Kacper Tochowicz – opowiadanie

Ilustrowała: Agata Glubiak

Kacper Tochowicz – opowiadanie

 

Żubry duże dwa

Chłopaki pytają, dlaczego się zatrzymałem, chociaż ja chyba wcale się nie zatrzymałem i nie wiem, jak im wytłumaczyć, że ten pierdolony Jelcz sam jakoś tak stanął i stoi, jakby był zestrachany tymi dwoma żubrami, co się właśnie wjebały nam przed koła.

Normalnie nie zdążyłbym zahamować, przy tych osiemdziesięciu czy dziewięćdziesięciu kilometrach nie ma takich szans, nie ma o czym rozmawiać, ale jakie ma to znaczenie, skoro te żubry też stoją jak widły w gnoju, też się głupie zatrzymały, no i czekają, aż je nieumyślnie zderzakiem pierdolnę.

Co się ze mną dzieje, wydzierają się chłopaki, ja odpowiadam im najpierw grzecznie: nie mam pojęcia, widzicie, cały czas wciskam gaz, a potem mniej grzecznie: kurwa, ślepi jesteście, imbecyle, robię co mogę, żeby dojechać do jednostki, tak bardzo chciałbym nareszcie zasnąć.

No ale one, to znaczy żubry, stoją, my stoimy, więc, w przeciwieństwie do nich, zastanawiamy się, czy jak już w końcu na nie ruszymy, to będzie z tego większa kraksa, po czym zgodnie dochodzimy do wniosku, że nie powinno się nam nic złego przydarzyć, co najwyżej lekkie draśnięcia do spółki z wywołanymi adrenaliną zawrotami głowy i tyle, i jakoś do jednostki doczłapiemy, z tym że w jednostce to już będzie niemała chryja, bo jak to tak dwa żubry w środku puszczy bez mrugnięcia okiem rozpierdolić.

Jednak wszyscy tu zebrani oczami mrugamy, spoglądając na zmierzające donikąd żubry, a jednemu z nas, to znaczy Mirkowi, przychodzi do głowy taka myśl: szkoda ich w sumie, za chuj nie zdążymy zahamować, zdechną bezsensu, no na co to komu, durne bydlęcia, szkoda ich.

Odpowiadam mu, zupełnie zresztą szczerze: no tak, ale same sobie winne, kto to widział, żeby w środku nocy w ciężarówkę się bez namysłu wpierdalać, matko jedyna, ale bym już poszedł do spania.

Pragnienie snu wrogo na mnie naciska, rzęsy dygoczą, obraz się zamazuje i pewnie udałbym się w zasłużoną kimę, lecz nie mogę zapomnieć o swojej służbie, prowadzę pojazd czterokołowy z ludźmi w środku, ode mnie zależy życie chłopaków, ode mnie zależy życie w ogóle.

Czas mija, nadal stoimy, a im dłużej stoimy, tym więcej rozmawiamy o tych spierdolonych żubrach, co zginą śmiercią, wydaję mi się, zasłużoną, bo przecież wynikającą z, nazwijmy to po imieniu, pomyłki własnej, pomyłki, której ceną jest po prostu zdechnięcie, nie ma innej rady, na drodze często jak na wojnie, zginą ci, co popełnią więcej niewymuszonych błędów.

Dziwię się chłopakom mocno, ponieważ najpierw krzyczeli na mnie, że nie jadę, że stoję jak jakiś zjeb totalny, a teraz również się na mnie drą, tym razem o to, że właściwie przeze mnie te żubry zostaną przejechane, wciskają mi zarzuty jakieś od czapy typu: stary, mogłeś je zauważyć wcześniej, stary, czemu ty nigdy się nie rozglądasz, stary, jakbyś mniej paplał, może całej afery by nie było, teraz to pewnie nas zawieszą albo będziemy na cenzurowanym, wszystko przez ciebie, tępy skurwysynu.

