie wyobrazić, że nie będzie, ale tego, że będzie, też nie.  Boska Gabi goła. Co za dupa bez ryja. Gdyby ryj był taki jak reszta, w życiu by nie spojrzała na Georga. No i gdyby miała po kolei w głowie. Gdyby jej ojczym nie ruchał. Uwaga!, ktoś z przodu ostrzega, ale za późno. Kurwa!, mówi Mokra Gira – wtedy jeszcze nieznany pod tą ksywą. Mokra Gira zawadził łbem o rurę. To, że ją ojczym, to plotka, mówi George. Dwa tygodnie chodził z nią w te i wewte, od klatki do parku, od parku do klatki, a myśmy za nimi chodzili, żartując sobie z Georga, który jest starszy o dwa lata, ale niższy o głowę od Gabi, co za pała, ale to myśmy za nimi chodzili i chowali w krzakach, ona się co rusz odwracała jak opętana przez demona dziewczynka z horroru. Głowa Gabi skręca się o 180 stopni i diabelski uśmiech zjawia się na twarzy. Gdyby jeszcze tak językiem robiła. W sumie to całkiem podniecające. W sumie to wszystko jest całkiem podniecające. George i Gabi za rękę idą, patrzymy od tyłu na Gabi. Śmiejemy się, każdy myśli swoje. Nic z tego nie będzie. Tak samo myślimy w piwnicy, choć jak żeśmy za nimi chodzili, nikt nie sądził, że dojdzie do piwnicy, a tu proszę. Kapie woda, bulgocze w rurach, ciemno. Uwaga! Cicho, cicho! (szept). Ona pyta, czy oni za nami idą, a on, że nie, że też idą do parku. Też wracają z parku, a teraz znowu idą do parku. George upatruje swojej szansy w tym, że Gabi jest głupia. Wszyscy tak sądzą. Ma nadzieję, że Gabi da się zaciągnąć do piwnicy, a my mu kibicujemy, bo beka, jak robi z siebie błazna, ale gdy po tygodniu ona go całuje na pożegnanie, co widzimy ukryci za śmietnikiem, i mówi mu, że się zastanowi, powiedziała, że się zastanowi, mówi nam potem George za śmietnikiem, sam zaczynam mieć nadzieję, no bo zobaczyć cycki Gabi, to byłoby coś. Nie myślę, że Gabi jest nieletnia, bo sam jestem nieletni. Dwie nieletniości dają plus. Boję się tylko, że ją ojczym ruchał. Pytam Georga, czy dalej chciałby to zrobić, gdyby się dowiedział. Nie ruchał, mówi kumpel i otwiera drzwi do piwnicy zapasowym kluczem. George powiedział Gabi, że do piwnicy jest tylko jeden klucz. Jeden na cały świat. No idiotka. I że nikt ich nie będzie widział. Zamknijcie je, ale cicho, mówi kumpel z przodu do nas z tyłu. To żelazne drzwi i jak się nimi mocno trzaśnie, słychać na dachu. Z dachu widać oczyszczalnię ścieków, starą piaskownię i drugą superjednostkę. Wchodzimy na dach, żeby popatrzeć. Setki okien, w których odbijają się okna i balkony superjednostki, na której dachu stoimy, a w nich kolejne okna i balkony. Piękny dzień. Kobiety wieszają pranie. Mężczyźni palą papierosy, a psy, celowo lub przypadkiem zamknięte na balkonach, szczekają na psy srające na trawnikach. Nie wiadomo, czy wzywają w ten sposób pomocy, czy może upominają inne psy, psy z balkonu, by im nie srały pod oknem. Jedno z nich należy do pokoju Georga. George dzieli go ze starszym bratem. Starszy brat Georga to tylko nogi. Nie pamiętam jego twarzy, za to z łatwością mógłbym narysować klamrę skórzanego paska i uda wielkie jak kolumny doryckie, korynckie lub jońskie. W gimnazjum co roku inna nauczycielka. Co roku lecimy od początku. Mezopotamia: między Eufratem a Tygrysem. I tak dalej. Możesz się przesunąć? George pyta brata, gramy na konsoli. Brat Georga nie może usiedzieć w miejscu, zwłaszcza gdy coś opowiada, a że cały czas coś opowiada, pozostaje w ciągłym ruchu. Też pewnie ma ADHD. Maszujemy dwa przyciski, najszybciej jak się da, z nadzieją, że wyjdzie z tego jakiś super atak. Przyjąłem