Szymon Sentkowski – jedno opowiadanie

 

W rumuńskich lustrach

Ma głowę wykręconą w bok, bo to jej pierwszy raz. I dobrze – dzięki temu mam jej szyję, a raczej mogę ją uchwycić dodatkowym zmysłem. Nie dotykiem, jak barbarzyńca. Zniżam się do niższego, zwierzęcego poziomu. Jak pies obwąchuję skórę ewidentnie zgwałconą perfumami, jednocześnie czując z tego powodu dziką satysfakcję, bo wiem, że nigdy wcześniej nie miała chmur równie blisko siebie. Są tam – niemalże na wyciągnięcie ręki – a ona dalej jeszcze próbuje się do nich zbliżyć. Wciska się w okno. W okno cholernego samolotu.

Podczas gdy ja siedzę w pociągu. Trzęsie wagonem, więc i ja się kolebię, niczym potrącony kielich kwiatowy rozpylający odór spoconego ciała. Przymykam oczy i myślę o tym, skąd to zmęczenie. A wpadłszy na trop – czuję, że pociąg się cofa. Wszystko powraca. Ona też – czy tego chce, czy nie. Musi.

Myślę, że zmęczenie pozwala chwytać struny czasu i wygrywać na nich melodie, jakie tylko się chce, niekoniecznie rzeczywiste. To cudowna właściwość. Człowiekowi ciemnieje przed oczami i na chwilę zostaje wróżbitą; Terezjaszem, któremu efemeryczność daru ślepoty wzbrania – co prawda – dostępu do przyszłości, ale podwoje przeszłości pozostawia otwartymi. Korzystam z tego, szlajając się tam i z powrotem, pociągając nosem.

Wdycham wspomnienia. Zamieniam się miejscami z całą sforą sierot, która wcześniej kłuła mnie bezlitośnie obojętnym wzrokiem, gdy jadłem na świeżym powietrzu. To były spore, bezpańskie psy – ciekawy rumuński fenomen. Ani odrobiny agresji w nich nie dało się wyczuć, wyłącznie rezygnację. Wałęsały się po całym kraju, rozplenione z nieznanego mi powodu. Siadywały lub kładły się w cieniu tak, że nie wiadomo było, czy śpią, czy może zdychają; sprawiały wrażenie wiecznie zdychających. Tylko jedzenie pobudzało je do rozwarcia powiek.

W Bukareszcie raczej ich brakło. Nie brakło za to parku, w którym kluczyłem, aż natrafiłem na mężczyznę stojącego na brzegu jeziora. Miał obok siebie kilka łódek bujających się na wodzie. Zapłaciwszy mu, wsiadłem w jedną i odpłynąłem.

Pośrodku jeziora tryskała fontanna. Okrążałem ją powoli, pociągając wiosłami w rytm własnego chcenia albo niechcenia, tak naprawdę całą uwagę koncentrując na szeleszczących w mroku liściach. Czułem dziwną satysfakcję, że ten mężczyzna tam stał. Że ktoś wpadł na pomysł płacenia mu za to, jakby specjalnie dla mnie, bo nikt inny o pierwszej w nocy nie korzystał z jego usług.

Wszechświat zdawał mi się przychylny. Byłem dzieckiem, które kołysał pierwotnym żywiołem wody. Gdzieś po bokach tliły się nieliczne światła. Czasem spacerowicz przy brzegu odwracał się, by zobaczyć samotną łódkę. O czym myślał, gdy dostrzegał w niej równie samotnego wioślarza? Czy wiedział, że busy jadące przez Asinip z Bukaresztu czasem się psują? Że kierowcy wtedy potrząsają śpiącymi pasażerami? Mówią coś, czego się nie rozumie, i im się odpowiada po angielsku coś, czego oni nie rozumieją?

– Nie pojedziemy dalej – przetłumaczyła dziewczyna siedząca na schodkach przy drzwiach busa.

I faktycznie nie pojechaliśmy. Dała swój numer kierowcy, żeby do niej zadzwonił, gdy przyjedzie zastępczy pojazd, ale ten albo w ogóle nie przyjechał, albo numer się zawieruszył, albo kierowca zapomniał, albo dziewczyna podjęła decyzję za nas obojga, że nie ma po co jechać dalej.

