Ilustrował: Krzysztof Schodowski

 

Svenja Leiber – jedno opowiadanie

 

Pierwsze cięcie

Pozostałych łatwo było rozpoznać. Pozostali już od dawna byli na miejscu. Wchłonięci bez reszty przez lato. Soczyste, buzujące, kwitnące. Gołe brzuchy, sprężyste warkocze, pierwsze zarosty, problemy skórne: wszyscy oni spotykali się przy kontenerze. Siedzieli pochyleni do przodu na bagażnikach rowerów albo na starych skrzynkach i wiadrach, w rzędzie, obok siebie, małe jaskółki, wodzące wzrokiem za samochodami, strzelali palcami, prowadzili słowne potyczki, przerywali sobie raz po raz załamującymi się głosami, bekali, chichotali, mimo aparatów na zębach starali się domykać usta, patrzyli przed siebie w pustkę. I tak przez całe lato, może aż do samego końca.

Córka policjanta siedziała z rozkraczonymi nogami na białozielonym, metalowym pojemniku. Była szczupła i śniada, miała szeroko rozstawione oczy. Tego dnia włożyła krótką niebieską spódniczkę, tak że Jula już z daleka mogła dostrzec jej krocze w kwiecistych majtkach.

Jula jechała powoli. Toczyła się w kierunku kontenera. Słońce niemiłosiernie paliło jej czarne jak smoła włosy. Delikatny nos rzucał na usta krótki cień. Rower sunął samym brzegiem pękającego asfaltu. Trawy muskały szprychy. Czasem jakieś źdźbło przesunęło się ze świstem między jej gołymi palcami u nóg. Mimo to jechała wciąż skrajem drogi, na granicy bólu. Właściwie nienawidziła tego kontenera. Nie wiedziała, czemu codziennie tu przyjeżdża. Robiła to jednak i przybierała pozycję bojową.

Córka policjanta, dziewczyna o szerokim rozstawie oczu, lubiła konfrontacje. Miała w sobie coś histerycznego. Uwielbiała mówić niemalże w każdym zdaniu: „To obłęd!”. Śmiejąc się, tak szeroko otwierała usta, że było widać wszystkie śnieżnobiałe zęby. Śmiech rozlegał się dopiero po chwili, jak gdyby wydobywał się z jej macicy. Córka policjanta była apetyczna. Wiejska kotka, wiejska niecnotka, wiejska plotka. Zdążyła już nawet oczarować nauczyciela jazdy konnej. Od tej pory jeździła darmo. Pozostali musieli płacić.

Było oślepiająco jasno. Lecące wysoko samoloty malowały na niebie smugi, które, rozchodząc się, tworzyły grube pasma chmur.

Jula rzuciła rower na trawę. Opadł z głuchym łoskotem. Trawa była w tym miejscu cienka. Cienka i wysoka, porastała piaszczystą skarpę. Jula musiała uważać na rozbite szkło i ostry żwir, wyskakujący spod kół przejeżdżających samochodów i obijający się z brzękiem o metalowy kontener.

Burmistrz zarządził swego czasu, żeby kontener ustawić poza granicami wsi. Rzekomo ze względu na hałas tłuczonego szkła. Wszyscy jednak wiedzieli, że tak naprawdę nie o kontener tu chodzi, tylko o młodzież. To ją, obściskującą się tam czasem nieporadnie, należało jakoś przegonić ze wsi. Młodzież była skazą na honorze mieszkańców.

A ponieważ burmistrz znał się na rzeczy, młodzież przekwitała teraz na obrzeżach wioski.

Podobnie jak inne dziewczyny, córka policjanta miała na sobie buty jeździeckie. Chłopaki ubierały się w byle co. Juli to imponowało. Palili raz szybko, raz powoli i spluwali na asfalt spienioną białą śliną. Starsi pluli regularnie i charakternie. Inni tylko trochę, a niektórzy znowu bez umiaru. Przewagę starszych można było poznać choćby po tym, że ich skóra napinała się na ciele, jak gdyby sami ją sobie uszyli na własną miarę.