ekwilibrystyczna pozę; pochylony szukam ekranu między nogami brata Georga. George z kolei jest odchylony, bo jego brat też maszuje, ale pięściami w ramię Georga. Spierdalaj! spierdalaj!, bo przegram! Po mięśniakach nie ma potem śladów, ale brat Georga to wielki chłop i potrafi przygrzmocić. Udaje, że jest bokserem Steve’em z Tekkena. Lewy, prawy, lewy. George puszcza bąka. Ty prosiaku! (śmiech). A w piwnicy nie można się śmiać. Tym bardziej wstrząsa mną pierd, głupi żart Mokrej Giry. Cicho, cicho! Idziemy dalej gęsiego. Ciemno i wilgotno. W lewo i prawo od głównej piwnicznej arterii odchodzą krótkie korytarze. Tam się sika i kradnie. Na jeden zaułek przypada sześć komórek lokatorskich z ażurową furtką zbitą ze sztachet zamiast drzwi. Można poświecić i jeśli dojrzy się coś fajnego, przepiłować zamek. A jak nie ma nic fajnego, można tam nasikać. Uwaga, rura! (szept).

Brat Georga był wczoraj w klubie Wydział Farmacji i mówi, że znów się napierdalali. Fakt, nie jest to klub bokserski, ale nikt nie chodzi tam tańczyć. Tym razem dresiarz rozpruł komuś brzuch. Napieprzamy na zmianę dwa przyciski. Tak, nożem – mówi brat Georga. Z mroku pobliskiego parku wyłaniają się jeden za drugim jak hieny lub szakale, widać tylko białka przećpanych oczu. Ochroniarze z klubu to ich kumple. Studentów nie widać, choć Wydział Farmacji to część UŚ-u. Chce mi się siusiu (Gabi do Georga), w głębi korytarza słychać skrzypienie drzwi – stoimy i czekamy. W klubie wszyscy fukają albo jarają. Próbowałeś, pyta brat Georga. Próbowałem. A lizałeś się? Lizałem. A on się nie lizał, mówi brat Georga, wskazując na Georga, czerwonego ze wstydu. Jest tam jeszcze kumpel brata Georga – Rudy. Rudy też już się lizał. Tylko ta pierdoła została. Brat Georga klepie go po karku. Przestań. Przesuń się, nie widzę. Rudy ma na oko trzy metry wzrostu i anoreksję. Rudy to taki sam kłamca jak ja. George wie chyba, że ja też nie, ale pozwala bratu, by z niego żartował. Nawet to lubi, póki brat nie przesadza. To jak z Gabi i ojczymem. Ale on jej nie ruchał, mówi George. Brat Georga mówi, że im szybciej zacznie (George), tym lepiej. Daje mu rady (brat Georga) i zastępuje bratu ojca, który zmarł pięć lat temu na raka, ale prawdziwym powodem śmierci był alkoholizm. Georga poznałem wcześniej, w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Był wtedy pyskatym i ruchliwym rozrabiaką. Higienistka powiedziała matce Georga, że jej syn prawdopodobnie choruje na ADHD. W drugiej klasie George przeprowadził się do Hanysowa, gdzie jego stary wykitował na wódę. Wrócił do nas w czwartej klasie jako inne dziecko. Na pierwszy rzut oka nieśmiałe i ciche. Uwięzione w pętli nerwowych tików, których nie zdołałbym zliczyć z uwagi na ich ciągłe permutacje, mogę natomiast wspomnieć o tym najbardziej charakterystycznym. George ma coś jakby częstoskurcz prawego policzka na wysokości kości jarzmowej, któremu towarzyszy mrużenie prawego oka i skrzywienie w prawą stronę ust zrobionych w dzióbek (trochę jakby go kręciło w nosie). Tik ten wykonuje średnio cztery razy na minutę (jak coś mówi, to częściej, a jak się zdenerwuje, to cały czas). Ponadto męczą go i ograniczają znane większości ludzi, lecz w przypadku Georga zintensyfikowane i przekraczające granicę dowcipu, nerwice ruchowe, jak na przykład przestępowanie progów tylko i wyłącznie prawą nogą, spychanie z chodnika osób, z którymi spaceruje czy ich wyprzedzanie. Mówi, że nad tym nie panuje, że nie da się nad tym zapanować, ale jak idzie z Gabi, to idzie normalnie.       