Zaprosiła mnie do swojej ciotki, mieszkającej akurat w miejscowości, w której się zatrzymaliśmy. Na obiad. Ekran telefonu leżącego przy talerzu dziewczyny wyświetlił rządek cyfr. Odrzuciła połączenie. Zwróciłem niewinnie uwagę na godzinę – dochodziła druga po południu.

– Dokąd ci się tak spieszy? Może wymyślimy coś innego – powiedziała.

– Do Asinip – odparłem.

– Ktoś tam na ciebie czeka?

– Tak. Chyba tak.

– Lepiej uprzedź tę osobę, że może się zdarzyć, że będziesz tutaj nocował.

Spojrzałem na jej ciotkę. Zmywała naczynia w kuchni, do której drzwi pozostawiła otwarte. Akurat szorowała swój talerz. Wcześniej zjadła tylko dwie kiełbaski i prędko się wycofała. W ogóle nie znała angielskiego. Miałem wrażenie, że speszyła ją moja obecność, dlatego wizja dalszego korzystania z jej gościny wprawiała mnie w zakłopotanie.

– Jest tu jakiś hotel? – zapytałem.

– Nie wygłupiaj się.

I aby się ani nie wygłupić, ani nie obciążać gospodarzy, udałem się pod pretekstem spaceru na miejsce, w którym zatrzymał się bus. Ku własnemu rozczarowaniu nie znalazłem tam niesprawnego pojazdu. Nie znalazłem też nikogo mogącego w jakiś sposób mi pomóc. Tylko pewien staruszek starał się wytłumaczyć gestami coś, co i tak wiedziałem – że kolejny kurs zaplanowany jest na jutrzejsze południe.

Do dziewczyny wróciłem z czekoladkami kupionymi w pobliskim sklepie. Jej ciotka, dojrzawszy to, rozpromieniła się i przyniosła nam butelkę wina, mówiąc przy tym coś, co zostało przetłumaczone na:

– Miejscowa specjalność, na dobry sen.

A o tym, co faktycznie myśleli ludzie z brzegu, przekonałem się, samemu stojąc na brzegu. Nie od razu opuściłem bowiem park. Przedtem ruszyłem okrążyć jezioro. W tym czasie ktoś inny wypożyczył łódkę i wypłynął, by ostatecznie zatrzymać się przy fontannie. Była to kobieta. Obserwowałem ją, wcale tego nie ukrywając.

Podpłynęła wtedy do mnie na tyle blisko, że mogłem dostrzec jej twarz. Niewzruszona. Sama też była obserwatorką i najwidoczniej próbowała uchwycić dobrą perspektywę. Ostatecznie wyciągnęła notes i zaczęła w świetle księżyca pisać. Poetka, pomyślałem, bo zdawała się sczytywać wersy z nieba, błądząc wzrokiem w przestworzach. Zapisywała, co wydarła firmamentowi.

Zdziwiłem się, gdy po kilku minutach po prostu wyrzuciła kartkę do wody i odpłynęła. Nie ku mężczyźnie zajmującemu się wypożyczaniem łódek, ale ku wąskiemu kanałowi, którego sam wcześniej nie zauważyłem. Przebiegał nad nim drewniany pomost, a że kobiecie się nie spieszyło, postanowiłem dotrzeć tam jako pierwszy.

Szybko dobierałem i przemierzałem ścieżki mniej lub bardziej wydeptane, byleby prowadziły do celu. Jednocześnie próbowałem trzymać się wody najbliżej, jak mogłem, by móc sczytywać słowa poetki. I nie miało znaczenia, że nie znałem rumuńskiego, bo nie pisała po rumuńsku. Pozostawiła na tafli srebrny okrąg, który mógł być tytułem dla falujących za nią zmarszczek wersów.

W pewien sposób domagałem się uchwycenia w tym krajobrazie, ale potrafiłem tylko nad nim zawisnąć. Wpłynęła pode mnie, a ja, straciwszy ją z oczu – mimo że dzieliło nas wtedy właśnie najmniej – wpadłem w panikę. Mostek jednak nie był szeroki, dlatego mój lęk zamknął się w dwóch spojrzeniach rzuconych w dwie strony: na dwa jeziora, kanał i leniwie plującą fontannę. Tak jak góra odbijała się w dole, tak ja zauważyłem własne odbicie w poprzecznej pustce między jednym a drugim.