Jula była daleko stąd. Wyszła z siebie. Zazdrościła innym, że są inni. Sama też chciałaby być kimś innym.

Pewien gruby chłopak powiedział, że umie wypuszczać dym uszami. Ale któraś z dziewczyn musi go za to objąć w pasie i mocno przytulić. Żadna go nie dotknęła.

– Ej! – żachnęły się, odsuwając grubasa. – Łapy przy sobie!

A nad nimi rozpierzchały się pasma ciężkich chmur.

Córka policjanta spojrzała z góry na Julę, unosząc brwi.

– I co? Dzisiaj już cwałowałaś czy się tylko dziargałaś? – spytała, rozdziawiając białozębne usta, z których za chwilę wydobyło się gdakanie. Kilka absolutnie nijakich dziewczyn zachichotało.

Jula wzięła bucha od grubasa. Stojąc prosto, zdawał się wysoki i chudy. Wypuściła powoli dym-obłoczek.

– A ty? Coś już dzisiaj widziałaś czy jak zwykle tylko się ruchałaś? – odparła, nie patrząc na córkę policjanta.

Młodzież milczała. W obliczu królowych szerszeni młodzież musiała milczeć. Jula splunęła. Jeździła konno sama. Inne dziewczyny musiały chodzić na lekcje. Jula jeździła, bo chciała być sama. A to miało swoją cenę.

Dom z żółtego klinkieru i warsztat samochodowy. Duża przestrzeń, a na niej stare maszyny rolnicze, wraki samochodów i złom. Brzozy i pokrzywy, odłamki i puszki po sprayach. Rewir Juli. Jej poprawczak. Frontem do dzieci!

Instruktor jazdy konnej, Christiani, wysportowany trzydziestolatek o jędrnych pośladkach, przychodził często do ojca Juli i grzebał przy swoim motocyklu. Był tu pierwszym od lat instruktorem z prawdziwego zdarzenia. I był mężczyzną. Dotychczas uczyły ich jeździć jedynie kobiety, żałosne koniary o wysokich głosach i szerokich tyłkach.

Christiani wygrał kilka turniejów na okolicznych ścierniskach, czym zdobył ogromne uznanie dziewczyn ze wsi. Mógł mieć każdą, ale jego interesowała przede wszystkim ta jedna.

Przesuwając dłonią po motocyklu, przyglądał się tej dziewczynie, podczas gdy ona pomagała ojcu przy samochodach. Robiła to, bo lubiła zapach metalu i farby.

Wzrok Christianiego ślizgał się po jej wąskich, brudnych od smaru rękach, zawisał na delikatnym zagłębieniu w karku i wpijał się w nie.

– W kłopotach zawsze możesz na mnie liczyć – powiedział do niej kiedyś.

Każdy we wsi chciał poznać tajemnicę Juli. Zwłaszcza mężczyźni. Budził się w nich instynkt opiekuńczy, straszne i jednocześnie przyjemne uczucie. Kobiety odwracały się od niej. Silnymi dłońmi zasłaniały wąskie usta i szeptem snuły różne domysły. Trzymały się na dystans, być może dlatego, że mimo blizn Jula była z nich najładniejsza.

Młodzież przy kontenerze wstrzymała oddech.

Patrzyli na córkę policjanta, której usta się zamknęły. Odkąd wyczuła, że Christiani ma oko na Julę, starała się robić wszystko, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Nawet z niejakim powodzeniem. Knajpa jeździecka, piwko, rączki, spódniczka.

– Chciał tylko zobaczyć moje majtki – powiedziała później przy kontenerze.

Przecież nie ma w tym nic złego.

Ta szerokooka dziewczyna jednak nic nie zrozumiała. I swoim końskim wzrokiem nie dostrzegła sedna sprawy. Jula mogła jeździć sama. A ona, córka policjanta, musiała nadal chodzić na kurs. Dlatego obmyślała plan zemsty. Albo na niej, albo na Christianim, to się jeszcze zobaczy. Upał dawał się jej we znaki.

