Błażej Tomaszewski – opowiadanie

Ilustrowała: Anna Chilmon

Błażej Tomaszewski – opowiadanie

Umierają

Huk, który będzie śnił mi się po nocach. 

Przekonanie, że umieram, kończę się tu i teraz. Kaszel ojca, oblepione flegmą przekleństwo. Głośny terkot ręcznego i gwałtowne wychylenie zza fotela. Pyta, czy nic mi nie jest. Bez słów, choć z otwartymi ustami, kręcę głową, że nie. Mówi, że mam tu czekać, ale nie dodaje, jak długo. Czuję każdą sekundę. W każdej od nowa słyszę huk, łoskot gniecionej blachy, pękającego plastiku.  

Potem już sobie wyobraziłem, że widziałem oczy. Czarną toń za mgłą brudnej szyby. Że patrzyły na mnie, jakby stała za nimi niedostępna mi prawda. Jakby mówiły, że poznać taką prawdę, to uczynić zło. 

Wyobraziłem sobie po latach, bo jako dziewięciolatek przeżywałem tylko ten huk. Ale jestem też pewien, że jakaś myśl o śmieci już wtedy wykiełkowała. Przecież były w szkole pogadanki. Panowie z drogówki opowiadali o śmiertelnych prędkościach, drodze hamowania, odblaskach i poboczu. 

I mówili też o nich.  

Że czasem przebiegają. Że lepiej w nie uderzyć, niż wjechać do rowu, a nie daj Bóg zjechać na równoległy pas, pod TIR-a.  

I co potem z nimi?       

Szybka wymiana spojrzeń z opiekunką grupy. Czy można?             

Skinienie – nawet trzeba.        

Co z nimi? Umierają. 

Czekam na ojca dwie wieczności. Przez niedomknięte drzwi słyszę nerwową rozmowę. Obracam się w fotelu, choć pasy nie pozwalają na wiele. Wychylam głowę przez tylną – równie uświnioną jak przednia – szybę. Obserwuję ojca, stoi przy nim jakaś kobieta. Jestem detektywem z filmu noir. Ojciec chodzi niespokojnie. Rozmawia przez telefon. Pyta co chwila kobietę, ale nie słyszę, o co. Ona czasem skinie głową, czasem pokręci. Raz rozłożyła ręce.

             

Wykrwawia się za nimi. Widzę tylko niewielkie wzniesienie pokryte futrem.        

Mija trzecia wieczność, poprawiam się na fotelu. Ojciec wraca do auta. Nie wsiada, robi coś przy zderzaku. Dopiero teraz wchodzi za kierownicę. Kładzie pogiętą tablicę rejestracyjną za szybą.  

Odjeżdżamy bez słowa. Odwracam się jeszcze tylko za siebie.        

Droga za nami jest pusta. Chociaż chyba widzę plamę krwi.            

Ale raczej sobie to wyobraziłem.

Urodziłem się jako brat własnego lęku. Drugi w kolejności. I ten lęk dojrzewał w inkubatorze moich snów.  

Zawsze było podobnie.           

Najpierw huk, następnie ojciec znikał. To była kalka ze wspomnień. Dopiero potem zaczynał się koszmar, bo wychodzę z auta i w panice nie mogę znaleźć ojca. Nie widzę go nigdzie, a jezdnia momentalnie pustoszeje. Niewielki promień światła kurczy się coraz mocniej, zostawiając jedynie wąski promień. Jakby oświetlał mnie reflektor. 

A potem widzę ją. Całą zmasakrowaną. Widzę spienioną krew sączącą się z chrapów. Wyłamana żuchwa groteskowo zwisa z lewej strony. Długi, wąski język, którym nerwowo macha. Może próbuje zlizać fałdy spienionej juchy.   

W czarnych oczach tli się ostatni płomyk życia.       

Stroszy jedyne ucho, które jej zostało.           

Całą szyję ma ubrudzoną ciemną wodą i zaschniętą krwią. Może szła tutaj przez wąski kanał ściekowy i się cała zachlapała?  

Wczołguje się nieśpiesznie w snop światła. Ma tylko przednie nogi, tylne zostały wyrwane.

Widzę zarys kikutów, które broczą krwią.  