Pluję na nich, w przenośni rzecz jasna, nie ja jestem winny, a poza tym oni sami nie lepsi, chuja ich tam żubry interesują, boją się o własny tyłek, o to, że wytykani palcami będą, że przyłożą rękę w jakimś tam sensie zbrodni, dlatego finalnie całą winę zwalą na mnie, na mnie jednego, ale przysięgam, nie dam się, bo to nie moja wina, a tych żubrów niedouczonych, co nie wiedzą, kiedy przechodzić z jednej strony na drugą, wcale nie jest moją winą, że ktoś lub coś rzuca mi się pod koła jakby to były skoki do wody, jezus maria, matko boska, spać, po prostu spać.

Podejmuję ryzyko, nie mam w tej sytuacji wiele do stracenia, i tak Jelcz stoi w miejscu i ani rusz, ani o jebany milimetr się nie ruszy, mówię do chłopaków: dobra, cwaniaki, to wysiadamy, spróbujemy je uratować.

Jarek, w zasadzie najbardziej z nich na pysku zadziwiony, po krótkim przemyśleniu sprawy pyta: ale jak mamy wysiąść, jeśli cały czas jedziemy?

I patrzymy się na siebie, pozostając przy tym patrzeniu lekko nieobecnymi, by nagle w jednej chwili wybuchnąć chamskim rechotem, który roznosi się po rozległej puszczy, mimo iż puszcza ta nie myśli nam odpowiadać.

Gdy skrzeczący śmiech w końcu ustaje, zaczynamy brać pomysł opuszczenia ciężarówki na poważnie, a największym tego zwolennikiem okazuje się Bartek: masz rację, może je przesuniemy jakoś czy coś, może się ockną, jeśli trochę je postraszymy.

Nie bardzo wiem, jak mielibyśmy przesunąć dwa ponad półtonowe cielska, lecz słowo się rzekło, więc otwieram drzwi i jako pierwszy z Jelcza wyskakuję, chłopaki czynią to samo i jesteśmy na zewnątrz, gdzie piździ złowrogim mrozem, dlatego od razu wkładam bawełniane rękawiczki, zapalam latarkę, rozglądam się wokół, moje ciało przeszywa coraz intensywniejszy dreszcz, który może być spowodowany zarówno mrozem, jak i całą tą popierdoloną sytuacją, tym mrokiem, w który swoim wyjściem mimowolnie wsiąkliśmy, stając się jego niechcianą częścią.

Bartek od początku wykazuje postawę, powiedzmy, najbardziej prozwierzęcą, stąd wcale nas nie dziwi, że to on w pierwszej kolejności podchodzi do żubrów, czule je głaska, z pomocą latarki zagląda im do ślepi, żeby ostatecznie rozkleić się jak jakiś małoletni podwórkowy przychlast, co dostał od osiedlowego herszta z liścia, no więc naturalne, że ciśniemy bekę, ale on dalej płacze, widać stara się przestać i kiedy ociera wpół zeschnięte łzy, na przemarznięte policzki raz po raz gwałtownie opadają mu łzy świeże, nieco bardziej wilgotne.

Jest wobec tego napadu smutku żałośnie bezradny, toteż podchodzę do niego, by poklepać go po ramieniu, czym uciszam pozostałych chłopaków. Bartek powoli się uspokaja, nabiera wdechu, wzburzony mówi: spójrzcie na ich oczy, widzicie, one są przestraszone, one czują, że zdechną, nie wiem jak to jest możliwe, ale zwierzęta takie rzeczy czują lepiej od nas, pod wieloma względami są dużo mądrzejsze, trzeba tylko umieć to zauważyć.

Powstrzymuję swój komentarz, gryzę się w język, dosłownie, choć w głowie myślę swoje, nigdy nie kupowałem tej całej bajki o czytaniu komuś z oczu, jak dzieckiem byłem, to często  i ludziom, i zwierzętom w oczy patrzyłem, ale nie powiem, żebym kiedykolwiek coś konkretnego tam ujrzał, oczy jak oczy, ślepia jak ślepia, odpowiadają za widzenie rzeczy, nie za czucie czy myślenie, ale z drugiej strony, co ja tam, kurwa, wiem, zaraz usnę, Jelcz odjedzie, a chłopaki razem z nim, moje ciało znajdą za to nad ranem pod warstwą śniegu, przysypany będę leżał tuż obok zwłok rozjebanych żubrów, ja dłużej już nie mogę, nie dam rady.