Wszyscy byli zakochani. Wszystkie chłopaki w Juli. W chmurze. Top secret. Nie mówiło się o tym. Każdy miał swoje własne nocne fantazje na jej temat. Mimo to wszyscy wiedzieli, w czym rzecz, i męczył ich upał. Obserwowali się wzajemnie. Byli zazdrośni. Zawsze w gotowości. Na łowach. Sprawa była tajna, dlatego woleli żartować sobie z córką policjanta albo z dziewczyną, która cały czas strzelała gumą do żucia. Łaskotki, figle, trzpiotki. Cierpienie, tęsknota, milczenie. Nikt nie miał odwagi zbliżyć się do ciemnej chmury. Bo kiedy zaciągała się czyimś papierosem albo siadała na bagażniku czyjegoś roweru, wzniecała ogień uczuć, który płonął jeszcze przez tydzień.

Jula spojrzała w bok tym swoim mrocznym wzrokiem. Rozcięła skórę. Nożem, od łokcia aż do nadgarstka. Prowokowała ból, weszło jej to już w krew. Własną krew. Chorobliwie, ohydnie, niezdarnie.

Przy kontenerze uchodziło to może za próbę odwagi, którą tłumaczono sobie tak albo inaczej. Julę otaczała szklana, zamknięta strefa, piękna i przerażająca. Można było się do tego przyzwyczaić. Tak jak człowiek przyzwyczaja się do upału, a trawa do piasku.

Jula kierowała wszystkim umiejętnie. Powoli, szybko. Grała w tę grę, ale nie z nimi. Wszyscy słuchali się jej, ale ona sama trzymała się z boku. Badała swój wpływ na innych. Powoli zaczynała coś rozumieć. Była okiem cyklonu, a wokół niej kręciło się wszystko, co działo się przy kontenerze.

Ojciec z córką siedzieli przy stole, telewizor był włączony, on jadł jajka sadzone, a ona odrysowywała przez bibułkę gwiazdy filmowe z jakiegoś czasopisma.

Ojciec miał ciemne włosy, opadające na czoło, i mroczne, przenikliwe spojrzenie. Kobiety ze wsi bardzo chętnie oddawały mu do naprawy swoje samochody. Trochę się też nim opiekowały. Był w końcu mężczyzną, potrzebował choć odrobinę troski. I jeszcze ta Jula, takie jakieś stworzenie. Brakowało jej dobrych wzorców.

Matka zwiała z pewnym elektrykiem. Była młoda, piękna i po prostu marzyła o czymś innym niż życie żony samochodowego majsterkowicza.

– Jeśli uważa, że dużo lepiej być żoną elektryka, to proszę bardzo – powiedział kiedyś ojciec Juli.

Żona miała dwadzieścia trzy lata, gdy odeszła i zostawiła go z pięcioletnią córką.

Jula dorastała, robiła się coraz piękniejsza i coraz bardziej śniada. Moja nocna księżniczka, mawiał o niej ojciec, gdy miała dziesięć lat. Teraz była już czternastolatką.

Popatrzyła na ciemne włosy na zewnętrznej stronie jego dłoni, spojrzała na rękę i ramię z tatuażem: domkiem z kobietą w oknie. Ojciec nazywał go swoim marzeniem. Jula położyła dłoń blisko jego dłoni, tak blisko, że czuła bijące od niej ciepło. Obserwowała przy tym jego twarz, spowitą migotliwym niebieskim światłem. Ojciec na nią nie patrzył. Jedząc jajko sadzone, oglądał w zamyśleniu film dokumentalny o platformach wiertniczych. Jej zaś weszło to w krew. Nauczyło ją tego życie.

Jula wstała. Podeszła do szafki kuchennej, wyjęła krótki nożyk i wyszła z nim w jasną noc. Przy płocie znalazła spory kawałek drewna wiśniowego. Wsiadła do jednego z wypatroszonych samochodowych wraków, ze schowka wyjęła walkmana, włączyła muzykę i zaczęła rzeźbić. Nóż tańczył po drewnie w takt muzyki.

