Agnieszka Buława – opowiadanie

Ilustrowała: Paulina Mitek

Agnieszka Buława – opowiadanie

Ściany

Pozostawiał po sobie pojedyncze czarne włosy w łazience i w kuchni. Chociaż chwytałam je regularnie przez papierowy ręcznik i wyrzucałam do kosza, w ich miejsce wciąż pojawiały się nowe i bezpardonowo przypominały mi o tym, że czas nie stoi w miejscu. Były w zlewie, innym razem na blacie albo na podłodze. Raz z kolei, kiedy siedziałam w ręczniku na brzegu wanny i próbowałam zająć się jakimś rytuałem pielęgnacyjnym, przykleiły mi się do ud. Podskoczyłam, zakłopotana tym nieoczekiwanym kontaktem z wytworami jego naskórka. Wstydził się rzednących włosów, co wyznał mi nieoczekiwanie jeden, jedyny raz, kiedy siedzieliśmy na kanapie, popijając jedno z naszych zapoznawczych piw, które zazwyczaj pija się bez przekonania w zalążkach współlokatorskich relacji. Potem już za wiele nie wyznawał.

To na pewno było gdzieś pomiędzy pierwszą i drugą falą, raczej bliżej drugiej; powietrze było jakieś rozrzedzone i nie tak ciężkie jak teraz, a mnie zdawało się, że każdy początek może być świeży.

Nie wiedziałam co z tym zrobić, czy zwrócić mu grzecznie uwagę o te walające się włosy, czy jednak nie, chyba właśnie przez to, że uprzednio napomknął, że się wstydził łysienia. A nie wiadomo, co zrobić z czyimś wstydem, szczególnie nie będąc ani przyjaciółmi, ani chociaż dobrymi znajomymi. Bo jakbyśmy byli, to mogłabym rzucić: „liniejesz, stary” i polecić mu je zbierać samemu.

 Ale najdziwniej to stać się współlokatorami bez żadnej wcześniejszej zażyłości, przyzwyczajenia, jedynie z jakimiś podejrzeniami. Przeszukać setki ogłoszeń w mediach społecznościowych, otrzymać informację od znajomych, że tu a tu zwalnia się pokój. Wiedzieć, że potrzebuje się domu jak najszybciej, wymienić kilka wiadomości, okazać entuzjazm. Jego pierwsza wiadomość brzmiała o, tak:

No hej, Emi, miło cię poznać! Tak, wiem, dostałem już cynk, że szukasz pokoju. Pomyślałem, że skontaktuję się najpierw z tobą, bo po różnych doświadczeniach z kompletnie obcymi osobami myślę, zawsze fajniej, jak jest ktoś polecony (uśmiech z mrugnięciem oka). No i musimy sobie pomagać na tej emigracji, prawda? (uśmiech z mrugnięciem oka). Pokój będzie wolny od września, początkowo na okres 6 miesięcy, jeśli wszystko będzie nam pasować, to może na dłużej. Coś o mnie: pracuję jako inżynier oprogramowania, 9 – 17, czasem robię home office. Szukam kogoś, kto ma podobny tryb i najlepiej stałą pracę. Niestety nie jest to dom dobry na imprezowe życie, ale jak coś, to jestem bardzo chętny na posiadówki. No i ważne dla mnie, to mieszkać z kimś, kto będzie szanował wspólną przestrzeń, a także przypilnuje moich roślin w razie jakiegoś wyjazdu. Generalnie, to często mnie nie ma, w weekendy jestem z reguły u dziewczyny albo na rowerze. (uśmiech). Jakbyś była zainteresowana, to możemy się spotkać, pokażę ci mieszkanie. Łapa!

A potem się wprowadzić, i widzieć te wszystkie oznaki cudzej cielesności. Widzieć swoje zwyczaje żywieniowe czy nałogi, widzieć swoje półki w lodówce. Wiedzieć, kto jak je, kto jak brudzi, co wyrzuca i gdzie, widzieć skarpetki i majtki na raszkach. Słyszeć stłumione głosy zza ściany, widzieć pozostałości z sosu pomidorowego na kuchence, plamy z pasty na umywalce. Rozpoznawać kroki, próbować poznać nastrój po krokach, czy są szybkie, czy wolne, ciężkie czy lekkie, czy jak szybkie i szarpnął z klamkę, to się spieszy, czy się pokłócili. Zacząć dostrzegać, kto jakich nadużywa słów. Ja nadużywałam „generalnie” a on „teoretycznie”, i to „teoretycznie” pojawiało się w bardzo niespodziewanych momentach. Na przykład:

– Mogłabym pożyczyć trochę twojego makaronu? Idę wieczorem do Kauflandu i ci odkupię.

– No, teoretycznie tak.

Albo:

– Słuchaj, walizka trochę mi zawadza w pokoju, może mogłabym ją postawić w twojej graciarni, jak masz trochę miejsca?

– Teoretycznie tak, ale to najpierw muszę tam ogarnąć.

Wydawało mi się w pewnym momencie, że te wszystkie teoretyczne możliwości, te niepewności, i ta niezręczność, że muszą zamienić się w coś zręcznego, oczywistego, znanego, w jakiś zrozumiały układ. I że może przy okazji te włosy staną się niewidzialne albo chociaż udomowione. Może wytworzymy jakąś czasową bliskość, taką niewymuszoną i nienachalną.