Stoję w jednym miejscu, całkowicie sparaliżowany strachem i dziwnym poczuciem winy. Wiem, że ona nie przyszła tutaj, żeby mnie straszyć. W dogasających ślepiach znowu widzę tę zaklętą prawdę. Znowu chce mi coś powiedzieć, ale nie ma jak. Nie ma jak, bo jest już na skraju śmierci.   

Chcę podejść bliżej, kucnąć przy niej i przytulić jej poszarpany pysk. Chcę pogłaskać przy jedynym uchu i wyszeptać: cichutko, teraz już będzie dobrze. Możesz już zamknąć oczy i zasnąć.   

Budzę się już zapłakany. 

Sny jak to sny. Raz są, raz ich nie ma. Czasem łączą się w archipelagi, by pojawić się jeden po drugim. Ale z czasem nie robią już takiego wrażenia. Z czasem są już tylko wspomnieniem, zmarszczeniem brwi przez sen. Nerwowym chrapnięciem, po czym wszystko wraca do normy. Znowu śni się o abstrakcyjnych alternatywach minionych wydarzeń, przeżywa się własne marzenia albo po prostu nagle budzi – uprzytomniając sobie, że minęła cała noc, a nawet się tego nie zauważyło. 

***

Może to stres. Czasami myślę, że zupełny przypadek, ale może to był stres. Przyciskam gaz, bo nie chcę się spóźnić. Poluźniam przyciasny krawat. Nie jestem w najlepszej formie, nic dzisiaj nie jadłem. Czuję bladość własnej skóry. Moje ciało jest w takim stanie, że czuję jego bladość. Zamykam oczy na ułamek sekundy i otwieram je szeroko, żeby się pobudzić. W końcu jadę ruchliwą jezdnią, ostatnie, czego teraz potrzebuję, to fotoradar, kontrola albo – nie daj Boże – wypadek. 

Huk, który będzie śnił mi się po nocach. 

Przekonanie, że umieram. Kończę się tu i teraz. Charczący kaszel i oblepione flegmą przekleństwo. Głośny terkot ręcznego i gwałtowne wyjście z samochodu.  

Poleciała na pobocze. Opieram się o tylne drzwi i momentalnie tracę pod sobą grunt. Aż staję na palcach. Otrzeźwia mnie lekki pisk opon i trzask drzwi. Podbiega do mnie młody mężczyzna. Niewiele starszy niż ja, może rok, dwa po trzydziestce.  

Mówi coś, ale nie słyszę żadnego słowa. Z uszu wycieka mi ostatni podźwięk huku sprzed kilkudziesięciu sekund.  

Halo! Słyszy mnie pan? Wszystko dobrze? Zadzwonić po karetkę?            

Muszę wyglądać koszmarnie.             

Zatrzymuję jego słowotok ręką i mówię, że okej, że po prostu źle się czuję.           

Idę za samochód. Rzygam. Głównie żółcią.                                                

Odwracam się, mężczyzna obserwuje każdy mój ruch w widocznej konsternacji. Zastanawia się, co zrobić.  

Patrzę w lewo i widzę niewielkie futrzaste wzniesienie.       

Dzwonić na policję? Na straż miejską? Nie wiem, jakąś straż leśną?          

Mężczyzna potrzebuje sekundy, aby zrozumieć, o co pytam. Patrzy na wzniesienie, znowu na mnie. Mówi mi, że powinienem gdzieś to zgłosić, ale on nie wie, gdzie. Mówi, że może wyguglować. Proszę, żeby to zrobił.  

Policja. Dzwoni na policję. Dziękuję mu skinieniem głowy.            

Oceniam szkody. Wgnieciona maska, rozbity lewy reflektor, pęknięty zderzak. Pogięta tablica rejestracyjna leży wciąż na jezdni, niedaleko pobocza. Idę po nią chwiejnym krokiem, kiedy akurat sznur samochodów przerywa się na moment. Kładę ją za szybą.  

Mężczyzna pyta, czy poczekać ze mną na przyjazd policji, proszę go, żeby tak zrobił. Zgadza się bez problemu. Przepraszam go na chwilę, muszę zadzwonić.  

Wybieram numer brata.          

Halo? 

Nie wiem, co odpowiedzieć. 
No, halo?! Kiedy będziesz? 