Dawniej wolno jej było spać w łóżku ojca. Obejmował ją wówczas ramieniem, pachniał rdzą, lakierem i piwem. Dobranoc, śpij smacznie, słodkich snów, mówił zawsze tym samym tonem. Kiedy zasypiał, jego ramię robiło się ciężkie jak ołów i tak przyduszało Julę, że miała koszmary. Wszystko wracało do normy, gdy z trudem przesuwała rękę ojca na wysokość swojego biodra. Kiedy budziła się rano, ojciec stał już w niszy kuchennej i przygotowywał dla niej mleko truskawkowe albo płatki. „Pobudka, księżniczko”, szeptał, nie patrząc w jej stronę.

Jula rzeźbiła. Przesuwała krótkim nożykiem po drewnie. Rzeźbiła domek. Zapadał zmierzch. Guzowaty księżyc przeświecał już przez zamazaną szybę samochodu. Wióry leciały na kolana Juli. Na chwilę rozsunęła nogi, żeby trociny spadły na podłogę. Nóż ześlizgnął się i przeciął powietrze. Jula rzuciła kawałek drewna na podarte siedzenie obok. Bolało ją w środku. Lewą ręką chwyciła za kierownicę. Nadciągnęła ciemna chmura. Prawą ważyła w dłoni nożyk. Poczuła ciepło krwi na prześwitującej skórze. Można się było do tego przyzwyczaić.

Kłus, galop, hop, hop, hop.

Chłopcy zwieszali się przez drewnianą poręcz ujeżdżalni. Lustra, wolta, trociny. Hop, hop, hop.

– Co jest grane? Dźwigniesz wreszcie tyłek czy nie? – ryknął Christiani i poprowadził Julę na środek hali. Chwycił dziewczynę za biodra i uniósł ją do góry. – Tak to się robi – powiedział, teraz już przyjaznym tonem – na moment przed wybiciem.

Po czym położył dłoń na jej zabandażowanym ramieniu i dodał cicho:

 – Jeśli chcesz, będziesz wkrótce mogła jeździć na Tosce. – W jego ładnych, wodnistych oczach, które tym razem wgryzły się w czerń spojrzenia Juli, kryło się jakieś błaganie.

Toska była najładniejszą klaczą w stajni. Kara, metr siedemdziesiąt w kłębie, trudno było wsiąść na nią samemu. Miała jednak swoją cenę.

– Jak skończysz, przyjdź do mnie na górę – rzucił mimochodem Christiani i dał koniowi klapsa.

Mieszkał w malutkim pomieszczeniu nad stajnią.

Jula puściła zwierzę na długim cuglu i zaczęła się zastanawiać, czy Christiani od razu będzie chciał zobaczyć jej figi, tak jak zrobiłby to z córką policjanta. Myśl ta była absurdalna. Jula sama właściwie wcale nie nosiła fig, tylko sprane majtki. Mało prawdopodobne, żeby miały go podniecić. Toska była jednak propozycją, którą trzeba było rozważyć.

Christiani siedział na krześle z poręczami, nogi w oficerkach wyciągnął na skrzynce po piwie, a ręce skrzyżował za głową. Był najwyraźniej w pełni świadomy swojej męskości i coraz bardziej zanurzał się w swoje ciepłe, miło swędzące ciało.

Jula stała w oknie, spoglądając na podwórze i na stajnie z klaczami. Milczeli. W niskim pokoju panowała duchota.

– Dlaczego właściwie to robisz? – spytał w końcu.

– Co takiego? – Jula odwróciła głowę w jego stronę.

– No, to tam – odparł, wskazując na jej ramię.

– A jak myślisz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, mierząc Christianiego wzrokiem od góry do dołu.

Próbowała zyskać na czasie. Od bardzo dawna nikt jej o to nie pytał. Nawet durny psycholog dziecięcy już od dłuższego czasu się tym nie interesował.

Christiani milczał przez chwilę.