Ciemno i wilgotno. Kapie woda i świszczy wiatr szukający ucieczki z piwnicy. Ktoś mówi: za bardzo hałasujemy i się skapną. Pada pomysł, żeby zdjąć buty i resztę drogi do kanciapy przebyć boso. Dzięki bogu za kanciapę. Starzy kumpla od kanciapy nie podejrzewają, że piwnica, którą udostępnili synowi na warsztat, żeby miał gdzie naprawiać te wszystkie rowery, magnetowidy i radia, w ciągu ostatniej doby została przekształcona w plan zdjęciowy. Miejsce dwóch starych foteli zajęła znaleziona na śmietniku wersalka (stan dobry). Ktoś przybiegł i powiedział, że żule się na nią czają i musimy lecieć. Pracowaliśmy w chustach na ustach, żeby się nie podusić od kurzu. Co niepotrzebne, czyli wszystko prócz wersalki, zostało wymiecione za drzwi albo zepchnięte pod ścianę. Przy wejściu stanęła lampa na żółtych nogach, jakiej używa się na przykład w warsztacie samochodowym. Snop światła jest wycelowany dokładnie w wersalkę na drugim końcu pomieszczenia. Okrywa ją miękki koc z tygrysem. Miły w dotyku. Byliśmy zgodni, że musi być gruby i miły w dotyku, skoro ma na nim spocząć goła dupa Gabi. Na razie w majtkach różowych jak trutka na szczury, ale i tak szok, że do tego doszło. George siedzi obok w musztardowych slipach i skarpetach podciągniętych do kolan. Nie wiem, na kogo patrzeć. Powinienem na Gabi, bo Gabi to dupa, ma cycki i cipę, cipę – powtarzam, ale nie mogę oderwać wzroku od Georga. Skąd on wziął te majty? Cicho, cicho! (szept). Ja jestem Pan Tik-Tak, zjebanie to mój znak. George nerwowo podciąga skarpety, zaraz je rozerwie. Czuję się jak na statku. Faluję w jedną lub drugą stronę i ucieka mi dziura z Georgem i Gabi. Każdy chce popatrzeć. Ktoś mówi, że to jak peep show. Czy chodzi mu o gazetę, na którą się stale natykam? …druga szuflada w narożnym regale naszej meblościanki – pod albumem ze zdjęciami z komunii. Albo na wystawce w kiosku. Za frontową szybą widać papierosy i Gazetę Wyborczą. Za szybą z lewej komiksy i szampon, a za szybą z prawej gołe baby. Na dole tylko trochę gołe. Playboy i CKM. Na górze bardzo gołe. Włochate cipska. Między nimi Peep Show. W krzakach, gdzie gra się w karty, jak się ma siedemdziesiąt lat, na stole ze skrzynek – Peep Show. Kumpel kopie skrzynki i się śmieje. Ktoś stale niszczy bazę dziadów w krzakach. W innych krzakach, gdzie żule piją wino, Peep Show cały w strzępach – któryś podtarł sobie dupę. Marysia – udaje mi się odczytać – ma twarz pomiętą i umazaną gównem bezdomnego żula. Może to ci sami, którym zabraliśmy kanapę. W ruch poszły kamienie. Mało wam?! Mało?! Wykręcili nam bramki z boiska i zanieśli na złom. Rozebrali drabinki na placu zabaw. Kanapa jest nasza! Jestem pewien, że słowo peep odnosi się do pipy, że chodzi tu o jakąś rewię cip, na co zresztą wskazują ordynarne zdjęcia. To nie są modelki, to zwyczajne kobiety. Kurwiszony. Te z Playboya to gwiazdy. Taką bym chciał za żonę. George prosi Gabi, żeby zdjęła majtki. Ty pierwszy – mówi Gabi. Geroge zerka na drzwi i widzi Wielkiego Białego Rapera, którego poster przykrywa prawie całą ich powierzchnię od wewnętrznej strony. Eminem kuca i obserwuje parę kochanków tym swoim eminemowym wzrokiem: nieustępliwym i nieodgadnionym. Co za buntownik. Co za facet. Eminem na pewno ma jaja i fajną bandanę. Kumpel od kanciapy