No – ale. Póki co dzieliliśmy ze sobą bliskość pomieszczeń, wymuszoną i narzuconą przez pewne wielkie siły zewnętrzne, dobitne i nieubłagalne jak ciśnienie atmosferyczne. Siły wprawiające w wieczny ruch wznoszący ceny wynajmów mieszkań, a do tego jeszcze prądy inflacji, wielkie siły pandemiczne, do tego napierającą na nas zewsząd wielką siłę statusu imigrantów, która określała nas na rynku mieszkań i lokatorów. A w tym jeszcze większą potęgę właścicieli mieszkań nad najemcami. Wszystkie sprawiały, że nie było nam najłatwiej znaleźć miejsca na dłużej, więc wchodziliśmy w układy lokatorskie, do których nie byliśmy przekonani.  

*

Właściwie nie przychodzili do niego goście, poza Olą. Jej obecność sprawiała, że, jak mi się zdawało, ściany miały mniej siny kolor, ale mogło mi się tylko zdawać. Uśmiechała się, zagadywała o to, skąd się wzięłam i w ogóle kim jestem, i wtrącała „ach tak?” „no co ty?” i „no nieźle!”. Zastanawiałam się, czemu to nie Ola się do niego wprowadziła, tak się chyba robiło w stałych związkach. Zapytałam go o to raz, podczas wspólnego porządkowania butelek do recyklingu, na co odpowiedział, że jeszcze to nie jest ten moment, nie warto się spieszyć, bo można się naciąć. Kiedy powiedział „jeszcze”, uznałam, że pewnie dają sobie to pół roku próby, żeby się dotrzeć, a na te pół roku ktoś musiał płacić za pokój, no to byłam akurat ja. Uznałam, że lepiej założyć, że się po pół roku dotrą i być przygotowaną na wyprowadzkę. Wzruszyłam ramionami i stwierdziłam: pomieszkam, potem te wszystkie siły wypchną mnie gdzieś dalej, w jakieś nieznane miejsce, bym zamieszkała z inną obcą osobą i uczyła się tego, co je, jak chodzi i jak segreguje śmieci.

A co sobie pomieszkam w mieszkaniu z balkonem pełnym roślin doniczkowych, to moje.

Roślin było faktycznie dużo. Stały dumnie w rzędach na parapetach, o różnych kształtach. Niektóre wyglądały przystępnie, inne tajemniczo, mogłam nazwać prawidłowymi nazwami ze trzy, a resztę nazywałam określeniami, które akurat przyszły mi na myśl, takimi jak „świerzynka”, „chucherko”, „moczymorda”, „baron”, albo „łamaga”. Kiedy zapytałam raz, ile razy powinno się podlewać tamtego barona pod oknem, parsknął i posłał mi kpiarski uśmiech, który wyglądał zupełnie jak te puszczające oczko emotikony, którymi kończył wiadomości.

Może chodziło mu o to: powiedziałam mu przy pierwszym spotkaniu, że jestem zainteresowana roślinami, co chyba zrozumiał opatrznie, jako: że coś o nich wiem. Uważałam jednak, że nie trzeba o czymś dużo wiedzieć, by wykazać tym zainteresowanie. Potem zrozumiał dobitnie, że naprawdę nie wiem o roślinach za wiele i chyba się też zaniepokoił, czy będę umiała je podlewać, jak pojedzie gdzieś na, jak mówił, „wyprawę” na najchudszym ze swoich rowerów.  

Mój pokój jest idealnie kwadratowy i ma jedno okno wychodzące na stronę północną. Nie wpadają do niego promienie słońca i panuje w nim niebieskawoszara poświata, zaś w jego pokoju, od strony południowej, była białożółta. W pokoju jest materac, szafa, biurko, okno z szerokim parapetem, a na nim roślina-gigant, którą najwyraźniej mi przydzielił.   

 – O, monstera, jaka duża! Fajnie.

– Filodendron.

– Chyba można powiedzieć i tak, i tak, prawda?

– No, teoretycznie tak.  

Miała zostać u mnie, to znaczy: on miał, ten filodendron, zostać u mnie w pokoju północnym bez promieni, bo nie lubił światła bezpośredniego, promienie go kłuły i piekły liście na brązowy wiór. Polecił podlewać go raz w tygodniu i nie przelewać. „Pamiętaj o tym podlewaniu, ja też mogę to robić, ale nie będę ci przecież wchodzić do pokoju.” – oznajmił. I choć rzeczywiście nie wchodził, to regularnie zanurzał w nim głowę przez drzwi, gdy były uchylone. Pytał „I jak tam?”, pokazując skinieniem na filodendrona-monsterę. Podlewałam i zapewniałam, że podlewam, pokazywałam na wyrastający z jednej z łodyg zupełnie nowy zielony kikucik z owiniętym na nim ciasno liściem, który miał się dopiero rozwinąć. „Lubimy się”, mówiłam. Kiwał głową i znikał. Po tych odwiedzinach jego głowy w moich drzwiach zawsze czułam się nieco niepewnie.  

*

Pracowaliśmy przez jakiś czas z biura i mijaliśmy się, wymieniając po kilka zdań wieczorami. Nieszczególnie zaprzątał mi wtedy głowę. Ale potem przyszła zima, przyszła druga fala i kazali nam przenieść się do domów, na zoomy, do odwołania.

