Christian Kobluk – esej

Ilustrowała: Emilia Mariańska

Christian Kobluk – esej

Kto się boi Jamesa Baldwina?

Na pierwszym zdjęciu jest ubrany w czarną koszulę i krawat. Wciąż młody, ale na twarzy ma wypisaną powagę i doświadczenie. Patrzy przed siebie, ale wyżej niż fotograf, jak gdyby patrzył na Empire State Building albo zachodzące słońce. Jest zamyślony, nieco nieobecny. Skupiony na czymś innym niż zdjęcia. Osobny.

Kolejna fotografia, która przychodzi mi na myśl – z 1966 r., gdy Baldwin gości u znajomych w Stambule. Pasiasty T-shirt, okulary z grubymi oprawami, papieros w lewej dłoni, a na stole – maszyna do pisania.

W Paryżu siedzi w barze, pije piwo, pali – to już fragment filmu dokumentalnego z 1970 r. Ma 46 lat i jest uznanym pisarzem, nie tylko w Stanach, ale również w Europie. Słucha z uwagą Algierczyków. Zza off-u słyszymy jego głos: „Algierczyk jest francuskim Murzynem”.

Dziewięć lat później krótki reportaż nakręci o nim ABC. Na jego czole pojawiły się już widoczne zmarszczki. Wśród rodziny i przyjaciół, w mieszkaniu matki, żartują, śmieją się – cieszą się ze swojej obecności. Obok niego siedzi jeden z bratanków lub siostrzeńców. Nagle wraca ów poważny, skupiony mężczyzna. Gdy zabiera głos, wszyscy słuchają w zupełnej ciszy. „Nie wierzę już w moich rodaków” – mówi z goryczą.

W 1965 r. w Cambridge mierzy się z Williamem F. Buckley’em – najważniejszym bodaj dwudziestowiecznym amerykańskim intelektualistą konserwatywnym. Debata zostaje określona najważniejszą w stupięćdziesięcioletniej historii Cambridge Union, a sala jest wypełniona po brzegi. Ma z Buckley’em dyskutować o tym, czy amerykański sen ziścił się kosztem Afroamerykanów. Elegancki, w czarnym garniturze, z początku mówi powoli, niepewnie, jakby wyczuwał publiczność. Ze słowa na słowo nabiera pewności, jego głos jest surowy, mocny, wyrazisty – podobnie jak jego słowa. Na sali panuje cisza, przerywana od czasu do czasu chichotem, gdy ironizuje. Wreszcie, po ponad 20 minutach, stwierdza: „Ludzie, którym odmawia się uczestnictwa w amerykańskim śnie, zniszczą go przez samą swoją obecność. I jeśli to się stanie, będzie to bardzo niebezpieczna chwila dla Zachodu. Dziękuję”. Gdy siada, otrzymuje owacje na stojąco, które trwają ponad minutę.

Wiele lat później Cornel West, afroamerykański filozof, powie: „Baldwin nigdy nie był popularny”.

Można to zrozumieć, gdy zobaczy się archiwalne nagrania. Pod niezagrażającą powierzchownością coś się kryło; wychodziło na wierzch dopiero, kiedy zabierał głos – kiedy mówił o skandalu, jakim była sytuacja czarnej społeczności w kraju roszczącym sobie prawo do bycia Policjantem Świata, jego twarz nabierała zupełnie innego wyrazu. Mówiły jego oczy, jego dłonie, dym papierosowy, szyja i mimika. To przeraziło FBI, w którego aktach możemy odnaleźć zdanie: „Zebrane informacje jasno ukazują, że Baldwin jest niebezpiecznym indywiduum, zdolnym do dokonania czynów wymierzonych w bezpieczeństwo narodowe i publiczne w czasach zagrożenia”. Mimo gniewu i rozgoryczenia była w nim jakaś serdeczność, poczucie humoru, może trzeba by powiedzieć nawet: figlarność.

Kiedy w 2019 r. ukazało się tłumaczenie Zapisków syna tego kraju, kończyłem szkołę średnią. Nie miałem nawet mglistego pojęcia, kim jest ich autor. Jego nazwisko gdzieś mi kołatało, ale co z tego? Dopiero rok później dowiedziałem się o nim coś więcej, gdy świat trząsł się w posadach przez protesty po śmierci George’a Floyda.