Zaraz potem kobieta pociągnęła mnie za sobą dalej, w głąb parku. Przeszedłem na drugi brzeg, gdzie spoczywała kawiarnia, u której dało się zaobserwować – nie wiadomo, na ile celowe – wytrzewienie. Stoliki oraz krzesła czekały bowiem zbyt zachęcająco poza przeszklonym, zamkniętym budynkiem, niby składając obietnicę, że skądś jednak kelner przybędzie. Że gdzieś ukryta jest druga lada, a za nią krząta się obsługa, czuwająca w spółce z mężczyzną przy łodziach.

Zająłem miejsce pozwalające mi śledzić wzrokiem kobietę na wodzie. Zatrzymała się pośrodku jeziora, ale czy coś robiła – nie udało mi się dojrzeć. Dlatego też moje myśli ostatecznie odbiegły od niej i zaczęły zmierzać ku Asinip. Otrzymałem stamtąd kilka listów – w tym jeden pożegnalny.

Za mocno byłem wstawiony i zmęczony, by go nie pokazać dziewczynie. Słońce już zachodziło. Czytała zawzięcie opleciona tymi rozognionymi mackami zachodu, wkradającymi się przez okno. Pozwalała im wylizywać kąciki swojego profilu, wdzierać się do zmrużonych oczu, wycelowanych w linijki tekstu napisane niby drżącą ręką.

List nie był długi, sprawiał wrażenie naprędce skleconego z frazesów przeżutych przez tanie dramaty miłosne. Zastanawiałem się nad tym już wcześniej, ale dopiero po tak długiej podróży i po tak długiej chwili patrzenia, jak ktoś inny patrzy na niego, dziwna myśl zaczęła kiełkować z mojej podświadomości. Nie potrafiłem jednak zebrać się w sobie, by coś z nią zrobić, więc się po prostu od niej odwróciłem. Myśl mogła równie dobrze rozwijać się beze mnie, podczas gdy ja zawierzałbym się zastygłemu, a zarazem rozżarzonemu, sędziowskiemu obliczu dziewczyny. W moich oczach była wszechmogącą, przygotowującą kosmogoniczny werdykt odnośnie do mojego dotychczasowego świata.

– I to do niej jechałeś? – zapytała.

– Tylko do niej.

Oddała mi list, westchnęła ciężko. Sąd ostateczny. Aż się wystraszyłem, że to już schyłek istnienia. Dlatego dodałem, by się przed tym bronić, by ją ściągnąć na ziemię:

– Jak masz na imię?

– Emilia.

– I ile masz lat?

– Osiemnaście w tym roku.

– Czyli siedemnaście.

– A ona znalazła sobie innego bolca, który pierwszy ją zaprosił i wyciągnął z tej dziury. Pewnie miałeś do niej bliżej z Polski niż teraz z tego domu. Taka prawda, przykro mi. Dziewczyny tutaj tak robią.

Wyjąłem z kieszeni pozostałe listy – tym razem miłosne. Przejrzała je pobieżnie, z triumfalnym uśmiechem i przytakując własnym podejrzeniom. Ja natomiast pozwalałem powiekom opadać na coraz dłużej. Czułem, jakby kotwica wreszcie puściła – nie tyle została wyciągnięta, co po prostu odcięta. Aż się odwróciłem. Podkurczyłem nogi, ręce podłożyłem pod głowę i zdeterminowany, by w ten sposób odzyskać trzeźwość umysłu, stałem się obojętny wobec wszystkiego. Nie walczyłem ze snem.

Najwidoczniej nie jako jedyny wykryłem dysonans między stolikami a zamkniętą kawiarnią. Stanął przede mną pies. Miał spuszczony łeb, ale oczy wpatrzone we mnie. Jak się zdawało, już zawczasu żebrał tymi lśniącymi punkcikami o niezamówiony posiłek, który miał mi przynieść nieurzędujący kelner.