Poczułam jego obecność jakoś inaczej, jakoś bliżej, raz nawet znalazłam włosy w progu mojego pokoju. A potem wszystko się zacieśniło jeszcze bardziej. W Bundestagu ustalili, że pod groźbą mandatów zabraniają wpuszczać do domu ludzi z zewnątrz, no, można było dwóch. W oknie naprzeciwko ktoś to zignorował i urządził urodziny, policja przyjechała po dmuchaniu świeczek. Obserwacja tej akcji nieco nas ożywiła i prawie do siebie zbliżyła, kiedy oglądaliśmy wszystko z balkonu; pomyślałam o tym, że może powinniśmy razem tropić afery na osiedlu, wtedy zostalibyśmy nawet kumplami. Następnego dnia spoważniał i oznajmił że musimy ustalić zasady, ale chyba chciał mi przekazać, że on je tu ustala. Że trzeba zminimalizować ryzyko i lepiej byśmy się dystansowali społecznie i jednak nie zapraszali nikogo. Od razu zaznaczył: Ola będzie wpadać i tak, ale ona też się dystansuje i pracuje z domu. Policji nie chcemy mieć w domu, nie?

Na zewnątrz nastąpiło wielkie nie-dzianie i nawet powietrze jakby stanęło w miejscu, więc mogliśmy tylko siedzieć, chodzić po pomieszczeniach i wymieniać jakieś zdania między sobą, co było bardzo niewygodne. A do tego jeszcze było codzienne witanie. Ja mówiłam zawsze „hej” a on: „no, siema”; to moje „hej” zawsze dzwoniło mi w uszach dobre kilka sekund, bo z jakiegoś nieznanego mi powodu zaczęłam mówić jakby o ton wyżej i to tak, jakbym codziennie przeżywała miłe zaskoczenie, że właśnie go widzę, w tym jego, naszym, mieszkaniu. „O, hej!”, mówiłam zatem codziennie, bardzo sympatycznie, za każdym razem coraz wyżej i raz dopadła mnie myśl,  że po jakimś czasie zacznę już piszczeć jak przydepnięty nogą gumowy kurczak.

Czasem po powitaniu gadaliśmy. Cały miesiąc przegadaliśmy głównie o szczepionkach, kiedy dadzą te szczepionki czy nie dadzą i jak szybko będą szczepić, śledził wiadomości o tych szczepionkach i wtedy się ożywiał. Po jakimś czasie jednak poczułam, że pora odpuścić już te szczepionki i znaleźć ten właściwy punkt, po wciśnięciu którego opadnie każde napięcie. Okazja nadarzyła się tego wieczoru, kiedy wedle uprzedzeń przyszła Ola i zaproponowała, żeby obejrzeć Kochanków z księżyca. Już widziałam, ale powiedziałam, że chętnie obejrzę jeszcze raz (co było półprawdą, ale w tamtym momencie głupio było odmówić). Po filmie jeszcze siedzieliśmy, on, Ola i ja wymieniliśmy kilka wrażeń, a potem rozmowa podryfowała chwiejnie w inne tematy. Podpytywałam nieco o te rośliny, skąd ta pasja. Ola jedną ręką trzymała wino, a drugą pogładziła go pogłowie, mówiąc, że lubi długofalowe zadania i się w coś wkręcać. On do niej, że, „już dobra, nie mów za mnie” i że to głównie wzięło się z tego, że od dziecka jarał się biologią, poszedł potem na jeden semestr na Przyrodniczy, ale potem stwierdził, że w tym nie ma przyszłości. Nadal jednak lubi czytać o różnych funkcjach roślin, a już w ogóle o wpływie na produktywność i skupienie.

Po tej odpowiedzi zapytałam, chyba niepotrzebnie, czy dał im jakieś imiona, na co się skrzywił, mówiąc, że nie lubi z roślin robienia zwierząt domowych, że to coś innego. Wiedziałam, to na pewno co innego, ale nie mogłam tego sama dla siebie określić, wymykały mi się. Jego objaśnienia też nie pomogły. Jako że wino dodało mi pewności siebie, oznajmiłam im, że nie widzę nic dziwnego w nadawaniu imion roślinom, świadczy to o uczuciu bliskości i przywiązaniu. Do tego roślinom można by, przy odrobinie wyobraźni, przysposobić cechy podobne ludzkim. Były takie, co lubiły więcej uwagi, inne były raczej samotnicze. Na pewno poprzez wygląd i upodobania rośliny mają swoje podobieństwo w ludziach i na odwrót, pewne typy ludzi doskonale przypominają swoimi cechami rośliny. Z reguły lubimy porównywać ludzi do zwierząt, co jest oczywistym tropem. Poprzez mało eleganckie porównania cielesności po zachowanie – są ludzie gryzonie, ludzie sowy, ludzie leniwce, ludzie bociany, a już w ogóle rasy psów! Stawał mi już przed oczami człowiek labrador, człowiek rottweiler.

Natomiast co z ludźmi, którzy są jak rośliny? Albo z roślinami, które są trochę jak ludzie? Albo inaczej – gdyby filodendron był człowiekiem, to jakim? Kim jest człowiek-fikus? Z łatwością wyobrażałam sobie, jaki kojący i spokojny byłby człowiek-aloes. Z kolei z określeniem jakoś człowieka-paproci miałam największy problem. Ale człowiek-kaktus? Rzuciłam, patrząc na nich i szukając podjęcia, jak mi się zdawało, świetnego tematu do rozmowy przy winie. Podjęła Ola, chichocząc, że człowiek-kaktus chyba byłby jakimś mega kozakiem. Na to ja, że kaktus byłby takim trochę szorstkim, ale spoko, takim kolesiem z papierosem w zębach, co ją rozbawiło jeszcze bardziej, a jego chyba zirytowało. Zerkał na nią, jak chichotała i z połową twarzy opartą na dłoni i czekał, aż skończy, po czym do mnie rzucił:

– Ale żeby roślinę sobie z kiepem wyobrażać, fajnie macie.