Obok ucha przelatuje mi kamień wielkości średniej cegły, który po nierównej szamotaninie z powietrzem trafia prosto w żubrowy zad, ale sam żubr ani drgnie, jego kopyta przywarły do drogi na amen, nie da się nic zrobić, wielokrotne uderzenie kolbą karabinu w okolice masywnego grzbietu również nie przynosi pożądanego efektu, Bartek znowu płacze, ja z kolei mam potworną ochotę tego rogatego skurwiela ugryźć do krwi, żeby było już po wszystkim, ale co by to dało, nic by to nie dało.

 Szumi mi coś, nie wiem czy w głowie, czy gdzieś z wnętrza puszczy, szum nie odpuszcza, zatapiam się w nim, a w dodatku rozjuszony Mirek bierze do ręki pistolet i celuje drugiemu żubrowi w łepetynę, co prowokuje Bartka do przypuszczenia ataku, biją się dwaj kretyni na naszych oczach, jeden przewraca drugiego, tarzają się w śniegu, przyduszają, klną i piorą po pyskach, normalnie jak dzieci w piaskownicy, jak pokłócone o lalkę w przedszkolu małe dziewczynki, rozbawia mnie to, szczerze mówiąc, w chuj.

Gdy razem z uchachanym Jarkiem rozłączamy ich od siebie, Mirek drze się do Bartka: ty skurwielu, chciałem im tylko ulżyć, jak Jelcz ruszy, to będą się męczyć, a i tak zdechną, nie pomożesz im, na co Bartek, spluwając nasączoną krwią ślinę, odkrzykuje: może jesteśmy w stanie coś zrobić, może w końcu ruszą te swoje tłuste dupska, dla ciebie to najłatwiej od razu je odjebać, swoją starą se odjeb, zjebie.

Mirek na nowo rzuca się na Bartka, ale tym razem interweniujemy nieomal natychmiastowo, szkoda energii zawodowego żołnierza, żeby hańbić mundur takimi drobiazgami, ciągniemy więc ich za fraki i wyrwani z martwego klinczu dyszą przeraźliwie, usiłując złapać oddech, a kiedy już im się udaje dojść do siebie, sprawa dwóch sterczących przed Jelczem żubrów powraca do nas czterech niczym bumerang, bo niezależnie jak bardzo byśmy się starali myśleć o sobie, w rzeczywistości bez przerwy myślimy o zaplątanych w naszej zbiorowej wyobraźni żubrach, które jeszcze co prawda żyją, ale już trochę jakby zdechły, przez co chyba są w jakiś trudny do zrozumienia sposób bliskie człowiekowi.

Bezsensownie marzniemy pośrodku milczącej puszczy, najprawdopodobniej każdy skrzętnie chowa jakieś szczątki nadziei, że któremuś uda się jeszcze wykombinować cokolwiek sensownego, lecz nikt nic nie mówi, nikt się nie odzywa, toteż zarządzam odwrót, proponując z powrotem wsiąść do Jelcza, by czekać aż ten łaskawie ruszy, słyszę jednak sprzeciw ze strony niepogodzonego z rzeczywistością Bartka, w którym nieodwracalnie coś pękło do tego stopnia, że zatracił resztki logicznego myślenia: a może właśnie byśmy się Jelczem zajęli, to znaczy przebili opony, w sensie rozkurwili go.

Zatyka mnie, chłopaków zresztą też, bo niby co dałoby nam przebicie opon, skoro odległość Jelcza od żubrów wynosi co najwyżej metr, może nawet nie, jedynie otrzymalibyśmy jeszcze sroższy opierdol z centrali, a nie daj bóg, wyszłoby, że te żubry zabiliśmy zapierdalając na przebitych przez siebie oponach, no przecież do końca życia byśmy się z tego nie wypłacili, nie wspomnę o kompromitacji, o wstydzie o hańbie, jakiej wówczas byśmy doświadczyli.