Tyle że ten dysonans wprowadzałem sam. Na szklistej powierzchni ślepek siedziała miniaturowa postać przy miniaturowym stoliczku i czekała na coś, niby na kelnera z jedzeniem. I tym czekaniem okłamała psa, który ostatecznie okazał się bystrzejszy, ponieważ przestał czekać, zawrócił i poczłapał w zaciemnioną alejkę, zauważywszy, jak żałośnie czekał miniaturowy pies.

Gdy się odwróciłem, kobiety już nie było na jeziorze. Uznałem, że czas na mnie i ruszyłem w przypadkowym kierunku. Po wyjściu z parku natrafiłem na grupę mężczyzn uwijających się w półmroku. Pakowali jakby rozmontowane rusztowanie do samochodu dostawczego, pomrukując między sobą.

Kawałek dalej stał człowiek gładzący kamerę ustawioną na statywie. Rozejrzałem się, ale więcej filmowców nie spostrzegłem; był tylko on, jako jedyny nieprzejawiający chęci do zniknięcia stamtąd. Nie brał udziału w krzątaninie i tej bezczynności nawet nie starał się usprawiedliwić – uśmiechnięty skakał wzrokiem po robotnikach.

Za jego plecami jaśniała witryna sklepu całodobowego, do którego wszedłem, nie do końca wiedząc, po co. Może dlatego że światła czyniły ludzi mniej anonimowymi, a ja potrzebowałem tej namiastki towarzystwa. Nawet chwilowej – w ciasnych przejściach między zaledwie czterema półkami panował spory ruch, działający niczym młyn, który wreszcie musiał mnie wypchnąć. Zanim to się stało, chwyciłem paczkę szynki i wystawiłem się na kilka rumuńskich słów wypowiedzianych przez ekspedientkę.

Z szynką wróciłem w okolice kawiarni, by się wywiązać z niemej obietnicy. Rzuciłem parę kawałków mięsa na ziemię i spróbowałem przywołać psa, ale nic nie wskórałem. Uciekłem się zatem do wcześniejszej taktyki – usiadłem przy stoliku z jedzeniem wyłożonym przed sobą, tym samym stając się oczekiwanym nocnym kelnerem.

– Może zdechł, skoro mu pan wcześniej nie dał.

Wzdrygnąłem się. Kamerzysta natomiast – dalej uśmiechnięty – usiadł naprzeciwko mnie.

– Nie śledzę pana, mam po prostu oczy. I to bardzo sprawne. Widzę plecak, myślę, że pan podróżnik i że po angielsku trzeba. Widzę, że pan tu dopiero co przyszedł i że pan rzuca jedzenie psom, to też wiadomo, że pan nietutejszy. I że już jakiś pies musiał u pana żebrać, skoro tak pan tu nawołuje. Musiał pan go polubić. Czeka pan na coś teraz? Samolot, autobus?

– Tak, czekam – odparłem.

– No, a na co konkretnie? Wylatuje pan czy dopiero co przyleciał?

Chcąc skorzystać z okazji, wyciągnąłem ostatni list, jaki otrzymałem z Asinip. Podałem go kamerzyście.

– Proszę, niech pan to przejrzy na wylot, skoro taki z pana wzrokowiec.

Aż wyszczerzył zęby, usatysfakcjonowany możliwością niesienia pomocy. Skupił się na liście, nie zważając na brak światła. Od razu brwi mu podskoczyły, pokręcił głową i palcem wskazującym zaczął wygrzebywać ziarenko maku przylegające do szkliwa siekacza.

– Wcześniej nie zauważyłem – wyseplenił.

Ja natomiast nie zauważyłem, kiedy i jak z Emilią dobraliśmy się do drugiej butelki wina. Najwidoczniej potrzebowałem tego bardziej niż snu. Nasza rozmowa zahaczała o wiele kwestii; wiła się między nimi, w żadną tak naprawdę się nie wgryzając. Byliśmy niczym para zakochanych wprowadzająca się do nowego mieszkania – kompletnie pustego. Mogliśmy kreować tę przestrzeń wedle własnych upodobań. Wieszaliśmy zatem na ścianach papierowe ozdoby, będące karykaturami naszego dotychczasowego życia.