Poprosiła, by nie był taki poważny, na co on nie odpowiedział nic, tylko wstał, by otworzyć okno, i zastygł przy nim z jednym ramieniem na tej klamce okiennej, tak jakby chciał, by zimne powietrze ostudziło i moje zapędy, by mieszać rodziny istot żywych. Rzucił do nas z góry:

„Laski, jakby rośliny były jak ludzie, to bym ich w chacie nie trzymał, bo by mnie wkurwiały” – i zaśmiał się, jakby chciał oznajmić, że dopiero to zdanie było śmieszne, a nie to, cośmy wcześniej wymyśliły. 

 Ona się skrzywiła i kazała zamknąć okno.

W nocy, nieco ośmielona alkoholem, patrzyłam w sufit i przedrzeźniałam go w myślach:

„Laski, oto tak został świat stworzony, żeby był porządek, by nie mieszać ludzi i roślin, ani ludzi i zwierząt, ani ludzi i grzybów. Rośliny doniczkowe są po to, żeby pasowały do estetyki białych ścian i żebyśmy my byli produktywni przy komputerze”.

Spłaszczałam to jego podejście do roślin, być może, ale w pozycji leżącej miałam to gdzieś. W trakcie przedrzeźniania zasnęłam, słysząc za ścianą, jak mi się zdawało, zduszone głosy kłótni.  

*

Potem doszło do afery o pesto.  

Jak już byliśmy w totalnej ciemni, w odmętach drugiej fali i był chyba grudzień albo nie wiem, co to nawet było, ale głównie świecił we mnie komputer a nie słońce, wtedy wydarzyła się sprawa z pesto. Byłam w kuchni, a on wszedł, szarpiąc klamkę, aż podskoczyłam. Łypiąc na mnie badawczo, zapytał, czy nie wzięłam jego pesto, na co odpowiedziałam najszczerszym zaskoczeniem i tak na siebie patrzeliśmy przez chwilę. Mruknął coś, że może jednak zapomniał je naprawdę kupić, ale brwi miał takie, że swoje tam wiedział. Nie wrócił do sprawy, więc założyłam, że jednak sobie uświadomił, że go nie kupił. Potem, kiedy otworzyłam szafkę nad zlewem, dostrzegłam, że przetrząsnął moją półkę w jego poszukiwaniu. Kasza leżała bezradnie jak długa, czosnek chował się za makaronem, pomidory zawędrowały aż do tylnego kąta i tam się skuliły po tym, jak obca ręka przetrząsała półkę we wściekłym dochodzeniu.  

Jakie, kurwa, jego pesto, myślałam, próbując to wszystko z powrotem ułożyć. Ustawiłam te kasze swoje do ładu, ale coś jakby pozostało w nieładzie, w niepokoju, jakoś wszystko inaczej stało. Ja stałam inaczej, jakoś sztywniałam, kiedy wchodził do kuchni, a wchodził nagle, i od tych nagłych wejść zawsze jakoś spodziewałam się pytań, gdzie jego brokuły, gdzie jego chleb, gdzie jego odżywka białkowa.

Od tego czasu zastanawiało mnie jedno – czy ktoś napisał o tym jakiś poradnik. Nie potrzebowałam nawet czegoś bardzo naukowego, mogło być ledwie popularnonaukowe muśnięcie tematu, nie żeby od razu doktorat, naprawdę wystarczył jakiś poradnik z przeciętną okładką.  Poradnik – jak się dotrzeć, gdzie są granice i czy mogłam nie zauważyć, że ukradłam mu, skoro tak patrzył i czy to mi się wszystko wydaje, czy może przesadzam. Czy przetrząsnąć mi półkę to jednak gwałt na mojej części mieszkania, czy jednak nie. Czy ja się mogę obrazić, że mi wystraszył pomidory, czy bym wyszła na przewrażliwioną, czy co. Zadzwoniłam wtedy do Marceli, nieco roztrzęsiona wszystko jej opowiedziałam. Powiedziała, że typ to świr i mam się wyprowadzić. Marcela miała coś do powiedzenia i jej osądom ufałam, bo same się kiedyś dotarłyśmy i zacieśniłyśmy. Wtedy zaczęłam z ciekawości sporządzać listę współlokatorów z przeszłości i poszukiwać w przeszłości jakiegoś klucza, jakiegoś momentu, od którego jednak wszystko zaczęłoby się układać.

*

Jedną z pierwszych była Marcela, wielka ekspertka od makijażu. W jej pokoju centralnym punktem była komoda zwalona kosmetykami, pędzelkami, flakonami perfum, rozłożonymi w nieładzie pod zmęczoną paprotką. Po pokoju wałęsały się delikatny półmrok i nieco przytłumiony zapach jakiegoś regularnie wypalanego kadzidełka. Mówiła, że przestała je palić przez bóle głowy, ale zapach gdzieś pozostał, wniknął w ściany i tam już został, ale nie trwał bez ruchu. Wydawało mi się, że z czasem zaczął migrować wzdłuż ścian, że przechadzał po mieszkaniu, czasem jakby zaglądał ukradkiem do mojego pokoju. Czułam to znienacka, ale po chwili zapach się wycofywał. Może mi się zdawało.