mówi, żebyśmy uważali na drzwi, bo skrzypią. Eminem przypomina Georgowi brata. Brat też ma jaja. I chce, by George miał jaja. Pamiętaj, mówi, pierwsza może być brzydka. W twoim przypadku na pewno będzie (śmiech). To nie są rzeczy, też mają uczucia, ale to plotka, ojczym jej nie ruchał, mówi George. A brat, że nie może odpuścić. Kup jej lody, colę, cokolwiek, kurwa. Ona nie jest głupia, mówi George, a ja, maszując na zmianę dwa przyciski – właśnie że jest. Brat: nie chcesz być takim frajerem jak Zdzichu. Zdzichu to gach ich matki. Także alkoholik, lecz niegroźny. Stary miał charakter. Jeździł pociągiem, zieloną lokomotywą. Był maszynistą i zabił chłopa na torach. Jak pił, to pił, jak bił, to bił. Zdzichu to przy nim płotka. Siedzi cały dzień w dużym pokoju jak sfinks. Ręce na podłokietnikach fotela i herbata też, wzmocniona czymś tam. Robi na obiad mielone, a potem wraca na fotel. Dzień dobry, mówię, on nic – dalej patrzy w telewizor. Wąsy i wodniste oczka. Brat Georga wpada do pokoju, kolega powiedział dzień dobry, może byś tak odpowiedział. Zdzichu patrzy półprzytomny i bąka: dzień dobry. Żaden z nas nie chce być jak Zdzichu. Dotknij, mówi Gabi, wspięta na kolana i oparta ręką o plecy Georga. Bim-Bom, cycki nad głową, proszę skręcić kaloryfer. Gulp! – George przełyka ślinę. Nie pchajcie się, szepczę, ale się pchają i skrzypią drzwi. Gabi obraca głowę o 180 stopni jak dziewczynka z horroru. Stoimy sparaliżowani. Ty tępy chuju, myślę o Mokrej Girze. Kto tam jest? – pyta Gabi, wpatrzona w drzwi. George zerka wystraszony – Slim Shady.

Jestem pewien, że ona wie. Mimo roztargnienia, nawet upośledzenia, Gabi rozumie, co się wokół niej dzieje i kojarzy związki przyczynowo-skutkowe nie gorzej niż szympans. Mam przy tym nadzieję, że dalej będzie udawać, że nie rozumie, dzięki czemu my będziemy mogli myśleć, że nie jest jej przykro. Nie ruchał, mówi George. Chwyta ją za rękę, bo Gabi jakby zamierzała wstać do drzwi. Nic tam nie ma, siadaj. Tryb czuwania Gabi: kolana pod brodą, oczy w słup i kołysze się na kości ogonowej, nucąc melodię z piosenki aaa, kotki dwa. Gabi, Gabi, Gabi! Nic nie dociera do tej wariatki, której banię zrył ojczym. Gabi, śpisz? Siada na łóżku i gładzi ją po włosach. George przyklepuje włosy na głowie, aż zaczynają przypominać krowi placek. Raz zobaczyłem go nie w tłustych i prawie nie poznałem. U Georga oszczędza się także wodę. Tylko matka pracuje. Zdzichu pobiera rentę inwalidzką, ale nie dokłada się do czynszu, to pasożyt; un perdedor. W mieszkaniu Georga obowiązuje ścisły reżim sanitarny. Kąpiel góra raz dziennie, przy tym poziom wody napuszczonej do wanny nie może przekroczyć żółtej obwódki znaczącej dno. Tyle wystarczy by kucnąć i podmyć się jak baba z Indii. Gorzej z myciem głowy. Dlatego włosy myje tylko matka. Wody po kąpieli używa się do spłukiwania kibla, podobnie wody spod garów. Goście są proszeni o zahamowanie procesów trawiennych. Papier na wszelki wypadek trzyma się pod kluczem, każdy z braci nosi po jednym na smyczy. Sikanie jest dozwolone, lecz niemile widziane. Pan Tik-Tak mówi do Gabi, nie bój się, tam nic nie ma. Mała, chłopięca dłoń, przemyka po oparciu wersalki. Ona grymasi jak dziecko na talerzem zupy szczawiowej. Slim Shady kuca i patrzy, a ja jestem jego okiem. Mokra