–To pewnie język symboli – powiedział, po czym, zmieszany, wymamrotał coś jeszcze, coś jakby: ja też miałem kiedyś taki język, zrozumiały wyłącznie dla mnie.

Być może, pomyślała. I znów spojrzała w dół na konia.

Jula była ładna. Miała na sobie T-shirt z kolorowym nadrukiem Sziwy, przywieziony kiedyś z Amsterdamu przez ojca.

– Przypominasz kobietę ze swojej koszulki – powiedział zaskoczony Christiani.

– To Sziwa – odparła.

Milczał przez chwilę.

– Aż chce się na ciebie patrzeć – powiedział cicho.

Zabrzmiało to niepewnie. Jula zauważyła, że to dla niego ważne.

– Dlaczego? – spytała.

– Myślę, że to przez te ramiona – odpowiedział.

Jula zacisnęła powieki. Kołysała się, swędziało ją u nasady włosów.

– Ty też chcesz patrzeć? – spytała.

Wzruszył ramionami.

– Pewnie.

– Dostanę za to Toskę?

Jula obserwowała pięknego konia, wysuwającego grzbiet ze swojego boksu na podwórze i przez ułamek sekundy pomyślała o córce policjanta.

– Za kogo ty mnie masz?

Christiani wstał i podszedł do drzwi. Sprawiał wrażenie niepewnego, a przy pożegnaniu nie spojrzał na nią.

Kiedy Jula, odsunąwszy kolorową zasłonę, weszła do kuchni, ojciec stał przy zlewie i, przytrzymując pokrywkę przez ścierkę,odlewał wodę z makaronu. Zaparowało szyby.

– Jula – powiedział i zacisnął powieki, chroniąc się przed gorącą parą. – Już siódma.

– Byłam na lekcji jazdy – odrzekła.

– Ale lekcja kończy się o piątej – zauważył.

– Gadałam jeszcze z instruktorem – odparła i uśmiechnęła się.

Ojciec wkroił do makaronu kawałek masła. Miał na sobie biały podkoszulek i fartuch.

– Nie chcę, żebyś spędzała czas z instruktorem – wymamrotał. – W końcu nie jesteś córką policjanta w tej jej idiotycznej miniówie.

Jula odstawiła na półkę wiadro pełne środków czystości.

– Mogę sama wyjeżdżać z Toską w teren – powiedziała.

– Kto to jest Toska?

Ojciec postawił na stole dwa talerze i dorzucił do nich garść widelców, łyżek i noży.

– Nieważne.

Jedli w milczeniu. Jula wciągała nitki makaronu. W małym pomieszczeniu było ponuro, nad stołem bzyczały muchy fruwające wokół lampy, na której sznurze był przymocowany lep. Jedna z nich, przyczepiwszy się, bzyczała wyjątkowo głośno, aż wreszcie i jej skrzydełka utkwiły w lepkiej masie. Jula uniosła wzrok i poczuła wewnątrz skurcz. Niekoniecznie ze współczucia.

Ojciec znów włączył telewizor. Jula wstała i zabandażowanym ramieniem objęła ojca.

– Kocham cię – wyszeptała.

– Juleczko, ja ciebie też – powiedział, zagłębiając palce w jej włosach.

Nie mogła złapać tchu. Wybiegła. Na zewnątrz, w gorącą noc. Po prostu biegła główną ulicą – aż na polną drogę do stadniny, biegła i płakała. Okrągły księżyc świecił nad dachem stodoły. Wyciągniętą ręką przesuwała ze stukotem po białych sztachetach płotu, aż straciła czucie w palcach.

Uspokoiło ją dopiero parskanie klaczy. Czarne jak noc zwierzę miało w paśniku świeże siano. Pierwsze sianokosy w tym roku.

Z lekkością i swobodą płynęły przed siebie. Poruszały się w jednym rytmie. Ciała. Jedno ciemne, duże, a drugie delikatne, najdelikatniejsze w okolicy. To ono nadawało rytm. Anglezowanie. Słońce. Czarne, szorstkie i miękkie włosy. Dwie Sziwy. Jedna należała do mężczyzny w butach jeździeckich, druga nie.

