Adam Kolasa – jedno opowiadanie

Ilustrowała: Natasza Kornobis

Adam Kolasa – jedno opowiadanie

Wakacje

Słońce grzeje za szybą. Jedziemy powoli, mijając pola i przydrożne drzewa. Tata prowadzi w ciszy, patrzy na drogę. Wjeżdżamy na niewielkie wzniesienie, za nim będzie nasz cel. Jedno z tych małych miasteczek, w których jest się tylko przejazdem.

Jedziemy wąską ulicą, mijamy pierwsze zniszczone budynki i ogrodzenia, na których wiszą reklamy lokalnych przedsiębiorstw. Na wytartych płachtach można doczytać: naprawa aut, mechanik, ogrodnictwo, a nad jednym z domów, na kilku zbitych deskach, wisi namalowany czarną farbą napis „ wulkanizacja”.

Skręcamy w małą uliczkę, wzdłuż której biegnie wąski chodnik, jakby zrobiony tylko na potrzeby wylegujących się psów albo przemykających od okna do okna miasteczkowych kotów. Patrzę na rozsiane szyldy w różnych kolorach, a potem na dwójkę starszych ludzi. Pan trzyma płócienną siatkę, pani idzie powolutku, ściskając go za rękę. Zatrzymują się co kilka kroków, by wymienić uprzejmości ze sprzedawcami widywanymi od lat w tych samych miejscach. Mijamy ich powoli, jakby szybsza jazda mogła zakłócić rytm życia tej mieściny.

–  Tam skręcimy – mówi tata, wskazując najbliższe skrzyżowanie – i prawie jesteśmy.

Patrzę na rozgrzany asfalt i sypiącą się kamienicę przy skrzyżowaniu. Z daleka widzę wysokie okna z pęknięciami na szybach i sztuczne kwiatki na parapetach.

Przejeżdżamy obok rynku. Na deptaku spaceruje kilku przechodniów, na ławce przy fontannie siedzi dwóch podstarzałych panów z butelkami przy nogach. Mętnym wzrokiem wypatrują spacerowiczów, żeby zapytać o parę groszy.

Wjeżdżamy w cień, który daje stara kamienica i toczymy się przez chwilę, żeby w końcu stanąć.

– Jesteśmy. – Tata zaciąga ręczny i wysiada. – Idziemy, to tu.

Płyty chodnikowe są popękane i nierówne. Prowadzą do niewielkiej bramy na podwórko. Obok niej są schody w dół, przy których ktoś przybił strzałkę i szyld pisany grubymi, wąskimi literami „MAGIEL”.

Na podwórku kępy trawy walczą z betonowym chodnikiem o dominację w tym rejonie. Jest jeszcze stary, krzywy trzepak z odpadającą farbą, niewielka ławka bez środkowej deski i altanka śmietnikowa. Na jej dachu przycupnęło kilka gołębi. To przejdą parę kroków po dachówce, to znowu zlecą obok śmietnika, żeby złapać okruszki i znowu wzlecieć, by zjeść je bezpiecznie na dachu altanki.

Starsza pani w fartuchu w kwiatki wygląda z pierwszego piętra, gdzie okno jest otwarte na oścież, a przy parapecie wisi krótka suszarka na ubrania. Pani ma krótkie siwe włosy i patrzy na nas dobrotliwie, uśmiechając się.

– Dzień dobry. – mówi głośno mój tata. – Dzień dobry pani!

Ale ona jak patrzyła, tak patrzy, nie odzywając się słowem, jakby była częścią krajobrazu, jak te gołębie siedzące na dachu śmietnika.

Tata idzie w kierunku trzepaka i wskazuje na niego ręką.