James Baldwin, zwany przez rodzinę i przyjaciół Jimmym, urodził się 99 lat temu w nowojorskim Harlemie. W 1948 r. – jak sam opowiadał: w wyniku samobójstwa przyjaciela – wyjechał do Francji, „z dwudziestoma dolarami w kieszeni i silnym przekonaniem, że nic gorszego nie spotka mnie w Paryżu niż to, co spotkało mnie w Stanach”. Pisuje eseje i recenzje. Debiutuje jako powieściopisarz tuż przed trzydziestką, w 1954 r. ukazuje się sztuka teatralna Zaułek Amen, a rok później – zbiór esejów Zapiski syna tego kraju. 1956 r. przynosi (prawdopodobnie najważniejszą powieść) Pokój Giovanniego. Przyjaźni się zarówno z liderami ruchu praw obywatelskich Medgarem Eversem, Malcolmem X i Martinem Lutherem Kingiem Jr., jak i artystami – Sidney’em Poitierem, Harry’m Belafonte, Marlonem Brando, Allenem Ginsbergiem, Lorraine Hansburry czy Toni Morrison. Przez prawie cztery dekady żyje między Nowym Jorkiem – gdzie została jego rodzina – Paryżem i Saint-Paul-de-Venice – w którym na początku lat 70. kupił dom i w którym umarł na raka żołądka w 1987 r. w wieku 63 lat.

W tym roku przypada natomiast 60. rocznica opublikowania The Fire Next Time, którego polskie tłumaczenie – zawdzięczane Danielowi Passentowi – ukazało się zaledwie dwa lata po wydaniu amerykańskim. Składają się na nią dwa listy: pierwszy, zatytułowany Mój loch zadrżał. Na stulecie emancypacji, skierowany jest do Jamesa – bratanka Baldwina; drugi – List z regionu mojego umysłu. Jednak przyjęło się mówić o tym ostatnim: Następnym razem pożar – od zamykającego go dwuwiersza z afroamerykańskiej pieśni: „Bóg dał Noemu tęczy znak,/ dość już wody – ogień następny raz!”. Stąd też wziął się tytuł całego zbioru.

W 1963 r., gdy zamordowano Eversa, a ćwierćmilionowy tłum maszerował na Kapitol, domagając się równouprawnienia, Następnym razem pożar był pełnym gniewu i oburzenia krzykiem przeciwko segregacji rasowej w USA. Nie bez powodu mówiło się o nim jako o Biblii ruchu praw obywatelskich. Każdy czytał tę książkę. Na jego eseje czekano jak na wyniki wyborów powszechnych, jego powieści, zwłaszcza Inny kraj, stawały się bestsellerami.

Można by więc włożyć słowa Westa między bajki – Baldwin był literacką gwiazdą. Ale czy na pewno?

Pokoju Giovanniego z początku nie chcieli wydać. Baldwin był „młodym murzyńskim pisarzem”, który zniechęciłby swoją publiczność, pisząc o homoseksualistach. W filmie Capote (2005) na początku mamy scenę, gdzie Truman Capote, autor Śniadania u Tiffany’ego, opowiada o swoim lunchu z Baldwinem: „Przedstawił mi zarys swojej nowej powieści. Mówi: ‘Nie chcę, by była to kolejna problematyczna książka’, a ja na to: ‘Jimmy, piszesz o murzyńskim homoseksualiście, który kocha Żyda. Nie uważasz, że to problem?’. Spojrzał na mnie i wybuchnął śmiechem, bo wiedział, że mam rację”. Niezależnie, czy ten lunch odbył się czy nie – Inny kraj faktycznie był niebywale kontrowersyjny.

Z powodu swojej nieheteronormatywności w czasie Marszu na Waszyngton grał trzecie skrzypce, chociaż przecież nikt nie potrafił tak pięknie nakreślić grozy codzienności Afroamerykanów w erze Jima Crowa. Liberalna, antyrasistowska Ameryka, której był najbardziej elokwentnym rzecznikiem, odrzucała go z powodu orientacji seksualnej. Reszta – z powodu rasy. Nigdzie nie był w pełni u siebie.

Po eseju Negroes Are Anti-Semitic Because They’re Anti-White przylgnęła do niego łatka antysemity – mimo że zamknął go słowami: „Kryzys, który ma miejsce w świecie i w umysłach i sercach czarnego człowieka na całym świecie, nie został stworzony przez gwiazdę Dawida, lecz przez stary, chropowaty rzymski krzyż, na którym najsłynniejszy Żyd chrześcijaństwa został zamordowany. I to nie przez Żydów”. A, jak podkreślił Cornel West, to właśnie liberalni Żydzi wynieśli Baldwina na piedestał.