Gira mówi: idę lać. George jest zdeterminowany jak ktoś, nad kim zawisło widmo publicznej chłosty. Z chęcią przyjmie nawet litość. Litość to rzecz skrojona pod niego. Trudno odgadnąć, jaki proces myślowy stoi za zachowaniem kapryśnej, zmiennokształtnej Gabi. Ale jej litość to najsłodszy dar, nie pomyślałbyś, że brutalnie zgwałcona przez ojczyma może być tak hojna. Nie widać po niej zgorszenia, przeciwnie – radosny entuzjazm młodgo odkrywcy z reklamy pieluch. Czy to możliwe, że za pomocą brzydkiego fiuta ojczym zmienił Gabi w anioła? Czy o krzywdzie trzeba myśleć tylko w jednej kategorii?  Dłoń Gabi jak pająk wspina się teraz po udach Georga, bladych, rozlanych, stykających się ze sobą od wewnętrznej strony i obrośniętych ciemnymi włoskami poskręcanymi w malutkie literki es. System regulujący pracę reaktora ulega gwałtownemu przeciążeniu; gaśnie światło, tylko gdzieś w głębi korytarza widać czerwona lampę kołującą jak latarnia morska i słychać zawodzenie syreny alarmowej. Gabi sięga ręką do musztardowych slipów. Flak – mówi ktoś obok. Wygrałem, bo był o to zakład. Gabi mówi: oj! Eminem mówi: nie bądź miękkim robiony. George ściska pierś Gabi jak antystresowego gniotka, gdy tymczasem ona próbuje ocalić jego dumę za pomocą skomplikowanego systemu ruchów pocierająco-głaszczących. Albo mamy tu naturalny talent, albo ojczym wykonał dobrą robotę. Zasłużyłaś na piątkę, dziecinko. Ale po chwili okazuje się, że to, co działa na czterdziestoletniego pedofila, nie zdaje egzaminu w przypadku czternastoletniego prawiczka. Każdy kolejny ruch dłoni to dowód w procesie o impotencję. Ława przysięgłych lubi takie sprawy. George rzuca błagalne spojrzenie na drzwi i właśnie wtedy piwnicę przeszywa soczyste: Kurwa mać! Mokra Gira zostaje Mokrą Girą. Poszedł się odlać w skarpetach i wracając wstąpił w mokre. Sekundę później Gabi skoczyła do drzwi. George, podciągając naprędce musztardowe slipy, ruszył za nią. Za późno. Sytuacja przedstawia się tak, że kurz i piasek w bladej poświacie padającej z kanciapy wyglądają jak proch strzelniczy. Gabi biała jak grecka rzeźba stoi otoczona przez równie znieruchomiałych, przyłapanych na gorącym uczynku nicponiów i kucającego rapera, to Slim Shady, urodzony i wychowany w Detroit, mieście upadłym jak nasze własne. Gabi założyła ręce na piersi i potupując nogą, rozważa, co z nami zrobić. My uszy po sobie, głowy spuszczone. Gabi nie ma problemów z nagością, ale nie potrafi znieść milczenia. Chowa się więc za drzwi i wskakuje zza nich, robiąc: buu! Co tak stoicie? Gabi tańczy. Gabi śpiewa. Zwija język w trąbkę i robi ele mele dudki, poruszając dłońmi, których kciuki są jakby wkręcone do uszu. Najgorsze są jednak te hipnotyzujące oczy, jak okna bez firanek, widać przez nie pokój i skrzypiące drzwi; do środka wpada trochę światła z korytarza; słychać kroki. Gabi, śpisz? Oczy Gabi to ślizgawka, z której nie da się podnieść po upadku.

Powinienem przykryć ją kocem i podać kubek ciepłej herbaty, ale nie mam koca, herbaty i pizdy między nogami. Chcesz dotknąć, pyta Gabi, przechodząc od jednego do drugiego jak facet z małpą na sznurku, ale żeby dotknąć małpę, trzeba zapłacić. Gabi daje za darmo. Zajebiście, mówi moja mina. Każda mina. Patrzymy na siebie minami, które mówią to, co mają mówić.