Pod stopami nocnej konwersacji trzeszczał dywan z bibuły, który się darł z każdym naszym krokiem, a my wtedy robiliśmy kilka kolejnych, by tę jedną dziurę załatać. Tym sposobem napędzaliśmy terkoczące angielszczyzną perpetuum mobile. Gdzieś za ścianą spała ciotka Emilii – kobieta przeświadczona o tym, że z Emilią znam się od dawna i że jechaliśmy wspólnie do rodzinnej miejscowości dziewczyny, bym poznał jej rodziców.

Ciekawe, co by zrobiła, gdyby wiedziała, kim jestem. Gdyby wiedziała, że gościną wsadza swoją siostrzenicę w paszczę mojej woli. Ale co jeśli było na odwrót? Że to ja, wyczerpany i bezbronny, znalazłem się na łasce siedemnastolatki? Mając jednak dziewczynę przed sobą, nie potrafiłem uznać żadnej z tych interpretacji za prawdziwą; oboje czekaliśmy na połknięcie, domagając się tylko, abyśmy zostali połknięci razem.

– Nie mam pojęcia, co robić – powiedziałem.

– Widać, i to cholernie.

Natrafiliśmy na siebie jako dwa punkciki pędzące w przeciwnych kierunkach i na moment zdecydowaliśmy się zatrzymać, choć wiecznie w zawieszeniu trwać nie mogliśmy. Pozostawały nam dwie ścieżki – albo moja, albo jej. Tyle że moja mogła być tylko moja, a jej tylko nasza. Emilia wiedziała o tym od samego początku. Dlatego drżała, gdy wszystko miało się rozstrzygnąć.

Pozbierałem rozrzucone wcześniej listy. Zacząłem je czytać na głos.

– Nikt inny mnie nie rozumiał tak, jak ty.

– To miejsce nikogo nie rozumie, zabierz mnie stąd – przetłumaczyła.

Po czym wzięła kilka kartek i również zaczęła czytać.

– Śnisz mi się. Śnić to jedyne, co możemy.

– Jestem tylko ideą – przetłumaczyłem.

Teraz, w pociągu, mimo że błądzę myślami, rękę trzymam czujnie na kieszonce plecaka wypełnionej właśnie tymi listami.

– Tylko zniknięcie może mnie uratować. Całkowite.

– Zniknięcie za granicą.

– Zniknięcie w Rumunii.

I dalej wyobrażam sobie ją w samolocie. Wpatrzoną w okienko i zdziwioną tym, jak z wysoka wygląda cień rzucany przez chmury.

– Dzięki tobie znam swoją wartość.

– Wartość przewyższającą bilet lotniczy. To inwestycja.

– To był sen – czy to jest sen?

Chyba do nikogo się tak jeszcze nie zbliżyłem. A zbliżyłem się przez nieokreśloność tej relacji.

– Za tobą pójdę wszędzie.

– Idę donikąd.

I ciekawe, z kim doszła.

Czuję, że już jestem zbyt zmęczony. Niczym te rumuńskie psy. I jeszcze słyszę jego, uśmiechniętego przed kawiarnią:

– No, to teraz powiedz, kto jest najpiękniejszy na świecie.

A pociąg pędzi, wagon drży. Czy gdy się zatrzymamy, a mną potrząśnie konduktor i coś powie – czy go zrozumiem?

 

Szymon Sentkowski – ma 21 lat, studiuje lingwistykę praktyczną i copywriting na UMK. Debiutował w 2018 roku opowiadaniem Czworokątna dysputa filozoficzna nocą, zawartym w pokonkursowej antologii Wyjustowani. Antologia młodych twórców.

 

Ilustrację wykonała: 

Maria Horowska (ur. 1997) – studentka designu, zakochana w swoim mieście poznanianka. Wielbicielka zakamarków, winkli i fyrtli, szczególnie tych, w których pachnie świeżym pieczywem i niezwykłą kawą. Z pozoru spokojna i poukładana, jednakże w środku islandzki wulkan – uczuć, emocji, opinii i spostrzeżeń. W głowie zawsze zwój niekończących się pomysłów.

Facebook
Follow by Email