Wieczorami prosiłam ją czasem, by mnie malowała. Zaczęło się tak: kiedy byłyśmy jeszcze jakąś fuzją współlokatorek i koleżanek aniżeli przyjaciółkami, zobaczyłam, jak wybiega z pokoju z zamkniętym w skurczu jednym okiem, a jej pajęcze rzęsy drugiego oka trzepotały zawzięcie. „Ale sobie dupnęłam tuszem w oko!”, tak powiedziała, pamiętam jak dzisiaj. „Jeszcze mam?”, pytała, wygrzebując tusz palcem, patrząc to na mnie, to w lustro, to znowu na mnie, jakby nie mogła się zdecydować, w czym tu się lepiej przejrzeć, aby się go pozbyć. Zbliżyłam się, wyciągnęłam przed siebie palec i pomogłam jej go wydobyć.  Przy okazji oglądałam z bliska piegi na jej nosie, których wcześniej nie dostrzegałam i spamiętałam ich rozkład bardzo dokładnie. Wtedy dowiedziałam się też, że ma na makijaż hopla i że maluje się jak nigdzie nie wychodzi, dla relaksu. Zapytałam więc, czy nie chciałaby i mnie czasem malować, bo sama za dobrze nie umiem. Przystała na to z wielką radością. Mówiła, że mam dobrą twarz do makijaży oka, z jakimiś, lepszymi jej zdaniem od jej, proporcjami pomiędzy brwiami i oczami. Przykładała kciuk do mojej powieki, a palec wskazujący do brwi i mówiła: „tu, o tym mówię”. Malowała więc moje powieki, a mnie od dotyków tych wszystkich pędzelków rozlewały się po twarzy przyjemne mrowienia. A kiedy kończyła, mówiła „konturowanie to muszę na sobie popróbować”, a ja zostawałam przy niej i patrzyłam jak posuwistymi ruchami jakichś sztyftów rysuje sobie na twarzy linie w różnych odcieniach beżu i brązu. „Makijaż to jest sztuka, sztuka użytkowa, a kto tego nie rozumie, to się nie zna”, mówiła. Makijaż był jedną z tych rzeczy, którą można było robić, gadając, więc gadałyśmy dużo. Jej królestwo wybrudzone pudrem i cieniami do powiek stawało się dla mnie cichą oazą, w której wszystko było  miękkie i delikatne, jakby przydymione, miłe, nie za jasne, nie za ostre. W ciągu wielu wieczorów w tej oazie stawałyśmy się przyjaciółkami.

*

Maciek był z kolei mistrzem jajecznicy. Ta jajecznica to było nasze spoiwo, nasze podanie sobie ręki, flaga pokoju, która zawisła pomiędzy nami po krótkim okresie docierania się do siebie, usłanego wzajemnymi przytykami o to, że ja za głośno puszczam muzykę, a że on w nocy znów gadał przez telefon i wszystko słyszałam.

Pewnej soboty nieśmiało zajrzałam do kuchni, czekając, aż skończy robić sobie śniadanie, a na to Maciek, czy zrobić i dla mnie jajecznicę, na co ja, że tak. I zrobił, i nie wiedziałam jeszcze wtedy, że każda jajecznica później w moim życiu była tylko popłuczynami po tamtych Maćkowych jajecznicach. Jego jajecznica miała wybitną konsystencję, ani zbyt płynną, ani za suchą, nie było mowy o przypaleniu. A do tego była to jajecznica o wybitnej formie, zaś w smaku proporcje zawsze miała doskonale – miałam wrażenie, że to nie jego ręka spontanicznie tak połączyła te jajka z solą i pieprzem, tylko jakiś potężny algorytm, jakaś do tysięcznych części ułamka dopracowana matematyka kalkulującą ziarenka soli i pieprzu, która dyktowała rękom ruchy z idealną precyzją.

Wychwalałam tę jajecznicę pod niebiosa, prawie histerycznie błagałam o nią w soboty.  Maćkowi to schlebiało, a do tego objawiła się jego wielka, szlachetna i prosta cecha – lubił miło spędzić czas i sprawiać przyjemność ludziom, z którymi dzielił mieszkanie, więc nigdy nie odmawiał. Z czasem dodawał do jajecznicy inne elementy w postaci warzyw, po które chodziliśmy razem do osiedlowego sklepu „Alina – artykuły spożywcze”, po drodze rozmawiając o wszelkich problemach, z jakimi borykali się wtedy studenci.

Zdradzał mi kilka prostych trików: jajka najpierw roztrzepać widelcem w szklance na jednolitą masę, nie wbijać na patelnię po kolei. Wlewać na patelnię leniwie podgrzaną na małym ogniu. Czekać, aż się lekko zetną, wtedy mieszać. Nie majtać dziko! I nie majtać chaotycznie, tylko spokojnymi ruchami, jak się lekko zetną, podzielić je, potem poobracać kilka razy na drugą stronę, i gotowe.

Skończyliśmy studia i jakoś nam się rozeszło. Kiedy wracam do kraju, raz po raz wpada mi pomysł, by się odezwać, ale nigdy do tego nie dochodzi, bo oczywiście, są te wszystkie inne rzeczy do zrobienia, które w danym momencie wydają się ważniejsze. Chciałabym raz napisać, żebyśmy poszli na piwo, ale w głębi serca marzę, żeby tak powiedzieć: „słuchaj, udajmy, że nadal razem mieszkamy, i spotkajmy się na jajecznicę” albo chociaż powiedzieć, że taką ją robił dobrą i że w ogóle był świetnym człowiekiem. Tylko to są te rzeczy, te wyznania, których się nigdy nie powie komuś, kogo się nie widziało parę lat.

