Ilustrował: Tomasz Grabowicz

 

Norbert Pilarz – opowiadanie

Szansa

– Nalać jeszcze jedno?

Zapytany podpierał głowę pięścią, wskazujący palec wetknął między wargi,  kciukiem podtrzymywał bok brody. Wzrok wbił w bar, jak gdyby w sękach drewnianego blatu doszukiwał się czegoś sensonośnego lub jakby faliste wzory były prawdziwym morzem brązu, falującym przed jego oczyma.

– Co proszę? – zapytał, potrząsając głową, z której w tym momencie uleciały wszystkie potargane myśli, kłębiące się w jej wnętrzu.

– Jeszcze jedno? – powtórzył młody, oparty obiema dłońmi o drewnianą powierzchnię barman, stojący naprzeciwko Zamyślonego.

– Ach tak, tak… – odparł, zerkając na uformowaną po jego prawej stronie armię opróżnionych kufli. Na ich ściankach  utrzymywały się różnorakie plamki, pozostałości piany, a na dnie niektórych żałośnie trwało parę kropli mętnego, złotego płynu.. Między kuflami zauważył też parę wciąż niesprzątniętych kieliszków.

Barman kiwnął głową, zaciskając lekko wargi, jakby ze zrozumieniem, czy też manifestując swoją wiedzę o nieuchronności decyzji gościa. Zebrał całą zgromadzoną dotąd kolekcję szkła paroma szybkimi i sprawnymi ruchami. Pozostało jedynie parę wodnych kręgów oraz samotnych kropel, które spłynęły z ochłodzonych powierzchni naczyń.

Gość potarł  twarz, chcąc przywrócić sobie tym sposobem trochę energii. Gdy otworzył oczy, zrozumiał, że nic to nie dało. Obraz świata był nadal bardzo rozmyty. Wszystko, na co patrzył, pozostawało w ciągłym ruchu. Góra–dół, góra–dół. Całkiem jakby fale bawiły się nim na powierzchni morza.

Barman postawił na blacie kolejną porcję napoju, poinformował o cenie, nasz bohater podał jakiś banknot, powiedział, że reszty nie trzeba – w końcu nie zamierzał już pić (przypomniał sobie, że prawdopodobnie to samo uczynił już jakąś godzinę czy dwie temu – nie wiedział, kiedy dokładnie, bo czas już dawno stracił jakiekolwiek znaczenie i ramy).

I kolejny łyk, kolejna zimna, spieniona fala płynie przez jego przełyk. Już dawno utracił poczucie smaku. Wiedział jedynie, że zimne i gazowane. Ale nawet gdyby było ciepłe, a gaz już dawno uleciał – czy byłby to jakikolwiek problem? Mógł wlewać w siebie wszystko, niezależnie od mocy alkoholu czy jakości cieczy

Nagle pomyślał, że chciałby być trzeźwy. Zaczynała boleć go głowa, w brzuchu strasznie ciężko, oczy do niczego, a reszta ciała żałośnie słaba. Jednak co miał teraz zrobić? Chociaż tak strasznie chciał wytrzeźwieć, to nie mógł przestać pić. Było mu dużo bliżej do ostatecznego upadku. Kolejne fale wpływały do jego gardła.

Gdy przechylał lekko kufel, patrząc, jak płyn powoli zmierza do krawędzi, usłyszał czyjeś słowa:

– Widzę, że dzisiaj mamy smutny wieczór.

Spowolnionym ruchem przechylił głowę w prawo i zobaczył siedzącego przy barze mężczyznę.

– Co? – zapytał, nie unikając przy tym charakterystycznego dla jego stanu „t” na początku.

– Pijemy na smutno?

Mężczyzna uśmiechnął się lekko, patrząc – prawdopodobnie – na liczne butelki z alkoholem, znajdujące się za barem, i wypił ostatni łyk whisky. Gdy zwiesił głowę, kosmyk starannie zaczesanych do tyłu włosów opadł mu na czoło. Poczuwszy to, natychmiast poprawił fryzurę.           
Pomimo zaduchu panującego w barze nie ściągnął jeszcze płaszcza, przez co wyglądał, jak gdyby przysiadł jedynie na chwilę (czemu przeczyła czwarta szklanka, dołączająca do rzędu).

– A jak pan, kurwa, myśli? – zapytał niekulturalnie.

– Myślę. Chciałem jedynie jakoś zacząć rozmowę. Wie pan, jak to czasami jest – chce się zacząć, ale nie ma zupełnie jak. A przecież jakoś trzeba.