Spóźnię się, chyba jakieś czterdzieści minut. Do godziny.  

Cisza po drugiej stronie.         

Miałem wypadek.        

Coś poważnego? Nic ci nie jest?        

Dziwi mnie ta troska. Ale może w zaistniałych okolicznościach…  Nie, nie, dzięki. Postaram się przyjechać na końcówkę mszy.            

Może chcesz odpuścić?           

Myślę o tym, że chcę. Bardzo chcę, bo nie jestem na to gotowy.  

Będę. Po prostu się spóźnię.  

Kiedy przyjechał radiowóz, żadnego wzniesienia już nie było. Nie została nawet plama krwi.

Po oddaniu policjantom, co policyjne dostałem polecenie, żeby niezwłocznie dostosować pojazd do bezpiecznego uczestnictwa w ruchu drogowym. Teraz zrobią wyjątek, żebym mógł dojechać do domu, ale następna jazda ma już być pojazdem bez żadnych wystających ostrych elementów.  Odjechali. 

Podchodzi do mnie mężczyzna i pyta, czy okej. Jak się czuję.         

Bardzo bym chciał, żeby to właśnie on wsiadł do mojego auta i pojechał do kościoła. Ja mogę pożyć jego życiem, a on moim.  

Mówię, że wszystko w porządku, dziękuję, że został. Uśmiecham się, on też, ale z pewnym zaniepokojeniem wciąż obecnym na twarzy.  

Pojechał. 

Sen wrócił.       

Spodziewałem się nawrotów.             

Wygląda mniej więcej tak samo, tylko teraz jestem dorosły. Broczące truchło wciąż czołga się w moją stronę, nie odrywając wzroku. Nie ma we mnie już tej dziecięcej nadziei. Nie mam ochoty trzymać łba i tulić do siebie.   

Patrzę na nią z ledwie wyrażoną dezaprobatą.           

Wróciłaś. I teraz będziesz mnie nachodzić każdej nocy? Ilekroć zamknę oczy, zobaczę twój zmasakrowany łeb?  

Zacharczała w odpowiedzi.  

Siadam w tym snopie światła, przekonany, że nie mam prawa wychodzić poza jego granicę.

Siadam i poklepuję jej porozdzierany pysk.

***

Kiedy prezes staje przed nami, cały dział handlowy jest już nawalony. Jedni wódką, inni narkotykami. Nie ma żadnego trzeźwego z ich zespołu. Stoję przy skromnym w liczbie dziale kreatywnym, tam, gdzie moje miejsce. Jestem bestialsko trzeźwy, bo nie chcę zrobić z siebie kretyna przed całą firmą.   

Ogień przyjemnie trzaska w tle. Nikt nie siedzi zbyt blisko płomieni, bo temperatura jest i tak drakońsko wysoka.  

Prezes sprawia pozory trzeźwego.                  

Moi drodzy. Kiedy przyjechaliśmy tutaj pierwszy raz, kilka lat temu, w znacznie mniejszym towarzystwie, marzyły mi się takie spotkania co roku. Oczywiście w coraz większym gronie. Z dumą mogę powiedzieć, że rok w rok przyjeżdżamy tu liczniej, bawimy się zawsze zajebiście i nie zwalniamy tempa po powrocie do pracy.  

Ani ja, ani wy nie mamy ochoty na przydługie przemowy. Chcę tylko powiedzieć, że dziękuję za ostatnie miesiące rzetelnej roboty i mam nadzieję, że w kolejnym roku będzie nas tu jeszcze więcej.  

Dwadzieścia parę osób zgromadzonych dookoła prezesa klaszcze z pewną rezerwą. Oficjalnie – żeby nie zakłócać leśnej ciszy. Nieoficjalnie – bo wszyscy są zażenowani ostatnimi decyzjami kadry kierowniczej i fakt, że spośród trzech osób z zarządu, pojawił się dzisiaj jedynie prezes, też wielu osobom powiedział o stosunku przełożonych do firmowych tradycji.   

Ja tu jestem dla polityki. Żeby wypić z team leaderem, uśmiechnąć się do prezesa, pośmiać z resztą zespołu i w efekcie nie martwić się o nic innego oprócz dedlajnów. Żeby, broń Boże, nikomu nie przyszedł do głowy pomysł pozbawienia mnie pracy w modelu hybrydowym. Chcę jedynie siedzieć w bezpiecznej odległości od epicentrum zdarzeń, klikać w Photoshopie i nie wychylać się za bardzo.   