*

Z kolei Jacob był moim pierwszym współlokatorem z emigracji. Bliskość wyniknęła z tego, że miał płyty winylowe i odtwarzacz, co wzbudziło moją ciekawość, i uparłam się by pokazał mi te winyle, puszczaliśmy je ciągle. Nauczył mnie nakładać igłę na winyle, co na początku napełniało mnie zgrozą, bo trzęsły się ręce, a on ostrzegał mnie, by nakładać delikatnie, a nie mocno, bo porysuję. Trzęsły się też, bośmy się za dobrze nie znali. Jak już się poznaliśmy, to już się nie trzęsły, a nakładanie igły na czarną i lśniącą powierzchnię winyli było moim najulubieńszym rytuałem. I słuchaliśmy sobie muzyki razem, nie za dużo rozmawiając, a często komunikując się krótkimi półzdaniami przycinającymi muzykę, na zasadzie „O, to było dobre” albo „A ta piosenka inna jakaś niż reszta, nie?”, albo „Co to za instrument?”, albo „Ta wstawka była dziwna” i tak dalej.

*

Tak sobie to wszystko podsumowałam, siedząc w pokoju z jego filodendronem i zastanawiałam się nad tym, że nie mogliśmy sobie wspólnie ukuć jakiegoś wspólnego rytuału, żadnego siostrzeństwo-braterstwa, podania ręki nad jakimś daniem, jakąś czynnością, choćby to był ten recykling butelek. Zamiast tego dzieliliśmy się na zmianę deskami do krojenia, zalanymi pomidorowym sosem palnikami na kuchence, kanapą i odkurzaczem, wspólnym ekosystemem, wodopojem.

Kiedy spotkałam go następnym razem, postanowiłam, że nie chcę czuć się jak gumowy kurczak i w przypływie adrenaliny rzuciłam w jego stronę tonem zuchwałym i pewnym: „słuchaj, czy ty naprawdę-naprawdę wierzysz, że ja ci pesto wzięłam?”. Chyba go to zaskoczyło, bo mruknął: „Nie, nie, coś mi się pomyliło” i, zanim zdążyłam ruszyć do kontrataku, żeby oddać za ten najazd na półkę, wyszedł.

*

Niestety, pewność siebie opuściła mnie już kilka dni potem, kiedy podczas cotygodniowego podlewania, przypadkiem chlusnęłam monsterze tak, że cała ziemia spęczniała i zabulgotała, i miałam już przed oczami, jak wszystko gnije i umiera. Gdy mijaliśmy się w drzwiach, poczułam nagły impuls szczerości i powiedziałam, co się stało, na co on zareagował w sposób nieoczekiwanie uprzejmy i spokojny. Polecił się nie martwić i następne podlewanie po prostu odbyć później. Na chwilę zrobiło się nawet miło, wtedy rzucił:

– Ręki to ty chyba nie masz do roślin, co?

Ukłuł mnie tym gdzieś głęboko, w sam mój ośrodek mniemań o sobie,  ponieważ sama przed sobą chciałam uchodzić za przyjaciółkę roślin i zwierząt, o ręce doskonale wyważonej, łagodnej i pewnej.

Jak śmiał mówić, że tej ręki nie mam, co o niej mógł wiedzieć.

Chciałam mu za tę moją rękę, której nie miałam według niego, oddać, i to oddać tymi jego włosami, co mu wypadały, ale już poszedł. Sam instynkt oddawania też coraz mniej mi się podobał, po czym stwierdziłam, że chyba już naprawdę nie mogę się odnaleźć w tym mieszkaniu, bo zaczynam myśleć o każdej rozmowie, zdaniu, każdym słowie, już każdym uniesieniu brwi, szarpnięciu za klamkę i że jak to się stało, że kiedyś taka nie byłam, i że wszystko jest tak niekomfortowe i niemiłe.

Od tego momentu, rośliny na parapecie napełniały mnie niepokojem: czy one też patrzyły na mnie krzywo, czy miały gdzieś oczy, które powiedziałyby mi wzrokiem, zmierzyły od góry do dołu, traktując przelanie jako faux pas, jako przykrość, nadepnięcie na odcisk? Czy też były mi nieprzychylne i też wiedziały, że nie mam do nich ręki? Czułam, że musiałam wyjść z domu, ale jak się jest imigrantem i to tylko od siedmiu miesięcy w mieście, i to miesięcy pandemicznych, to nie ma się wielu ludzi, do których można byłoby wyjść.

W piątek wieczorem sprawa rozwiązała się sama, bo to Kaktus napisał do mnie pierwszy.

*

 Zapytał:

Jesteś gdzieś blisko mnie?

Poczułam, jak lekko napinają mi się mięśnie w jakimś przyjemnym odruchu.

Jestem, ale co masz na myśli?

No, czy kręcisz się gdzieś in der Nähe.

Nie, jestem w domu.

O.

To może mógłbym wpaść?

 Nie, to ja muszę wyjść, bo mam dosyć. No i wiesz, jak jest z moim mieszkaniem, wszystko słychać.

No to wpadnij może do mnie. Mam trochę bałagan, ale jak chcesz, to wpadaj, byłoby miło.

Wpadnę.

Kaktusy podlewa się z umiarkowaną częstotliwością, tak jak i jego. Podlewaliśmy się mniej więcej co trzy tygodnie. Okazyjnie zdarzało nam się spotkać w jednym tygodniu, dwa razy z rzędu, kiedy chcieliśmy powtórzyć jakieś wyjątkowo udane doznanie, które nas wspólnie spotkało. Za drugim razem z reguły nieco się przelewaliśmy i wtedy musieliśmy na trochę się odsunąć, odtajać, starczało nam wtedy nawodnienia na dłuższy czas.