Po raz kolejny spojrzał na Nieznajomego. Ten nadal kierował wzrok gdzieś przed siebie, jakby w ogóle z nim nie rozmawiał.

– Prawda, że była idealna, gdy ją pan poznał? – zapytał nagle Nieznajomy, wpatrując się w bursztynową zawartość szklanki.

– Kto?

– Ta, o której pan teraz myśli.

Zamilkł na chwilę. Jego ociężała głowa nie mogła odnaleźć odpowiednich słów, które mogłyby zdenerwować niechcianego rozmówcę i skłonić go do zamilknięcia.

– A co pan może wiedzieć… – w końcu się poddał, mówiąc cokolwiek.

– Mogę pomóc.

Jego głowa przechyliła się w stronę naszego bohatera. Spojrzał na niego niby mimochodem, po czym po raz kolejny się odwrócił. Twarz Nieznajomego miała w sobie coś zimnego; ostre, nieprzyjazne rysy zdradzały jego pewność siebie. Oczy przypominały czarny, martwy ocean.

– Nie sądzę.

– Ja pana znam – odparł mężczyzna, ponownie nawiązując kontakt wzrokowy. Te słowa go zadziwiły, ale jeszcze bardziej odczuł spojrzenie. Wywołało ono tak wielkie poczucie dyskomfortu, jak gdyby cała wina świata spadła na barki.

Tym razem to on się odwrócił. Wykorzystał to, aby rozejrzeć się po lokalu. Przy jednym ze stolików siedział mężczyzna, który pochylał głowę nad szklanką, mrużąc oczy jak na granicy śmierci. Przy innym siedziało dwóch. Mówili do siebie od czasu do czasu jakieś bełkotliwe słowa, których zapewne żaden z nich już nie rozumiał. Wszyscy byli tacy sami. Oprócz nich nie było nikogo.

– Ja pana nie – odpowiedział po zastanowieniu.

– Wiem. Dlatego jeszcze mogę pomóc.

– Czy mógłby mnie pan w końcu zostawić w spokoju? – zapytał, cedząc słowa przez zęby: trochę ze strachu, trochę ze złości.

– Nie chcesz jej znów poczuć? Czy nie o tym myślisz całą noc?

– Dosyć! – krzyknął, odwracając się w stronę nieznajomego, który jedynie uniósł brwi.

Inni goście nawet tego nie zauważyli.

– A więc nie chce pan pomocy?

– Nie, chcę tylko spokoju.

– A więc dobrze… ale… czy mógłby pan na jedno się zgodzić? – powiedział, wstając, po czym zrobił krok w kierunku swojego rozmówcy.

– Na co?

– Ja panu powiem jedną rzecz i, jeżeli pan zechce, to ze mną wyjdzie na zewnątrz i porozmawiamy w lepszych warunkach. Jeżeli nie – wyjdę.

– To mów pan, a później wypierdalaj… – odpowiedział znów bez kultury.

Mężczyzna zbliżył się o parę kroków, a następnie usiadł obok, nachylił się lekko i wyszeptał parę słów w kierunku siedzącego nieruchomo.

Oczy naszego bohatera lekko się rozszerzyły, a dolna warga drgnęła. Gdy Nieznajomy zamilkł, on również milczał jeszcze przez jakiś czas.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Wychodzimy? – zignorował pytanie.

W odpowiedzi otrzymał lekkie, pełne zmieszania kiwnięcie głową. Gdy Zapraszany, wstał zatoczył się lekko, podtrzymując się blatu, próbował odzyskać całą równowagę zabraną przez alkohol.

Nieznajomy podał mu płaszcz, który założył ze sporym wysiłkiem. Kiedy skierowali się do drzwi, mężczyzna zapytał:

– Może pomogę? – i objął naszego bohatera, aby  asekurować go podczas wymagającego wyzwania, jakim było wyjście na zewnątrz.

Mróz uderzył w ich twarze, a nocna cisza – w uszy.

– Ju-już nie trzeba – powiedział, otrząsając się z ręki pomagającego.

Płatki śniegu opadały leniwie na chodniki i trawę, już przykryte lekką bielą. W pomarańczowym świetle latarni drobinki błyszczały jak spadające kawałki popiołu.

– Gdzie idziemy? – zapytał niepewnie.

– Możemy stanąć.

– Tutaj?

– Tak, tutaj.

– I co teraz?

– Teraz patrz.

– Na co?

– Na śnieg.