Mokra Gira pierwszy wyciąga niedźwiedzie łapy. Skośne oczy i oszczędna mimika przywodzą na myśl indiańskiego wodza. Brakuje mu tylko pióropusza. How. Siadajcie. Mokra Gira to bajkopisarz. Beton przyjmie wszystko. Opowieść o kuzynce, którą niby ruchał, znamy na pamięć. Mówimy, że nawet gdyby zawiodła genetyka, z takiego związku nie ma prawa urodzić się zdrowe dziecko. Mokra Gira chyba nie kuma żartu, ale z przyzwyczajenia tego śmiejącego się najgłośniej pyta, czy chce w mordę. Mokra Gira nosi szerokie spodnie z napisem pitbull, ale to nie oryginalny pitbull, tylko z targu (zamknij mordę – Mokra Gira do mnie). Teraz mówi, że palce się nie liczą. W piwnicy mówił co innego, ale jak mu powiedziałem, że w piwnicy mówił co innego i żeby zamknął mordę, to się mnie spytał, czy chcę w pysk. Jest dwa tygodnie później i mamy przejebane. Jest dwa tygodnie wcześniej, czyli teraz i Mokra Gira mówi Gabi, że może z nią iść zamiast tego pierdoły. Kto mówi pierdoły?

Jeśli chodzi o nieudacznika Georga, zostaje on wessany przez czarną dziurę. Znajduje się teraz w krainie Gdyby i ma przed sobą długą drogę, którą będzie musiał pokonać sam. Eminem, dotychczasowy władca planety szast-prast, abdykuje nad rzecz nowego króla, Pana Giry. Gdy popycha on drzwi do kanciapy, a snop światła znów pada na przyciągniętą ze śmietnika wersalkę, uśmiech spełza z twarzy Gabi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (do pizdy z taką wróżką). Nie, powiedział George, jak to nie?, spytał Mokra Gira, no nie, powiedziałem, liczą, liczą (Gira), sam mówiłeś, że liczą, mówię, chyba cię pojebało (Gira dwa tygodnie później). Panie przodem, mówi kawaler orderu twardego kutasa, Gabi wchodzi dziwnie spokojna, posłuszna rozkazom tego kolosa. W wąskiej szparze zamykających się drzwi obleśny uśmiech Mokrej Giry – spryciarz chciał przy zgaszonym, a wtedy ona w ryk. Śpisz, Gabi? Gabi, mów mi tato. Inaczej nic z tego nie będzie! – ultimatum Gabi. Człap, człap i znów widzimy jej nogi i głowę rozdzielone przez szerokie plecy w pryszcze. Gira wymienia spojrzenie z Eminemem. To może teraz ja ci zjadę z palca, naprawdę tak mówi, co za romantyk; ujmuje znieruchomiałą Gabi w biodrach i układa jak lalkę w pozie ginekologicznej. Nad betonowym płaskowyżem zapada zmierzch. Świat dalej bezszelestnie wiruje wokół własnej osi. Wytężam słuch, by usłyszeć oddech Gabi, cokolwiek. Gabi ma zamknięte oczy i ściska w przegubie poruszającą się coraz szybciej dłoń Giry, który bierze ten uścisk za coś odwrotnego, czym w istocie jest, i porusza nią jeszcze szybciej. Gabi pojękuje, Gira posapuje. Mam wrażenie, że zaraz ze środka chluśnie krew, ale mija czas i ze środka nie chlusta żadna krew. Gira zlany potem klęczy nad Gabi, pyta, czy jej dobrze. Gabi nic nie mówi, ale to nieważne, bo on jest już dorosły. Wyciera palce o spodnie. Gabi otwiera oczy, lecz się nie porusza. Leży Gabi w świetle na wersalce. Jasne, że liczą, mówi Mokra Gira. Czekam na niego w ciemnościach, bo poszedł się odlać. Dwie osoby stoją dalej przy drzwiach, a dwie są w środku.

Mariusz Sobótka – absolwent technikum gastronomicznego w Rybniku. Pracował jako dostawca i
piekarz. Obecnie łączy pracę przedstawiciela handlowego z wychowaniem siedmioletniej córki. W
czasie wolnym chodzi po górach i fotografuje naturę.

Maia Grotowska – graficzka. w dni powszednie łamie magazyn wnętrzarski. w czasie wolnym mizia pieski, czasem rysuje.