Kiedy otworzył drzwi, przez wejście oplótł mnie znany zapach dymu ze ścian, przywitał mnie widok biletów z S-bahnu na biurku, pozwijanych w ruloniki. Wszystko w jego domu było w ruchu, i jednocześnie intuicyjnie na swoim miejscu: do komputera poprzylepiał nowe wlepki, na kanapie rozłożyły się jego ubrania, na biurku walał się tytoń, a on sam usiadł na fotelu. Usiadłam przed nim i od razu zaczęłam płakać, że nie lubię, nie rozumiem, coś mi nie idzie, czuję się źle. Chodź tutaj, powiedział, wyciągając przed siebie rękę, którą pociągnął mnie w swoją stronę i posadził na swoich kolanach.

Niezdarnie gładził mnie po całym ciele i  niezdarnie mnie pocieszał, coś w stylu „Emi, nie warto”, zapewniał, że mogę u niego spać, ile chcę. Potem już nic nie mówił, zastygł z głową wtuloną gdzieś pomiędzy moją szyją a obojczykiem, czekał aż się uspokoję, ja też nie mówiłam, bo byłam wymęczona własnym szlochaniem. Tak siedzieliśmy bardzo długo.

Od czasu drugiej fali nasze noce zdecydowanie się zmiękczyły. Tak jakby z kranu popłynęła inna woda, która zmieniła nasze zachowania. Albo to w nim coś się zmiękczyło, choć ciało nadal miał bardzo szczupłe i twarde. Obchodziliśmy się ze sobą dużo delikatniej niż zwykle, każdy ruch wydawał się idealnie wymierzony, nic nie działo się za gwałtownie ani zbyt monotonnie. Kiedy mnie trzymał, o niczym nie myślałam, tylko skupiałam się na czuciu, miałam wrażenie, że jestem już samym czuciem, bez żadnej formy. Nie obsypywaliśmy się wieloma słowami, nie mówiliśmy do siebie za wiele. Porozumiewaliśmy się oddechami, wiedzieliśmy, kiedy komu i od czego przyspieszał oddech i tak się komunikując, przechodziliśmy przez długie godziny nocy jak mechanizm o wzajemnie nakręcających się trybach. Raz z kim się już dopasujesz i w zasadzie nie da się już odpasować, tak mi się przynajmniej wydaje. Pewna wiedza została zakodowana. Zasypiał przede mną, a ja, leżąc na boku, oglądałam jego mieszkanie z przedmiotów, walających się papierków, bibelotów i ciuchów. Jego mieszkanie i mój pokój też były dopasowane, ale nawet o tym nie wiedziały. Żałowałam, że i one nie mogą się poznać.

*

Tymczasem świat wokół, zamiast otworzyć się z możliwościami, jak z reguły oczekują ludzie po studiach i ludzie na emigracji, zamknął się pod ciężarem różnych fal i sił, uciekł do wnętrz, gdzie pozostało tylko siedzieć w swoich małych pokojach o cienkich ścianach i czekać jak w pudełkach. Dekorowałam swój jak się dało, zapełniałam przedmiotami i rupieciami, które jakoś dodawały mi otuchy, podlewałam monsterę, próbowałam nadać temu mojemu pudełku jakieś cechy szczególne, jakąś domowość, powiesiłam kilka pocztówek, tyle miałam na dany moment.

*

Od Kaktusa wróciłam rano w o wiele lepszym nastroju, zrelaksowana, miałam wrażenie, że zamazały mi się krawędzie. Gdy weszłam do mieszkania, usłyszałam głos Oli za ścianą, Oglądałam filmy, odbyłam dwie krótkie drzemki, za które nawet nie było mi głupio. Filodendron znowu napełniał mnie sympatią a nie niepokojem. Jego nowa łodyga była dorodna, jasnozielona, a najmłodszy liść nadal owinięty ciasno wokół niej. Ciekawe, kiedy w końcu się rozwinie, pomyślałam. Miałam szczerą nadzieję zobaczyć ten moment, ale nie umiałam sobie wyobrazić, ile taki moment by trwał. Może rośliny wiedziały i robiły to podczas naszej nieobecności albo snu, by te momenty zachowywać dla siebie, ukryte przed ludzkim wzrokiem.

Aż do dwudziestej trzeciej zajęta byłam głównie jakimiś luźno porozrzucanymi myślami. Wtedy ich usłyszałam. Dźwięki były stłumione i nie byłam w stanie ocenić, o co poszło, co nieco mnie podenerwowało. Nie chodziło nawet o wścibstwo, choć owszem, wścibstwo też  pozwoliłabym sobie zarzucić – raczej o to, że nie ma nic gorszego, niż słyszeć stłumione dźwięki kłótni, słyszeć barwę głosu, wznoszące się tony, intensyfikujące się zdania, a najgorzej, jak jeszcze do tego jakiś płacz. Zaniepokoić się i nie móc spać, ale nie wiedzieć, co robić i tak czuwać. Najgorzej jeszcze, jak zachce się sikać i jest taki moment, że nie wiadomo, czy wyjść do łazienki, czy nie wyjść, bo co, jeśli akurat wyskoczą z pokoju w tym momencie i pomyślą że stoję i podsłuchuję.

Wyszła, trzaskając drzwiami.

*

Przestałam go widzieć, tylko słyszałam, jak trzaska wszystkim w kuchni, garnkami, sztućcami, kubkami, coś zbił i przeklął. Potem słyszałam, jak trzaska drzwiami, wraca do pokoju. Potem długo nic, jego obecność przestała napierać, ale gdzieś był, nie wiedziałam, co zrobić, może potrzebował pomocy, ale z drugiej strony, muszę przyznać, nie lubiłam go. Kiedy ja wychodziłam z pokoju, wtedy on zostawał w swoim, a jedyny ślad jego obecności to ruch w rurach kanalizacyjnych w łazience i gasnący, ale nadal ciepły palnik. Od zerwania zobaczyłam go dopiero po trzech dniach. Stał w kuchni i patrzył tępo na smażącego się kurczaka. Podniósł głowę i spojrzał na mnie. Oczy miał zapuchnięte.