– To tu – mówi do mnie, a ja mam wrażenie, że jest trochę przejęty i trochę rozczarowany.- Tutaj się spotykaliśmy z kolegami. Z Jackiem, z takim Marcinem, Wojtkiem, którego chyba nie poznałeś. Czasem przychodziły dziewczyny. Była taka Ola, Olga, Martyna. Nie, Martyna nie, nie przychodziła. Karolina, Ala… – tata zawiesza na chwilę głos, ale zaraz wraca do opowieści. – Chodziliśmy z nimi za blok, na łąkę, na boisko, a później wracaliśmy tutaj. Czasem przychodził też Michał, starszy ode mnie, fajny chłopak, grał w kosza, bez polotu, ale był szybki jak mało kto, nie dawałem rady odebrać mu piłki. Nie mam pojęcia, co teraz robi. Zdolny chłopak, pewnie wyjechał – tata patrzy jeszcze raz na na trzepak, na starą ławkę i kamienicę. – To z tym kojarzy mi się dzieciństwo. No może ten okres pomiędzy dzieciństwem a byciem nastolatkiem. W każdym razie fajne lata.

Ale tu nie mieszkałeś.

Nie, ale to nie przeszkadza. Mieszkałem parę ulic dalej, przy placu zabaw i takim małym targu. Ale tutaj się spotykaliśmy.

Patrzę na zaniedbane podwórko. Na trzepak, o który opiera się teraz mój tata i na wyblakłą ławkę, której drewniane deski zniszczył już czas. Wytężam słuch, ale poza odgłosami gołębi, samochodów i przechodniów w oddali nie słychać żadnych dźwięków.

Pięknie. Tato, jak ty tu wytrzymałeś? – dziwię się i trochę mnie bawi to pytanie. Zaczynam się śmiać, coraz głośniej, kiedy patrzę na śmietnik, na krawężniki, na te gołębie i babę, która się w nas wgapia. Tata też zaczyna się śmiać.

– Jak teraz na to patrzę, nie mam pojęcia, Janek – mówi i śmieje się głośno. – Nie mam pojęcia, naprawdę.

Później chwilę milczymy i rozglądamy się wokół. Za bramą, która prowadzi na zewnątrz podwórka, widzę wysoką trawę i poruszane przez wiatr ubrania, schnące na cienkim sznurze.

– A tam – pytam i wskazuję łąkę. – Co tam jest?

Tata spogląda i z jego twarzy powoli schodzi uśmiech.

Tam? – pyta i zastanawia się chwilę, patrząc, jak idę w kierunku łąki. – Tam, odkąd pamiętam, była ta łąka, a dalej krzaki i małe jezioro. Czasem się tam bawiliśmy. Chodź, Janek, wracamy.

– Zaraz wrócę, popatrzę chwilę. – Przechodzę przez bramę, jak przez portal do innego świata i pojawiam się jakby daleko za miastem. Pomiędzy wysoką trawą rosną kwiaty. Dominuje zieleń, ale widać kolory: żółte, fioletowe, niebieskie, z roślin, których nazw nigdy nie znałem. – Tato, tu jest świetnie, przyjdziesz?

Odwracam się i widzę, że tata się waha, ale daje pierwszy krok i idzie w moją stronę. Za wiszącymi na sznurku ubraniami jest niewielkie wzniesienie. Wchodzę tam i widzę nieduże jezioro z drewnianym, krótkim molo i skrawkiem piaszczystej plaży, obok której rosną niewielkie krzaki. Na plaży, otoczony kamieniami, leży popiół i kilka grubych, zwęglonych gałęzi. Wokół nie ma nikogo.

– No dobra, przyznaję – zaczynam, uśmiechając się. – Teraz rozumiem, że jednak mogłeś tu wytrzymać.

Ale tata się nie uśmiecha. Patrzy na jezioro, ma poważną minę.

– Co? – pytam. – Czemu tak patrzysz?

Chwilę milczy, a wiatr rozwiewa mu siwiejące kosmyki włosów.

– Jak ja dawno tu nie byłem – mówi cicho, nie spoglądając na mnie. – Jak ja dawno nie widziałem naszego jeziora.

– Często tu pływaliście? – pytam głośno, bo tata zaczął schodzić w stronę plaży.