Imprezy integracyjne to zawsze festiwal ludzkich żalów, problemów i utyskiwań. W niektórych przypadkach górę biorą prywatne resentymenty. Wszyscy czuli napiętą strunę między Andrzejem i Anką. Jeden z team leaderów handlowców miał rzekomo deklarować pani z HR-ów miłość, jednak po kilku tygodniach przestał jej mówić cześć na schodach. Kuluarowo mówiło się nawet, że dziewczyna musiała wykonać aborcję. I faktycznie, przez dwa tygodnie, zanim Andrzej zaczął ją ignorować, dziewczyna przebywała na zwolnieniu. Mogła być oczywiście chora, ale plotki w biurze zdążyły się nie tylko rozejść, ale i rozwinąć. Bo najpierw była ciąża, potem groźby, a na końcu ktoś urozmaicił całość o wątek przemocy domowej, bo Andrzej przestał podwijać rękawy koszuli – a takie zachowanie w lipcu może budzić podejrzenie.  

Mnie to jakoś szczególnie nie dotyka, po prostu czułem, że atmosfera z przyjemnego pieczenia kiełbasek nad ogniem może przeistoczyć się w improwizowaną salę sądową, gdzie jedni pracownicy zaczną popierać Andrzeja, a inni – Ankę.  

W rozprężeniu nie pomagała też obecność Antoniego, młodego chłopaka z wieloletnimi problemami alkoholowymi. Na żadnym z wcześniejszych spotkań nie brał do ust nawet piwa. Kiedyś, podczas pobytu w biurze podsłuchałem, że w dość młodym wieku zaczął pić i nie skończyło się to dobrze. Rodzice musieli wysłać go do zakładu uzależnień dla nieletnich. Od tamtego czasu żyje w abstynencji.  

Coś musiało nią zachwiać, ponieważ Antek już w busie dawał w palnik. Pił wódkę z butelki z zacięciem godnym zawodowca.   

Siedzę sobie przy ognisku z kijkiem i kiełbaską, próbując sprawiać wrażenie integralnego elementu firmowego spotkania. Obok mnie siada Julia. Miła dziewczyna, zajmuje się kreacją kampanii na media społecznościowe. Często robię dla niej grafiki.  

A ty czemu nie pijesz? Pyta mnie oskarżycielskim tonem, ale wiem, że żartuje, więc parskam pod nosem.  

Ja się umiem bawić bez alkoholu.  

Właśnie widzę. Siedzisz tutaj sam jak ten kij, który trzymasz i udajesz dobrą zabawę.   Wzruszam ramionami. Patrzę sobie w ogień, mówię, piekę kiełbaskę i jest mi całkiem sympatycznie.  

Dziewczyna zerka z zauważalnym dystansem. Jakby nie widziała, czy to dobry pomysł, żeby mnie angażować w jakieś gry i zabawy towarzyskie.  

Będziesz szedł z nami na after potem?           

Na after? Pytam zdumiony. Tutaj? A gdzie idziecie? I kiedy?         

Dziewczyna, nieco zmieszana, odpowiada, że po zmroku idą do pokoju Sylwka, bo ma ponoć największy i tam będą kontynuować imprezę.  

Staram się grzecznie odmówić, że nie, że ja to nie bardzo, że wolę posiedzieć sam.          

Spada na nas nieprzyjemna cisza.       

Zerkam na nią w oczekiwaniu. Może coś powie. Zwróci uwagę na jakiś głupi szczegół, denerwujący standard funkcjonowania naszej firmy, żeby stworzyć minimalną płaszczyznę porozumienia. Żeby się pośmiać – chociaż z czegoś, co przypada w udziale nam obojgu. I faktycznie. Jakbym w jej zielonych oczach dostrzegł zalążek pytania. 

I pewnie bym się dowiedział, co ma do powiedzenia, gdyby Antek nie zaczął rzygać, a Jowita nie zaczęła krzyczeć na Andrzeja, że jest cham, świnia i ona nie chce mieć z nim do czynienia, bo wie, jak potraktował Ankę.  