Bartek szybko sam ogarnia poziom absurdu, w jaki usiłował nas wciągnąć, przeprasza za to, że w ogóle musieliśmy go wysłuchiwać, po czym po raz trzeci w ciągu może kilkunastu minut rozpłakuje się, chociaż tym razem jest nieco inaczej, to znaczy bardziej dramatycznie, podchodzi do jednego z żubrów, żeby wetrzeć swoje łzy w żubrze futro, a następnie przyłożyć czoło do żubrzego pyska, głaska tego żubra po wielkiej, długiej mordzie, a jego człowieczy żal rozlewa się na naszą pozostała trójkę i, gdy spoglądam na Jarka i Mirka, orientuję się, iż każdemu z nas w tym samym momencie chce się płakać, natomiast trudno orzec czy rozpaczamy za tymi żubrami, co za chwilę wydadzą ostatnie tchnienie, czy za tym Bartkiem, który za cholerę nie może przyjąć do wiadomości nieuniknionego.

Instynktownie przytulamy we trójkę Bartka, on z kolei wtula się w potężnego żubra i stoimy teraz tak przytuleni w czwórkę, to znaczy piątkę, wliczając tego przytulanego żubra, lub szóstkę, wliczając żubra nieprzytulanego, a zamarznięty w czasie Jelcz obserwuje tę scenę, uważając nas zapewne za prawdziwych frajerów i myśli kiedy by tu we właściwej chwili ruszyć, by zbić tę naszą pseudozgraję niby kręgle, co padają pod wpływem uderzenia agresywnie wypuszczonej na tor kuli.

Coraz śmielsze opady śniegu wyrywają mnie jakby ze snu, którego pragnę, a który nawet się jeszcze nie rozpoczął, przerywam ten totalnie popierdolony braterski uścisk melancholii i współczucia, zmierzając w stronę Jelcza: panowie, musimy jechać, jest już późno.

Tyle wystarczyło, abyśmy się po chwili wszyscy znowu znaleźli w środku ciężarówki, Bartek siedzi odwrócony tyłem, nie zamierzając patrzeć na to, do czego zapewne niedługo dojść musi, Mirek z Jarkiem próbują sprzedać jakiś rozluźniający żarcik, lecz beznadziejnie im to wychodzi, ja z kolei trzymam się mocno kierownicy i odczuwam strumienie potu wylewane na przesuszone dłonie, normalnie jak gdyby wewnątrz pojazdu było ze czterdzieści stopni, jak gdyby ogień miał zaraz ten pojazd wypalić.

Patrząc zza szyby na sakramenckie, przeklęte, skurwysyńsko uparte żubry, uświadamiam sobie, że nie chciałbym już ruszać wcale, że wolałbym zasnąć na fotelu, oprzeć górną część ciała na kierownicy i tak oto wspaniale pogrążyć się w zasłużonym, nieskończonym śnie, w trakcie którego roiłoby mi się całe moje życie w zdeformowanej, poszatkowanej formie, a po moim życiu, jak to prawdopodobnie po życiu ogólnie rzecz biorąc bywa, nastąpiłaby ciemność, ale taka ciemność bez żalu, lęku, bez myślenia i drążenia generalnie, ciemność błoga i spokojna, ciemność ciepła i przyjazna.

Ale do tego zdaje się nie dojdzie, więc zgarbiony wyczekuję czołowego zderzenia z niczemu niewinnemu żubrami, chociaż trochę jestem na nie wściekły, że poprzez to bezmyślne wpierdolenie się pod naszego Jelcza wbiły się w moją pamięć, mam wrażenie, na resztę moich dni i nic, ale to nic.

Ruszyliśmy.

Jak tylko poczułem łomotliwy ruch ciężarówki, od razu zacząłem desperacko wciskać pedał hamulca, ale wszystko to może trwało setną sekundy, podczas której zadecydowały się losy pary żubrów, co chciały jedynie przeleźć z jednej strony na drugą, ale zamiast tego zdechły rozjechane siłą Jelcza pędzącego niczym kumulująca w sobie tony ciężkiego śniegu lawina, dlatego już nigdy nie uda im się przemierzyć ani centymetra puszczy, już nigdy swoim przeciągłym, głębokim rykiem nie zagłuszą śpiewu ćwierkających wokół ptaków.