– Tak… to znaczy nie, niektórzy. Ja nie – patrzy na niskie krzaki, przy których leży kilka butelek po piwie i dziurawe reklamówki. – Widzisz te krzaki, Janek? Tam mieliśmy bazę, chowaliśmy się przed rodzicami. Pamiętam, jak siedziałem tam z Marcinem, chowaliśmy się przed jego matką, jak go chciała zaciągnąć na obiad. Ile było śmiechu! Nic nie mówiliśmy, tylko nasłuchiwaliśmy, patrzyliśmy na siebie i próbowaliśmy tłumić napady śmiechu, aż wreszcie kapitulowaliśmy i biegliśmy na podwórko.

Tata patrzy na krzaki i macha w powietrzu dłonią, jakby chciał je zmierzyć.

– Kiedyś były większe, bardziej rozłożyste – zaczyna. – Byliśmy mniejsi, więc mogliśmy się dobrze schować – podchodzi do zielonych gałęzi i przyklęka, dotyka liści. – Marcin chował się tu czasem sam, przed ojcem. Wiedzieliśmy, na ile mogą wiedzieć dzieciaki, co się działo, kiedy Marcin uciekał z domu. Zresztą, widziałeś tę kamienicę. Tam wszyscy wiedzieli. – Tata wstaje i podchodzi do drewnianego molo, przy którym rośnie wysoka trzcina. – Pamiętam, jak kiedyś siedzieliśmy tu z Marcinem i on się rozpłakał, a ja nie wiedziałem, co robić, więc byłem poważny i nic nie mówiłem. Powiedział kilka słów o swoim tacie i że nie chce, żeby tak było. A potem przestał płakać i zaczął biegać po molo, więc do niego dołączyłem. Wygłupialiśmy się, jakby tej rozmowy w ogóle nie było. A później siedliśmy tu – o tutaj, na skraju molo i moczyliśmy stopy w wodzie.

Tata spogląda na przejrzyste jezioro, schyla się po małe kamyczki, żeby zaraz wrzucić je do wody. Wydają cichy plusk i znikają.

– Pamiętam plażę, kopaliśmy tu doły. Głębokie, żeby po zakopaniu w piachu została sama głowa. Oczywiście, oszukiwaliśmy, ale kiedyś z Marcinem i Wojtkiem wykopaliśmy taki naprawdę spory, że można było klęknąć i prawie cię zakrywał. Wszyscy byli pod wrażeniem, wewnątrz było tyle miejsca! Nawet nie pamiętam, jak długo to zajęło, ale sporo, bo kopaliśmy tylko rękami.

Tata przestaje mówić. Rzadko tak dużo opowiada, zazwyczaj nie ma okazji ani pretekstu. A tutaj nie ma nic innego do roboty poza siedzeniem i gadaniem.

– Chciałeś wyjechać? – pytam, a tata schodzi z molo i zaczyna ściągać buty. Odkłada je na brzegu, podciąga nogawki spodni i moczy najpierw jedną, potem drugą stopę.

Chodź Janek, przejdziemy się! – krzyczy i zaczyna iść, bardzo ostrożnie, tuż przy linii brzegowej. Woda tylko lekko dotyka jego stóp.

Schodzę z molo i idę w stronę taty, ale nie chce mi się spacerować. Siadam na brzegu.

Wszyscy twoi znajomi stąd wyjechali? Ty też chciałeś?

Tata się schyla i dotyka ręką wody.

– Traktowałem to jako naturalną kolej rzeczy. Kończysz szkołę, trzeba iść dalej. Rodzice zacisnęli pasa i powiedzieli, że mi pomogą, dołożą się do utrzymania. Pojechałem. Wiesz, Janek, wtedy nie myślisz, co zostawiasz. Po prostu jedziesz dalej, szukasz. Zobacz, nie byłem tu ze trzydzieści lat – na chwilę zawiesza głos. – Faktycznie, ze trzydzieści lat. A zostawiłem tu pierwsze piętnaście lat mojego życia. W tych krzakach, na plaży, na podwórku, w wodzie…

– Nie przesadzaj, przecież zawsze mówiłeś, że nie umiesz pływać – próbuję zażartować, ale tata jest poważny.