Jula śmiała się tam na zewnątrz, wśród pól. Objeżdżała wieś i stadninę, Toska dodawała jej sił. Ciemna chmura zataczała kręgi, czternastolatka, której weszło to w krew.

Dwa dni później przy kontenerze. Córki policjanta jeszcze nie było. Pozostali palili, dziewczyna z gumami do żucia stała i robiła balony, które pękały z hukiem. Niebo oślepiało.

Jula milczała. Pozostali też tylko niepewnie coś mamrotali. Lato. Nuda. Żwir.

I oto ona, dziewczyna o szerokim rozstawie oczu, córka policjanta, nadjechała niespokojna na rowerze. Mimo opalenizny jej twarz była blada.

Rzuciła rower w cienką trawę i naskoczyła na Julę.

– Co on ci dał za to, że pokazujesz mu swoją cipkę? – wyskrzeczała.

Jula wzruszyła ramionami.

– Ale przecież byłaś u niego?! – z bladych ust wyrwał się krzyk.

Wyszczerzyła nienagannie białe zęby.

– Ale nie nago – odparła Jula.

– No i co, co ci za to daje?

Córka policjanta była bliska płaczu.

– Toskę – odpowiedziała Jula.

– Świnia – wycedziła. – Napalona świnia.

Porwała rower leżący w trawie i odjechała w pośpiechu.

– Co to za scena? – spytał gruby chłopak.

– Daj się jej wykrzyczeć – powiedziała Jula.

Splunęła na asfalt białą, spienioną śliną.

– Idę do domu.

Jula wślizgnęła się do wypatroszonego samochodu, nogi aż po kolana miała pokłute od pokrzyw. Włączyła muzykę i gapiła się przed siebie tępym wzrokiem. Życie to głupi, pusty dom, pomyślała i wzięła do ręki nacięty kawałek drewna. Następnie wyciągnęła ze schowka notesik. Bazgrała w nim dłuższą chwilę, po czym wsunęła go za kierownicę. Wysiadła i opuściła łąkę. Szła spokojnie. Ponad nią, na ciemnym niebie nietoperze zataczały kręgi w pogoni za owadami. Szła główną ulicą, a potem skręciła w drogę prowadzącą do stadniny.

Christiani wyrósł przed nią nagle, był na bosaka, w bryczesach.

– Jula, co ty tu robisz? – spytał zaskoczony.

W ręce trzymał piwo. Rozmawiał przez telefon z żoną. Jula była blada. Zmierzył ją wzrokiem, jego migotliwe spojrzenie omiotło sylwetkę dziewczyny.

– Jula, już dziesiąta, twój ojciec mi tego nie daruje.

– Jutro znów potrzebna mi Toska – powiedziała cicho.

 Toska była najpiękniejszym koniem, który miał swoją cenę. Jej właściciel zaś wyznaczył do niej drogę.

 

przełożyła Zofia Sucharska

 

Svenja Leiber (ur. 1975 w Hamburgu) – studiowała literaturoznawstwo, historię i historię sztuki, współtworzyła różne projekty artystyczne, od 2005 roku zajmuje się pisaniem. Autorka zbioru opowiadań Büchsenlicht (2005) oraz powieści: Schipino (2010), Das letzte Land (2014), Staub (2018). Mieszka w Berlinie.

Zofia Sucharska (ur. 1988 w Gdańsku) – absolwentka germanistyki i literaturoznawstwa w Gdańsku i Berlinie, stypendystka europejskiego programu literacko-tłumaczeniowego TransStar, trzykrotnie wyróżniona w ogólnopolskim konkursie na najlepsze tłumaczenie z literatury niemieckojęzycznej. Mieszka w Berlinie.

Krzysztof Schodowski (ur. 1983) – plastyk, ilustrator, autor wierszy. Laureat Połowu 2017. Mieszka w Warszawie.

Facebook
Follow by Email