– Mam się patrzeć na śnieg? Przecież śnieg jak śnieg…

– Patrz – powiedział Nieznajomy stanowczo, chcąc go uciszyć. – Patrz, jak spada. Najlepiej zacznij obserwować od najwyższego możliwego punktu, w którym będziesz mógł dostrzec konkretny płatek. Wybierz którykolwiek. Nie zastanawiaj się długo. Już to zrobiłeś? Jeżeli tak, to nie spuszczaj go z oczu. Chociażby nie wiem, co się teraz stało. Skup się na nim. Nie zadawaj pytań, nie myśl, po co to robisz. Po prostu patrz. Obserwuj każdy jego ruch. Jak tańczy na niebie, jak jego droga przecina się z innymi, jak czasami, popchnięty przez wiatr, wznosi się na ułamek sekundy, aby po chwili ponownie zacząć opadać, lekko się chybocząc, niby wahadło, albo jak dziecko na rękach usypiającej je matki. Jest coraz bliżej. Teraz możesz zobaczyć, jakiej wielkości jest naprawdę, jak prezentuje się na tle otaczających go tysięcy. Spójrz na jego zdobienia. Jego linie przecinają się, łączą, rozrastają; różnorodne  siatki i układy rysują się na tak małej przestrzeni… Patrz na tę  całą niepotrzebną misterność i niedostrzegalne, jedyne piękno. Widzisz, jak linia cienkiego lodu, biegnąc od środka, parę razy załamuje się, a z jej trzonu wyrastają kolejne mroźne łodygi? Przyjrzyj się krawędzi, która wygląda jednocześnie na tak kruchą, a zarazem groźną… Co tam widać? Jedynie biel. Tam jest już tylko to. Tutaj jest już tylko to.

Nie próbuj mówić. Nie próbuj się poruszać. Nie próbuj zamknąć oczu. To nic nie da. Nie możesz. Jesteś w miejscu tego pozbawionym. Nie musisz się bać. Zobaczysz tylko biel, usłyszysz tylko mój głos. Nie poczujesz nic. Nie stanie ci się krzywda. Będziesz tylko słuchał. To wszystko.

Będę mówił o tobie. Widzę, a nawet wiem, w jakim jesteś stanie. Co się z tobą dzieje. O czym myślisz, co czujesz. Nie będę mówił o niczym przyjemnym. Na pewno się tego spodziewasz. Wiesz, że będę mówił o twoich słabościach i tym, co cię trapi. A przecież jest tego tak wiele!

Bo jak to jest budzić się samemu? Codziennie witać dzień, tak jak każdy poprzedni. Rozcierać głowę, mrużyć oczy, chroniąc je przed wkradającym się słońcem, próbować wybadać, jak tym razem wielki będzie ból głowy, starać się przypomnieć sobie cokolwiek z poprzedniej nocy. Wtedy czujesz swoje serce: bije, jak gdyby spowolnione, jednocześnie mocno uderzając w piersi. Zaczynasz żałować ilości wypitych płynów i tego, że  życie dziwnie cię omija i przepływa gdzieś obok. A przecież nie widzisz już innej drogi. Przynajmniej na razie.

Wśród tych myśli przychodzi pora na przypomnienie sobie jej skóry. Delikatnej, gładkiej powierzchni, na którą padał poranny pomarańcz słońca ogrzewającego jej plecy. Rysowały się na nich drobne wzniesienia łopatek. To było życie. Jego definicja. Budzić się przy niej, nie myśląc o tym, jak wyjątkowa na tle całego życia jest ta chwila.

Ach, jakże ona była wspaniała! Ona, ona… I tu jest pytanie! Jaka ona? O której myślisz? A raczej – o której częściej? Obie były wspaniałe. Przecież obie kochałeś. O jednej zapomniałeś, druga zapomniała o tobie, o jednej sobie przypomniałeś, a druga została słodkim snem – czy była nim  zresztą  od początku.