Wychodzi na brzeg i bierze buty w rękę. Podchodzi do mnie i siada obok. Patrzy na jezioro, w którym odbija się słońce. Mam wrażenie, że jest w podobnym wieku jak ja. Trochę tęskni do młodych lat, może trochę żałuje.

– Przychodziły tutaj dzieciaki z sąsiednich osiedli. Latały po plaży w gorące dni. Kąpały się, żeby trochę się schłodzić. Przychodziła tu też taka Ala, zawsze w sukience.

– Tato, nie wiem, czy powinien tego słuchać – znowu próbuję żartować, ale tata tylko lekko się uśmiecha.

Myślałem, że o tym już nie pamiętam – mówi. – Musiałem zostawić wspomnienia tylko w tym miejscu. – Tata znowu się uśmiecha, jakby z nieśmiałością. – Rany, jaka ona była ładna! Mówię ci, Janek, drobna, z długimi włosami i piegami, które od słońca wychodziły jej na policzki. Dużo się śmiała. Odsłaniała wtedy małe, białe zęby i mrużyła oczy. Takie zielone, z małymi źrenicami. Mało mówiła, ale sprawiała wrażenie, że wie więcej od dziewczyn, z którymi przychodziła. Czekałem na nią, nie miałem odwagi zagadać, ale przyglądaliśmy jej się zawsze, jak tu była. Czasem z Marcinem siedzieliśmy chwilę w krzakach, czasem z Wojtkiem na molo i gapiliśmy się, jak tu biega, chodzi po piasku. Nie mogłem wydusić z siebie słowa, kiedy wchodziła na plażę w tych swoich jasnych sukienkach – tata wskazuje ręką molo. – Marcin, ten z którym chowaliśmy się w krzakach, był chyba najbardziej śmiały i spytał kiedyś wprost te dziewczyny, Alę i jej dwie koleżanki, z którymi zawsze przychodziła, czy z nami posiedzą. Śmiały się, ale usiadły. Nie wiedziałem, co mówić. Ukradkiem spoglądałem z boku na Alę. Marcin gadał coś… nie pamiętam, chyba o kartach, pytał gdzie mieszkają. Później podszedł Wojtek i od słowa do słowa zaczęła się rozmowa. Na tym molo, chodź.

Tata strzepuje piasek ze stóp i podchodzi do drewnianego pomostu. Idzie na koniec i rozgląda się na wszystkie strony, ale wokół jest tylko jezioro i łąka. Nie widać nawet kamienicy, przez którą tutaj trafiliśmy.

Zaczyna mocniej wiać, robi się chłodniej. Chce mi się jeść i myślę o powrocie. Czeka nas jeszcze długa jazda, a wszystko już chyba zobaczyliśmy.

– Tato, wracajmy, robi się późno! – mówię głośno, ale chyba nie słyszy.

– Przychodziła często. Zazwyczaj nie chciała wracać do siebie. Myślałem, że tak dobrze bawi się z nami, ale stawała się nerwowa, kiedy miała iść. – Tata pochyla głowę i patrzy na mnie. – Janek, ja naprawdę myślałem, że o tym zapomniałem. Ona miała straszną rodzinę. Może dlatego dogadała się w pierwszej chwili z Marcinem. Na początku była otwarta, ale – ile mogłem mieć wtedy lat, czternaście, piętnaście – kiedy było upalne lato, zaczęło się coś dziać.

– Czyli to jednak była twoja dziewczyna? – pytam trochę żartem, a trochę już zniecierpliwiony.