Uznałem, że to doskonały moment, żeby pod pretekstem pójścia za potrzebą wyjść po angielsku i udać się do hotelu. Poszedłem więc w zarośla z nadzieją, że trafię z powrotem.

Musiała być martwa od kilku dni. Truchło zdążyło się wysuszyć. Leżała na boku z rozszarpanym brzuchem. Powyłamywane żebra obciągnięte resztkami zastygłej krwi i niewielkimi skrawkami skóry sprawiały wrażenie palców. Palców dłoni ułożonych jeden przy drugim, udających paszczę. Tak się kiedyś bawiły dzieci.  

Organy pewnie stanowiły łakomy kąsek dla leśnych zwierząt, które po kawałku wgryzały się w trzewia.  

Nogi porozrzucane nienaturalnie we wszystkich kierunkach świata. Groteskowy kompas.  Urwana szczęka, obdarte ucho. Wyjedzone oczy. Martwy, rozkładający się zewłok. Czyli to tak wyglądacie, kiedy w ostatnim bastionie woli walki podnosicie się z jezdni i uciekacie w las. Nie, żeby otrząsnąć się po delikatnym draśnięciu i wieść spokojne życie, ewentualnie z blizną na grzbiecie.  

Uciekacie gdzieś, gdzie nie ma pisków opon, ostrych świateł reflektorów, gdzie nie ma twardej nawierzchni, żwiru, białej farby. Z dala od słupków referencyjnych, od szlabanów, torowisk i sygnalizacji. Biegniecie ostatkiem sił, ledwie pewnie trzymając się na nogach, przed siebie, gdzie można po prostu złożyć ciało i czekać na ostatnie tchnienie.  

A potem przychodzą inni – ucztować. Wyrywać świeże, soczyste kawały mięsa. A jeśli nie przychodzą, to w końcu zajmą się wami reducenci. Małe żyjątka rozkładające ciało atom po atomie. Aż wasze otwarte żebra zieją w pustą przestrzeń, aż zostaje po was jedynie smród, a potem – kępka leśnego runa.     

Podchodzę bliżej. Kucam. Z trudem powstrzymuje zbierające się wymioty. Nie ma we mnie absolutnie żadnego obrzydzenia, to są jedynie atawistyczne torsje, w które wyposażyła mnie ewolucja, aby czasem nie przyszło mi do głowy jeść padliny.  

Po przykucnięciu żebra wydają się otwarte jeszcze szerzej. Rozdziawiona paszcza. Agresywny pysk. Próbuję zbliżyć się bardziej, ale już nie mam jak.  

Kładę się na boku. Przodem do gnijących wnętrzności. Przesuwam się bliżej i bliżej. Dotykam twarzą zatęchłego mięsa. Smród całkowicie odbiera mi zmysły. Odwracam się na drugi bok.

Widzę nad sobą baldachim żeber. Zamykam oczy. 

Budzą mnie pierwsze promienie sierpniowego słońca. Podnoszę się ociężale, prężę zesztywniałe mięśnie szyi i wdycham las. Wpuszczam świeży zapach w nozdrza. Gwałtownym ruchem uszu odganiam wszędobylskie owady. Po krótkim marszu znajduję niewielki strumyk. Staję w rozkroku, pochylam głowę i gaszę pragnienie. Zaraz jednak dobiega mnie niepokojący dźwięk. Mieszanka pisku, świstu i czegoś jeszcze, czego nie potrafię zidentyfikować. I właśnie w tej chwili spływa na mnie objawienie. Że trzeba wybiec. Nieść posłanie. Przekroczyć granicę. 

Po wyjściu z lasu zaczyna się transgresja. 

Błażej Tomaszewski – rocznik 1993, pisywał tu i ówdzie. Mieszka w Toruniu.

Anna Chilmon (ur. 4.08.1993 r.) – ukończyła grafikę na Wydziale Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Dyplom wykonała w pracowni litografii. Po studiach odbyła kilkumiesięczny staż w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu, gdzie realizowała liczne projekty artystyczne, głównie w zakresie animacji oraz ilustracji, które promowały aktualne spektakle. Od października 2020 r. studiuje w Szkole Doktorskiej Academia Artium Humaniorum na UMK w Toruniu.