Nawet sposób, w jaki je poznałeś – czyż nie był zupełnie inny? Tylko sobie przypomnij. Wiem, że to trudne. Może chociaż pomyśl o tym spotkaniu, które było później. Może będzie łatwiej? Byłeś wtedy taki znudzony… Przypominasz sobie? Nie wiedziałeś, co robić. Chciałeś czegoś – tak bardzo, że zaczynało cię to przytłaczać. Wtedy jeszcze ją kochałeś, nie chciałeś jej zostawić. Celem było jedynie coś poczuć. Coś nowego. Jeżeli życie jest stałością, nie przynosi niczego nowego – łatwo jest się w nim zatopić, tak zwyczajnie zniknąć. Gdy jednak zaczynasz uświadamiać sobie, że oddaliłeś się od wszystkiego, co pozwalało poczuć istnienie – pojawia się pulsująca chęć przerwania tego stanu. Szukałeś jakiegoś rozwiązania. Najpierw wydawało ci się to niemoralne, a nawet obrzydliwe. Z czasem zacząłeś się przyzwyczajać. Znajdowałeś na tyle naciągane usprawiedliwienia i argumenty konieczności, że w końcu przestałeś, a myśl o tym nie była już nawet czymś wartym zastanowienia. Wtedy ją poznałeś. I jeżeli miałbyś jeszcze jakieś wątpliwości – rozwiałaby je. Dzięki niej czułeś się jak we śnie. Była niczym chodząca energia, z której czerpałeś tyle, ile mogłeś. Była młodością. A przecież tego potrzebowałeś. To utraciłeś. Dawała ci złudę, że nie jest jeszcze tak późno. Z drugiej jednak strony – niekiedy myślałeś o czymś zupełnie odwrotnym. Wiedziałeś, że na nią nie zasługujesz. Zastanawiałeś się, kiedy przyjdzie czas, w którym cię zostawi. A przecież musiało się tak stać. Mimo to okłamywałeś się jak najskuteczniej. Walczyłeś z myślami, atakującymi cię przed zaśnięciem tak samo, jak miało to miejsce wcześniej. Wygrałeś po raz kolejny.

Potem wszystko zostało odkryte. To też nie było zaskoczenie. Przecież ona nie była głupia. Ciebie to nawet ucieszyło. Mogłeś przestać udawać. Myślałeś jedynie o tym, jak będzie wyglądał rozwód. Oczywiście – było ci smutno. Te wszystkie lata! Tyle dobrych wspomnień – cała młodość. Wszystko to była ona. Prawie całe życie. Ale ty musiałeś ratować chwile, które miały nadejść. Przyszłość jest cenniejsza.

Na szczęście ta młoda dziewczyna nie poznała cię jeszcze wystarczająco. Nadal była zainteresowana. Może nie tak, jakbyś chciał, ale wciąż… Szczęście trwało rok, może trochę mniej. Przerwało je coś spodziewanego – nuda.

Zostałeś sam. Załamałeś się – a przecież wiedziałeś, że do tego dojdzie. Zacząłeś żałować i myśleć, co by było, gdybyś nie odszedł. Może powinieneś spróbować przeczekać? Spróbować znaleźć szczęście w tym, od czego uciekłeś? Nie było przecież źle – a w końcu jak ma być w życiu, żeby było lepiej? Czyż nie o to chodzi, aby niektórzy musieli przyzwyczaić się do tego, że ich życie w najlepszym przypadku można określić jako „niezłe”?

Gdy zastanawiałeś się, jak wrócić, dowiedziałeś się o jej chorobie. Runął cały plan powrotu do dawnego życia. Nie mogłeś teraz – kiedy leżała bezsilna, kiedy nie było cię przy niej wcześniej. Bałeś się spojrzeć jej w oczy, powiedzieć cokolwiek. Nawet jej nie odwiedziłeś. Zdecydowałeś się na to dopiero, gdy nie była już przytomna. Leżała niby zniekształcony cień osoby, którą pamiętałeś. Nie potrafiłeś powiązać jej ze swoimi wspomnieniami i wcześniejszymi wyobrażeniami. Siedziałeś, milcząc, przez niecałe pięć minut, po czym wyszedłeś. Nie płakałeś. Była tak daleko, że nie mogłeś odczuwać bólu. Wpadłeś jedynie w melancholię.  Ona już gdzieś zginęła; zabrały ją fale, zmył deszcz, rozpuścił upał – cokolwiek. Po prostu zniknęła.

Ona, ona, ona… Nie możesz przypomnieć sobie jej twarzy, jej śmiechu, jej głosu… Z głosem jest najgorzej. Czasami jesteś bardzo blisko, słyszysz coś, jakby z oddali, ale niebawem ten dźwięk się rozpływa. Czasami masz wrażanie, że przyśniło ci się, jak do ciebie mówi, ale po przebudzeniu nie możesz sobie przypomnieć, ani co, ani jak to brzmiało. Pamiętasz tylko, że mówiła. Ale czy na pewno ona? A może to były słowa tej drugiej? A może kogoś zupełnie innego?

Chcesz teraz płakać, chcesz krzyczeć, chcesz przepraszać. Czy to nie najgorsze uczucie świata, gdy nie możesz? Jesteś teraz samym czuciem – cierpieniem, żalem, nienawiścią do własnej osoby. Chciałbyś to wszystko cofnąć. Dostać drugą szansę. Tak po prostu. Obudzić się w świecie wyglądającym tak, jak kiedyś.