Wysiadam z poobijanej ciężarówki, prawy bark mnie z lekka napierdala, ale w zasadzie jest okej, mogło być gorzej, z chłopakami jeszcze lepiej, nie widać po nich najmniejszych objawów kolizji, no może poza brutalnie przetrąconym przez rzeczywistość tak zwanym dobrym humorem, niepewnie maszerują tuż obok mnie, właściwe maszerują za mną, nie chcąc być tymi pierwszymi, a ja zgadzam się na bycie pierwszym, bo to przecież ja prowadziłem i to ja mogę nazywać siebie mordercą, choć nie spodziewałem się, że kiedykolwiek w podobnej sytuacji użyłbym wobec siebie takiego określenia.

Z włączoną latarką podchodzę do odrzuconych na kilka metrów żubrów, leżą rozmazane w śniegu oraz krwi, a może krwi oraz śniegu, nie wiem, im bliżej podchodzę, tym mocniej wpierdala mi się przed szereg ten szum pochodzący z głowy bądź z ciemnej puszczy, zdaję mi się, że nie stąpam po zaśnieżonej ziemi, bardziej szoruję przeźroczyste dno fikcyjnego piekła, jednocześnie ledwo utrzymując siebie przy życiu.

Jeden żubr zdechł na miejscu, drugi przewraca ślepiami, tak, przewraca ślepiami, czyli przeżył i, tak jak przewidywał Mirek, męczy się niemiłosiernie, słabowicie porykuje, imituje szamotaninę z samym sobą, lecz nie stać go już na choćby pojedynczy ruch doszczętnie pogruchotanego cielska, przewraca jedynie ślepiami a to w górę, a to w dół, a ja, do kurwy jebanej nędzy, zawsze dziewicy, wciąż w tych ślepiach nic szczególnego nie dostrzegam, nic nie widzę, no może poza bólem zrodzonym z niewyobrażalnej męki, z cierpieniem powstałym na wskutek żubrzej nieuwagi albo mojego własnego popełnienia morderstwa.

Bartek wpada w szał, ściąga czapkę, wyrywa sobie włosy z głowy, Mirek z Jarkiem próbują go okiełznać, nieskutecznie, bo ten ucieka im i rzuca się na mnie, rzuca się, przewraca mnie, a ja osuwam się bezwładnie w przepaść, słysząc pełne czystej nienawiści oskarżenie: nie mogłeś, chuju złamany, zahamować, oczywiście nie mogłeś, ty szmato, ty ścierwo, zabiłeś je, a one mogły żyć, takie piękne stworzenia, piękne, niewinne stworzenia.

Wcale niedelikatny dotyk obu pięści Bartka znika, kiedy Jarek i Mirek w końcu te pięści stopują, nie znika natomiast poczucie przebywania w otchłani, i doprawdy muszę powiedzieć, że nie wiem, jakim cudem będąc w niej udało mu się znaleźć tyle przedziwnych słów, których istnienia świadom jestem połowicznie, tak jak połowicznie jestem świadom istnienia samego w sobie.

Otrzepuję kurtkę ze śniegu, mówię chłopakom, żeby trzymali Bartka, a sam lecę do ciężarówki po karabin i gdy wracam z tym karabinem, unieruchomiony Bartek wykrzykuje w moim kierunku same najgorsze bluzgi, na co udaję kompletnie niemego, gdyż muszę się skoncentrować, by efektywnie tego żubra jednym pociągnięciem spustu dobić, niech to będzie moja ostateczna kara za ten cudownie przemieniony w istny koszmar wieczór.

Jarek doradza mi telefon do jednostki, aby rzeczy mogły się dokonać z dopełnieniem wszelkich procedur, ja jednakowoż pierdolę wszelkie procedury, chciałbym móc po prostu strzelić w łeb dogorywającemu na naszych oczach żubrowi i zasnąć, odpuścić, nie słyszeć zbierającego się wokół mnie szumu, który dręczy niemniej niż widok pary rozjechanych Jelczem rogatych bestii.