Tak, to znaczy nie. Janek, to nie jest ważne. W każdym razie, w te upalne wakacje przychodziła tu często, ale coraz bardziej się denerwowała, kiedy się żegnaliśmy. Nie wiem, czy z kimś rozmawiała o tym, co się u niej dzieje. Pamiętam, że ostatniego dnia, kiedy się widzieliśmy, miała na sobie sukienkę, tak jak zwykle, tyle, że w kilku miejscach rozdartą. Nie chciała z nami rozmawiać, odwracała głowę. W końcu się rozeszliśmy, wszyscy do swoich domów. Pamiętam, że nie mogłem wtedy spać, nie dawało mi spokoju, co się z nią dzieje. A tuż nad ranem wybiegłem z domu, tam na ten pagórek – tata wskazuje go ręką. – I zobaczyłem na molo jej sukienkę, tę rozdartą. Zacząłem biec ile sił, bo gdzieś w wodzie chyba mignęła mi jej ręka. Wskoczyłem do wody, zacząłem się drzeć, ale ona zniknęła. Gdybym był wcześniej, gdybym potrafił szybko popłynąć, może bym ją jeszcze złapał i wyciągnął na brzeg. Nie zdążyłem. Wylazłem z wody i płakałem.

Nie wiem, co powiedzieć. Tata nigdy mi nie opowiada takich historii, sam sobie z tym radzi.

– Wiadomo, co się tak naprawdę stało? – pytam.

Robiło się zimno i naprawdę chcę już jechać, ale tata stoi ciągle w tym samym miejscu.

Już nigdy nie wszedłem do tego jeziora, wiesz? Przestałem pływać, nawet tak kiepsko, jak kiedyś. Ludzie mówili, że to był skurcz, że Ala pływała w nocy, nie pomyślała, nikogo nie było blisko i nie mogła się uratować. Ale kiedyś, kiedy z Marcinem siedzieliśmy długo przy krzakach, bo on też nie chciał wracać do domu, mówił mi, że to niemożliwe. Ala świetnie pływała i jedyne czego chciała, to zostawać tutaj, ze swoimi, a nie wracać do domu, do ojca – tata patrzy jeszcze chwilę na jezioro. Potem bierze głębszy oddech i odwraca się do mnie. Wracamy. – Myślałem, że już tego nie pamiętam, że to się nigdy nie wydarzyło. A to też była część mojego dzieciństwa.

Zrywa się wiatr. Wracamy przez pagórek, a kiedy wchodzimy na szczyt, tylko ja się odwracam i patrzę na jezioro. Tata idzie w stronę kamienicy, bez słowa. Przechodzimy przez podwórko, mijamy trzepak i tę starą ławkę. Zaczyna robić się ciemno i miejsca, z których wcześniej się śmialiśmy, nabierają ponurego wyglądu. Wsiadamy do auta i powoli ruszamy, mijając centrum i kilku przechodniów, którzy po wąskim chodniku chwiejnym krokiem wracają do domów.

Adam Kolasa (rocznik ‘86) – autor opowiadań, urodzony w Kielcach. Lubi krótkie formy prozatorskie i surowy styl opowieści, jak w twórczości Cormaca McCarthy’ego, J.M. Coetzee’ego, czy Nica Pizzolatto. Ceni eseje i reportaże, w szczególności dotyczące losu jednostek w obliczu kryzysu. Współpracował m.in. z redakcją magazynu “Press” (2013-2015), publikował w magazynie “Fabularie” (2020), magazynie studenckim “Teksty (Nie)kulturalne” (2009-2010) oraz w serwisach zajmujących się fantastyką (2000-2005). 

Natasza Kornobis (ur. 1998) – studentka communication design. Uwielbia świadome doświadczanie świata. Intryguje ją człowiek i natura. W wolnym czasie śpiewa, gra na ukulele, tańczy i maluje. Pełna skrajnych emocji. Fascynuje ją film, muzyka i malarstwo. W nocy w środku lasu, przy blasku księżyca czuje się jak ryba w wodzie. Instagram: @moonllady_