Zastanawiasz się, kim jestem i czy naprawdę chcę ci pomóc. Moja tożsamość nie ma teraz zbyt dużego znaczenia. Czy jestem, jak byś to chciał określić, „dobry” czy „zły” – niewielka to różnica, a już na pewno nie jest istotna dla ciebie. Ważne, że ci pomogę. W końcu – czym zawiniłeś? Czy nie jesteś tylko mężczyzną, który popełnia błędy, będące tak oczywistymi i powszechnymi, że głupotą byłoby zwracać na nie uwagę? Nawet ona nie była na ciebie zła. Jedynie na siebie, że nie domyśliła się wcześniej, uważając cię za kogoś uczciwego.

Czyż jest sens dłużej cię karać? Przecież tak bardzo żałujesz… Obiecałbyś na własną śmierć, że będziesz najlepszą osobą na świecie, jeżeli tylko zostałoby ci wybaczone. A czyż nie trzeba dawać drugiej szansy ludziom, którzy chcą się zmienić? Tym razem byś to wykorzystał, byłbyś człowiekiem…

A więc spójrz… Uspokój się, porzuć strach, poczucie winy. Czy nie widzisz tych kształtów rysujących się w oddali? Szara sylwetka człowieka, niczym zbłąkanego wędrowca w śnieżycy. Zarys jest coraz wyraźniejszy. Czujesz, że się zbliża. Poznajesz dźwięk wydawany przez jej stopy, odbijające się lekko od powierzchni zgodnie z charakterystycznym rytmem. W końcu zaczynasz widzieć jej twarz. Na razie rozmytą, jakbyś zapomniał włożyć okulary. Przypomina ci się każdy szczegół jej budowy. Wszystkie nierówności, wypukłości i gładkości. Możesz spojrzeć jej w oczy. Kiedy był ostatni raz, gdy to zrobiłeś? Kiedy ostatnio zrobiłeś to z minimalnie podobnymi uczuciami do tych, które kotłują się w tobie teraz? Kiedy na to czekałeś? Nie pamiętasz, nie chcesz sobie przypomnieć. Chcesz chłonąć. Każdy jej włos opadający na ramiona, każdy zagubiony, który opada lekko na twarz, aby niebawem zgarnęła go dłonią, układając razem z innymi.

Wyciąga do ciebie dłoń, którą niedawno poprawiała włosy. Widzisz wszystkie kości, mięśnie, widzisz paznokcie oraz delikatną, jasną skórę, na której rysują się liczne zagłębienia. Chwilę przed tym, jak dotyka twojej twarzy, przypominasz sobie jej dotyk. Gdy już to robi, dochodzi do ciebie wszystko, co zrobiłeś. Chciałbyś płakać, ale nie wiesz, czy ze szczęścia, czy z tak przeraźliwego smutku, którego ani ja, ani ty nie umielibyśmy opisać. Zbliża twarz do twojej twarzy. Czujesz jej ciepły oddech – po raz kolejny zalewa cię żal, że tak długo nie ogrzewał twojej skóry. Otwiera usta, zaczyna mówić.

Nie możesz jednak usłyszeć. Próbujesz wyłapać słowa, głoski albo chociaż barwę głosu – cokolwiek. Jest już jednak tak daleko, wszystko jest daleko…

– Zamykamy. Proszę wyjść.

Podniósł głowę, opartą na ręce spoczywającej na barze. Gdy już zaadaptował się nieco  do świata rzeczywistego, zauważył, że pozostawił po sobie małe jeziorko śliny. Starł je odruchowo rękawem koszuli, czego po chwili po żałował.

Półprzytomny rozejrzał się po lokalu. Nieznajomego nie było. Dwaj mężczyźni również zniknęli. Został jedynie ten samotny, którego barman właśnie wybudzał z pijackiego zmęczenia. Mężczyzna trącał go w ramię, krzycząc o późnej godzinie, na co otrzymywał w odpowiedzi jedynie krótkie burknięcia i jęknięcia.

Oprócz nich nie było nikogo.

Wstał, włożył płaszcz i chwiejnym krokiem wyszedł z lokalu. Na zewnątrz wciąż padał śnieg.

 

Norbert Pilarz (ur. 2000) – student polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Do tej pory publikował między innymi w „Migotaniach” i „eleWatorze”.

Tomasz Grabowicz (ur. 1992) – uczeń Szkół Artystycznych ROE na kierunku grafika komputerowa, absolwent studiów filozoficznych. Wyraża się poprzez projektowanie mody miejskiej. Fan street artu oraz hip-hopu. Instagram: @zakazciszy.

Facebook
Follow by Email