Barbara Keller – opowiadanie (tłum. Ewa Mikulska-Frindo)

Ilustrowała: Paulina Mitek

Barbara Keller - opowiadanie


Jego historia

Opowiada swoją historię zawsze w ten sam sposób, tymi samymi zdaniami, w tym samym tonie, tymi samymi słowami na początku i końcu. Jakby chodziło o tekst, którego nauczył się kiedyś na pamięć i teraz odtwarza go za każdym razem, na życzenie, na czyjeś żądanie. Opowiada tylko na życzenie czy żądanie. Historia zawsze pozostaje ta sama, ale to historia kogoś obcego. Musi przypomnieć sobie, że to jego historia, że opowiada o sobie. Lecz im częściej opowiada, tym logiczniej łączy ze sobą sprawy i wydarzenia. Wtedy stają się jeszcze bardziej zrozumiałe, a on zaczyna ją lepiej rozumieć. Potrafi coraz lepiej przekonywać samego siebie i tych, którzy go słuchają. To historia chłopca siedzącego z przodu łodzi, na grubej krawędzi pontonu po lewej stronie, tego w niebieskiej koszulce, która potem, kiedy wyciągnięto go z wody, była cała we krwi. Zupełnie na próżno, i tak był już martwy. Ale wcześniej, kiedy jeszcze żył, opowiadał o dywanach, które tkał razem z młodszym bratem w Peszawarze, dokąd uciekł przed talibami z matką i bratem. Czerwona wełniana nitka, niebieska nitka, które przeciągał przez oczka dywanu, pętla za pętlą. Aż zmarła jego matka. Aż był wystarczająco duży, wujek dał mu wtedy pieniądze i kopniaka na dokładkę. Jedź do Germany i przysyłaj pieniądze.

To również historia drugiego chłopca, który siedział po jego prawej stronie, tego z blizną pod brodą, nie miał jej od urodzenia. To za sprawą noży, starszego brata zadźgali, a jego zostawili na ziemi, uznając za martwego. W szpitalu go pozszywali. Zrobili mu coś jeszcze, ale co, nie powie. To byli przecież chrześcijanie. Kiedy po wielu dniach przyszedł do domu z opatrunkiem na szyi, ojciec zatrzasnął mu drzwi przed nosem. Dopiero po nastaniu nocy matka wymknęła się, wetknęła mu pieniądze i szeptem powiedziała, uciekaj, w przeciwnym razie ojciec będzie cię musiał zabić. To, czego nie uczynił ojciec, zrobiła fala, która uderzyła w łódź, wciągając ich wszystkich w głębię.

To historia trzeciego chłopca, tego w środku, któremu zdążono ją opowiedzieć. Wciąga go morska otchłań, wyłania się z wiru, łapie powietrze, oddycha, wypluwa wodę, tonie, zostaje wciągnięty i wyrzucony na powierzchnię, widzi nad sobą słońce, pomarańczową kulę, blisko, całkiem blisko niego, chwyta ją, ale to nie słońce, to koło ratunkowe, ściska je, trzyma i nie puszcza, muszą uderzyć go w rękę, żeby palce ustąpiły. Wtedy jest już na innej łodzi, na dużym statku, leży na drewnianym pokładzie, jest twardo, ale stabilnie, nie tak miękko jak na gumowym podłożu poprzedniej łodzi, z której zaraz zeszło powietrze, wypuściła je z sykiem i zatonęła. A oni z nią. Na łodzi byli sami młodzi mężczyźni, ale ilu dokładnie, nie jest w stanie powiedzieć, zbyt wielu jak na jeden ponton. Siedział z dwoma innymi z przodu na gumowym zgrubieniu, było tam mokro i wietrznie, fale uderzały ich w twarz, słona woda piekła w oczy, ale już widać było wyspę, to Europa! Ci dwaj opowiadali mu swoje historie, kiedy tak siedzieli, mocno się trzymając, ponieważ łódź bardziej kołysała się na falach niż płynęła, a potem silnik przestał pracować, bo skończyło się paliwo. Większość pozostałych osób leżała na dnie, nie było im zbyt wygodnie, materiał z gumy złożył się nad nimi, kiedy zeszło powietrze, udusili się przed utonięciem.

Opowiada swoją historię zawsze w ten sam sposób, na życzenie, na żądanie, to historia cudownego ocalenia z morskiej głębi; to, co było przedtem, co opowiadał jeden i drugi chłopiec. Opowiedział swoją historię mężczyznom, którzy znieśli go ze statku, bo nie był w stanie iść sam. Nie chcieli jego historii, dali mu coś do jedzenia, ale on nie chciał jeść, tylko pić, wciąż pić! Pobrali od niego odciski palców, a później wypytywali go – w namiocie był ktoś, kto mówił w jego języku – o wiek, nazwisko, pieniądze, dowód, ale on nie miał niczego oprócz spodni, butów i koszuli. Opowiedział o morskiej otchłani, w którą wpadł, i z której się wynurzył, o pomarańczowym słońcu, które chwycił, o bracie, wujku, kopniaku i pieniądzach. I o tym, że ma pojechać do Germany i wysyłać pieniądze. Powiedział: brat, wujek. Tego o pieniądzach nie, o tym nie mówił. Mężczyźnie, który przeprowadził go przez granicę, w ogóle nie opowiedział swojej historii, tamten nie chciał jej słyszeć i nie kazał mu opowiadać, wyciągnął jedynie rękę po pieniądze ukryte w podeszwach butów. Zaprowadził go tylko do granicy, nie starczyło pieniędzy, a może ceny wzrosły lub kurs walut był niekorzystny. Tak samo niewiele powiedział następnemu mężczyźnie, który go zawołał, mierząc w jego stronę z karabinu – tylko „azyl”. Słowo, którego nauczył się na pamięć. Ale mężczyzna jedynie pokręcił głową, opuścił karabin, przewiesił go przez ramię i dał znak, żeby iść za nim. Swoją historię opowiedział dopiero trzeciemu mężczyźnie siedzącemu przed nim w mundurze z kartką i ołówkiem w dłoni, tym razem była to historia o mężczyźnie z gumowym pontonem, z którego zeszło powietrze, o morskiej otchłani, dywanach, talibach, dywanach, wujku, kopniaku, Germany. Nie, o Germany nie mówił. Pięciu chłopcom, z którymi umieszczono go w jednym mieszkaniu, nic nie opowiadał, oni również niczego mu nie mówili. Grali w piłkę nożną, siatkówkę, ping-ponga, przesiadywali w pokojach, palili, jeśli mieli papierosy, czekali.