Zdychający żubr traci resztki sił, przestaje ryczeć, w tej chwili stać go wyłącznie na mizerne pojękiwania, zbieram się więc w sobie, aby nie przedłużać tej koszmarnej agonii, mierzę do niego z karabinu, lecz, do cholery jasnej, łapska mi się trzęsą, pierwszy raz moje ręce dygocą od bezpośredniej interakcji z bronią palną, karabin wydaje się lżejszy od powietrza, z powodu czego naciśnięcie za spust przychodzi mi niezwykle ciężko, jakbym miał nagle przepchnąć dziesięciowagonowy pociąg.

Głosy w głowie nieznacznie zagłuszają nieznośny szum, podpowiadając mi, żebym więcej się nie wahał, tylko strzelił, zrobił pif paf, tak żeby żubr zniknął, żebym zniknął ja, żeby chłopaki zniknęli i zniknął Jelcz, który równie dobrze mógłby teraz bez kierowcy odjechać, pozostawiając nas na pastwę krwi, nieważne czy tej naszej ludzkiej, czy tej nie naszej żubrzej.

No to pif paf.

Naboje prawdopodobnie rozdzierają mój mózg, wylatując z czaszki niby rozgrzana lawa ze spopielonego krateru, lecz ciemność wcale nie nadchodzi, czuję się lekko przeoczony, pominięty.

Przede mną leży nieodwołalnie zdechły już żubr, więc zastanawiam się, czy on przypadkiem nie ma podobnie jak ja, bo przecież gdyby wciąż mógł przełazić z jednej strony na drugą, jego koniec nie byłby taki fatalny, byłby to finał na pewno dużo lepszy niż ten, który wspólnie z chłopakami zakładaliśmy.

A co do chłopaków, to przerażeni podbiegają, potrząsają mną jak jakimś zużytym manekinem, pytają co ja takiego najlepszego odpierdoliłem, co takiego upierdoliło mi się w tej pustej czaszce, na co ja ze spokojem odpowiadam: nic szczególnego, chłopcy, strzeliłem sobie w łeb.

Pomimo że wypowiadam te słowa będąc całkowicie świadomy, ciemność nie następuje, wciąż jestem, a jakby mnie nie było, czym upodabniam się do tych biednych żubrów, stojących bez ruchu na środku ośnieżonej drogi i wyczekujących momentu, w którym Jelcz w końcu ruszy i najzwyczajniej je rozjedzie.

No więc co zrobić, niby zniknąłem, ale trochę jakbym był nadal, nadal w jakimś uciążliwym sensie pozostawał lub istniał jako pozostałość po czymś, moja rozstrzelana głowa uporczywie podpowiada mi kolejną próbę zrobienia jakiegoś pif paf, lecz widocznie metoda pif paf to zdecydowanie zbyt mało, żeby zaprzestać bycia sobą.

Szum ustaje, pragnienie snu wreszcie odchodzi, doskonale zdaję sobie sprawię, że zanim wezwana przez chłopaków pomoc przyjedzie, zatrzymany świat ponownie zostanie puszczony w ruch, żegnając się ze mną, zakrwawionym, podziurawionym i spoczywającym w sąsiedztwie dwójki zdechłych żubrów, przez co nie zdążę nawet.

Kacper Tochowicz (ur. 1997 roku w Krakowie) – absolwent edytorstwa i krytyki literackiej. Swoje teksty najczęściej publikuje w „Popmodernie”. Oprócz pisania na każdy temat i w każdej możliwej formie, największą przyjemność sprawia mu obserwowanie zwierząt, które nigdy nie będą jego.

Agata Glubiak – architektka i artystka, mieszkająca i tworząca w Berlinie. Jej prace cechuje precyzyjna kreska, uwielbia rytm i geometryczne wzory. Dotyk struktury czy zapach farby są dla niej nierozerwalną częścią procesu tworzenia. IG: glubiak