Dla niego jednak od towarzyskich koneksji i sympatii tłumu ważniejsze było jasne wyrażanie swojego punktu widzenia na Stany Zjednoczone, które kochał jako swoją ojczyznę i których nienawidził za piekło, jakie mu zgotowały.

Nie oszczędzał nikogo. Otwarcie ironizował na temat Roberta Kennedy’ego – „jest tu od wczoraj i już kandyduje na prezydenta, a nam, czarnym, mówi, że jeśli będziemy grzeczni, to może za 40 lat pozwolą na to naszemu, choć jesteśmy w tym kraju od wieków”. Był sceptyczny wobec chrześcijaństwa – cytował Malcolma X, twierdząc, że godzina, gdy segregacja sięga zenitu, to każda niedzielna suma. Daleko mu było do Czarnych Panter czy Narodu Islamu – jako Afroamerykanin nie godził się na rezygnację z Ameryki. Dla zwolenników Martina Kinga był zbyt radykalny, dla Narodu Islamu – zbyt miękki.

Chociaż głównie pisał o Stanach Zjednoczonych, nie idealizował Europy. W Równym w Paryżu opisuje, jak w Boże Narodzenie aresztowano go w związku z podejrzeniem paserstwa – chodziło o stare prześcieradło. Brytyjczykom mówił: „czy w waszym kraju dostałbym azyl?”, wskazując, że dla czarnego nie ma ucieczki przed rasizmem – a na pewno nie w zachodnim świecie.

Ale rasizm nie był przecież jedynie ciężarem czarnej społeczności. Baldwin bardzo często przedstawiał go jako przypadłość białych, coś, z czym oni muszą się uporać. Podobnie mówił: „to wyście wymyślili czarnucha i musicie odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to zrobiliście”. Nienawiść niszczy zarówno nienawidzącego, jak i nienawidzonego – oto przesłanie Baldwina.

„Nie chcę, by młodzi Afroamerykanie uważali każdego białego za diabła” – pisał w nieukończonym nigdy manuskrypcie Remember This House. W 2016 r. Raul Peck nakręcił na podstawie tych 30 stron film dokumentalny, którego narratorem został Samuel L. Jackson. Pojawiają w nim się archiwalne nagrania i zdjęcia, nie tylko Baldwina, ale również Eversa, Malcolma X i Martina Luthera Kinga – głównych bohaterów manuskryptu; przeplatane są one z fragmentami filmów fabularnych i nagrań ze współczesnych protestów. Nie jestem twoim murzynem zdobył m.in. nominację do Oscara i udowodnił, że Baldwin wciąż pozostaje aktualny.

W tym wszystkim nie godził się na proste rozgraniczenie ludzi na białych i czarnych. Kiedy dziennikarz zapytał go, czy jest świadomy, że pisze dla białych, odpowiedział: „Piszę dla ludzi. Nie wierzę w białych, nie wierzę też w czarnych, jeśli o to chodzi. Ale widzę różnicę między byciem białym i czarnym w tych czasach”. A swojemu bratankowi tłumaczył: „Możesz być tylko zniszczony przez wiarę w to, że jesteś tym, co biali nazywają Murzynem”.

W podobnym tonie kończy The Fire Next Time: „Jeśli my – a przez to rozumiem w miarę świadomych białych i w miarę świadomych czarnych – nie zawahamy się w naszych obowiązkach, może będziemy w stanie (…) zakończyć rasowy koszmar i zmienić historię świata”.

Wielokrotnie wskazywał, że jest potomkiem i białych, i czarnych, że biali Amerykanie mają wśród linczowanych Afroamerykanów braci i siostry, córki i synów, że ich historia jest nierozerwalnie spleciona. W Wielkiej Brytanii niemal krzyczał: „Biali mężczyźni linczowali czarnych, wiedząc, że to ich synowie! Białe kobiety patrzyły na ten licz, wiedząc, że ci czarni byli ich kochankami!”.

Biały i czarny, kobieta i mężczyzna, heteryk i gej – to kategorie, które zostały wymyślone, żeby nas dzielić. W rzeczywistości są one bez znaczenia. Człowiek, którego dziadkowie byli niewolnikami, rodzice ledwo uszli z życiem, a on sam doświadczył ogromu cierpienia – a to wszystko tylko ze względu na kolor skóry i orientację seksualną – twierdził: „klęską jest upieranie się, że kategoria, do której człowiek został zaliczony, jest jedynie prawdziwą i nie da się jej przekroczyć”.