Na kieszonkowe. Na kolejny dzień. Na opiekuna. Na termin. Nagle pojawiła się młoda kobieta, na którą nie czekali. Uśmiechnęła się i powiedziała, że pójdzie z nim na rozmowę, jest adwokatką, będzie mu towarzyszyć w sądzie azylowym podczas przesłuchania. I czy nie zechciałby opowiedzieć jej o sobie. Opowiedział swoją historię. O wujku, kopniaku, dywanach, czerwonej i niebieskiej wełnianej nitce, ucieczce do Peszawaru, talibach, zmarłej matce, mężczyźnie z pontonem, pustym kanistrze, morskiej otchłani, statku, mężczyźnie, który doprowadził go do granicy, pieniądzach w podeszwie buta, mężczyźnie z karabinem, policjancie z papierem i ołówkiem w dłoni. Młoda kobieta słuchała. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Zapytała, na co zmarła jego matka. Nie pamiętał; powiedział, że po prostu umarła, był jeszcze zbyt mały. Chłopiec po jego lewej stronie tego nie opowiedział. Młoda kobieta zapytała, czy to jego historia. Odpowiedział, że tak. Przyszła następnego dnia i poprosiła, żeby opowiedział jej swoją historię. Słuchała, gdy opowiadał o ojcu, który musiałby go zabić, gdyby tam został, o matce, która dała mu pieniądze, o bracie, którego zabito, o nożach, szpitalu, chrześcijanach, tak, również o nich, o mężczyźnie z pontonem, pustym kanistrze, morskiej otchłani, statku, o mężczyźnie, który doprowadził go do granicy, o pieniądzach w podeszwie, mężczyźnie z karabinem, policjancie z papierem i ołówkiem w dłoni. Dziś młoda kobieta już się nie uśmiechała,
lecz płakała, kiedy skończył mówić. Zapytała, jak nazywał się jego brat. Powiedział, że nie pamięta. Chłopiec po jego prawej stronie tego nie opowiedział. Wtedy młoda kobieta zapytała go ponownie, czy to jego historia, znów powiedział, że tak. W takim razie powinien przy niej pozostać, najlepiej może przy tej dzisiejszej, a jeszcze lepiej, żeby nauczył się jej na pamięć. To miałoby znaczenie podczas przesłuchania. Nauczył się więc jej na pamięć i opowiadał ją również w ten sposób podczas przesłuchania, lecz wybrał historię z pierwszego dnia, kiedy młoda kobieta nie płakała, historię o talibach, ucieczce do Peszawaru, dywanach, czerwonej i niebieskiej wełnianej nitce, o wujku i kopniaku. I o pieniądzach z Germany. Nie, o pieniądzach nie mówił. Opowiadał o morskiej otchłani, pomarańczowym słońcu, statku, pieniądzach w podeszwie, dwóch chłopcach siedzących obok niego na gumowym zgrubieniu. Nie, o nich również nie opowiadał.

Oni mu się śnią. W jego snach historia się cofa. Mężczyzna z papierem i ołówkiem w dłoni, ten z karabinem i tamten, który doprowadził go do granicy, pieniądze w podeszwie, statek, pomarańczowe słońce, morska otchłań, syk ulatującego powietrza, dwóch opowiadających chłopców. Nie słyszy ich głosów, nie rozumie słów, wiatr wyrywa je z ust, szumi mu tak mocno w uszach lub wszystko zagłusza silnik, który zaczyna się zacinać, bo kończy się paliwo. On wie, co mu powiedzą. Opowiedzą o bracie, ojcu, wujku i matce. Opowiedzą mu swoją historię, jeden w taki, a drugi w inny sposób. Czasem wybiera historię z dywanami, czasem tę z nożami. Czasem miesza je, tworząc jedną. Jego historię. Nie ma innej.

przełożyła Ewa Mikulska-Frindo

Barbara Keller, ur. w 1944 r. w Wiedniu, pracowała jako nauczycielka niemieckiego i historii. Na emeryturze pisze teksty literackie.  Publikowała w czasopiśmie literackim „Podium” (2006, 2008), potem w innych czasopismach i w radio; pisze wiersze, prozę, sceny teatralne i słuchowiska.

Ewa Mikulska-Frindo – studiowała germanistykę, historię współczesną i tłumaczenia we Wrocławiu i Wiedniu; autorka pracy doktorskiej na temat rozliczenia z przeszłością Austrii w twórczości Aloisa Vogla na Uniwersytecie Wiedeńskim (Otago German Studies, t. 21, 2006), wykładowczyni w Wyższej Szkole Filologicznej (2002-20) i Wyższej Szkole Bankowej (od 2020) we Wrocławiu, uczestniczka i organizatorka warsztatów przekładu literackiego. https://stl.org.pl/profil/ewa-mikulska-frindo/

Paulina Mitek – @mitek.jpg