– Czy mogę coś dla ciebie zrobić?, zapytałam. Usłyszałam swój własny głos – nie był już tak wysoki jak poprzednio.

Uśmiechnął się blado.

– Nie, nie, dzięki, nie ma jak. Ale się porobiło.

Zamilkł i znowu patrzył w kurczaka na patelni. Podniósł znowu wzrok.

– Ale dzięki, że zapytałaś.

Wyjechał na kilka dni do Polski, jak sam powiedział, żeby się pozbierać. Po tych kilku dniach wysłał do mnie wiadomość:

Słuchaj, Jest taka sprawa. Utknąłem w Warszawie, bo osoba, z którą miałem bezpośrednio kontakt, ma koronawirusa. Więc muszę odbębnić kwarantannę i pracować stąd, pewnie przez jakieś dwa tygodnie. Mam mega prośbę, zajęłabyś się roślinami? Wyśle ci dzisiaj, ile im lać, żeby były szczęśliwe, możesz na luzaku wchodzić do pokoju, sorki, jak jest syf.

To, co było na samym końcu, wprawiło mnie w osłupienie.

Jestem spokojny, że będzie im z tobą dobrze.

Patrzyłam na wiadomość, odkładałam telefon, podnosiłam, patrzyłam znowu.

*

Mieszkanie ucichło,  przede mną dwa tygodnie tej ciszy, bez niezręcznego przebiegania po pomieszczeniach, byle tylko na siebie nie wpaść. Uświadomiłam sobie, że niedługo zostanie już tylko niewiele czasu do końca wynajmu i że muszę rozejrzeć  się za innym mieszkaniem. Od czasu jego wiadomości jakby zszedł ze mnie jakiś ciężar. Możemy rozstać się w pokoju.

*

Było tak cicho i tak spokojnie, że mniej więcej trzeciej nocy usłyszałam, jak moje własne ciało szumi od środka. Dudniło we mnie serce, coś dzwoniło mi w głowie i w uszach, jakby stary telewizor. Miałam wrażenie, że pulsują mi żyły, wszystkie tkanki pod skórą delikatnie wibrują.  Zastanawiałam się, czy te wszystkie szumy to odległe echo jakiegoś nieznanego mi, ukrytego organu. Leżałam bez ruchu i w ciszy, ale w środku wszystko buczało jak odległy tankowiec.

*

Potem przyśnił mi się dziwny sen. Byłam w swoim pokoju, czułam czyjąś obecność. Ktoś ze mną rozmawiał, ale nie słowami ani nie oddechem, ani nawet nie ruchem, chociaż może – ale nie takim, jak ruszają się ludzie. Potem uświadomiłam sobie, że rozumiem wszystko, co do mnie mówi, ale nie było tam słów, tylko nieprzerwanie, wolno płynące fale. Potem, że nie mówi tylko jeden ktoś, ale wielu i że są chyba za ścianą, są gdzieś wokół, widzę ich, chociaż nie mam oczu. Ale coś na pewno się ruszało, tylko inaczej, pulsowało we wnętrzu jakiejś materii, która chyba była we mnie, ale nie tylko we mnie. Nie wiedziałam, czy stałam, czy siedziałam, ale na pewno coś mocno trzymało mnie w ziemi. Choć nie miałam oczu, spojrzałam na swoje ręce, ale moje palce nie były już palcami tylko cienkimi kikutami spiętymi zieloną błoną, jak skrzydła nietoperza rozpięte na kościach. Zobaczyłam, że mam wiele takich rąk, a niektóre były dziurawe jak szwajcarski ser.

Nagle przeszedł mnie gwałtowny dreszcz, jakby przepłynęła po mnie wiązka prądu. Coś nade mną, a może we mnie, się otworzyło, coś się rozplątało, jakiś węzeł albo kłębek gwałtownie przynoszący ulgę, pozwalający oddychać bardziej, głębiej i mocniej.

Obudziłam się. Spojrzałam na zegarek. Była czwarta. Dziwne. Byłam wyspana. Poszłam do toalety. Wróciłam do pokoju. Zobaczyłam go w progu. Był rozłożysty, jasnozielony jak młoda trawa i olbrzymi, naprawdę olbrzymi, rozcapierzony, jak wielka dłoń, pomyślałam.

Podeszłam do rośliny i dotknęłam nowego liścia. W dotyku był cudownie miękki i cienki, z bliska okazał się półprzezroczysty. Biegły po nim małe zielone żyłki jak malutkie rzeczki.

Wyciągnęłam swoją dłoń i rozłożyłam palce tak szeroko, jak się dało i przyłożyłam do jego dłoni, dłoni-giganta. Pomyślałam: jesteś już większy ode mnie, gagatku.

 

Agnieszka Buława (ur. 1994) – pochodzi z Poznania. Ukończyła etnologię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie i antropologię społeczną na Wolnym Uniwersytecie w Amsterdamie. Obecnie mieszka w Berlinie, gdzie po pracy zajmuje się dokumentowaniem rozmaitych doświadczeń migracyjnych. Laureatka organizowanego przez Instytut Filozofii i Socjologii PAN oraz Instytut Socjologii UW konkursu „Pamiętniki Pandemii” w 2020 roku, publikowała w „Małym Formacie”.

Paulina Mitek – @mitek.jpg