Być może z tego powodu nigdy nie wyszedł z szafy, choć przecież równocześnie był niebywale otwarty (napisał pierwszą amerykańską powieść queerową!). Baldwin nie uznawał ani szafy, ani szufladek. Patrzył na człowieka.

Uważał się za optymistę. Utrzymywał, że jest szczęśliwy. A jednak ciężki bagaż, który niósł przez życie, nie pozostawał bez znaczenia. Odkąd skończył 16 lat, dopadały go epizody ciężkiej depresji, nawet wówczas, gdy był uznanym pisarzem. Przeżywał pisanie. Najprawdopodobniej z tego właśnie powodu nie ukończył Remember This House – opowiadanie o morderstwach dokonanych na jego przyjaciołach w latach 60., było obezwładniające.

Walczył z nią przez 8 lat – napisał około 30 stron. Ale to nie jest jego rekord – Inny kraj powstawał przez 13 lat, w czasie których ukazały się 2 inne powieści, 2 zbiory esejów, sztuka teatralna i kilka opowiadań.

Mówiło się, że pisze codziennie. Po nocnych dyskusjach i drinkach siadał do maszyny i pisał do świtu. Znajomi i przyjaciele dziwią się, czemu prowadzi tak bogate życie towarzyskie, a jednocześnie jest skupiony na pracy. „Gdyby nie spotkania z ludźmi, nie mógłbym pisać” – odpowiada krótko.

Ostatecznie Jimmy, jak się zdawało, nieustannie stał na rozdrożu – i dlatego wszyscy postrzegali go jako zagrożenie. Odmawiał zajęcia jednoznacznego stanowiska, choć w jego głosie pobrzmiewa rewolucyjnie radykalna nuta. Nie chciał być żołnierzem tej czy innej opcji. Chciał być uczciwym człowiekiem i dobrym pisarzem. Żegnając go, Toni Morrison stwierdziła, że choć nigdy niczego od niej nie wymagał, w jego obecności chciała być lepsza niż jest.

Gasi papierosa i wypuszcza dym nosem. Naprzeciwko siedzi Nikki Giovanni. Dyskutują. Z tej dyskusji zrodzi się później książka. Ona ma 30 lat, on jest prawie dwie dekady starszy, ale oboje wyglądają młodziej. Spierają się. W pewnym momencie poetka mówi: „Jesteś wystarczająco mądry i jesteś wystarczająco wrażliwy, żeby wymyślić nowy system”.

Nigdy nie było to jego ambicją. Próbował jedynie – i aż – opowiedzieć, z czym zmaga się człowiek, gdy jest odrzucony. Podkreślał to po wielokroć, także wtedy, kiedy w latach 80. dziennikarka pytała go o Pokój Giovanniego. Na tym nagraniu wygląda już staro. Jest zmęczony latami walki. „To nie była książka o homoseksualnej miłości – tłumaczył. – Pisałem o tym, co się dzieje, kiedy nie możesz nikogo pokochać, nieważne, czy kobietę, czy mężczyznę. Jeśli nie możesz nikogo pokochać, jesteś niebezpieczny”.

Być może o tym właśnie całe życie pisał – o miłości. I to była też jego motywacja. Z powodu miłości objaśniał swojemu bratankowi, jak to jest być czarnym; z powodu miłości napisał List z regionu mojego umysłu. Z powodu miłości wracał do Stanów.

Sześćdziesiąt lat po wydaniu The Fire Next Time wciąż wahamy się, czy spełnić nasze zobowiązanie – zakończyć noc dyskryminacji i zmienić historię świata. Wciąż nie zrobiliśmy wszystkiego, by biblijne proroctwo odtworzone przez Afroamerykanów w pieśni się nie ziściło.

Jeśli będziemy na tyle odważni, by przestać bać się Jamesa Baldwina, być może uda nam się zapobiec katastrofie i uczynić ten świat lepszym miejscem. Jeśli nie, proroctwo się ziści i zamiast wody nadejdzie ogień. A wtedy będzie już za późno.

(2023)

Christian Kobluk – eseista, współpracownik „Tygodnika Spraw Obywatelskich”. Publikował m.in. w „ZMagazine”, „Nowym Obywatelu” i „Krytyce Politycznej”. Autor „Zapisków czarnego Polaka” (2022) oraz „Zaniku Wyobraźni” (ukaże się w 2024).

Emilia Mariańska – ilustruje. @_.emiliya_