Ilustrowała: Monika Kloc

 

Mirosław Mrozek – jedno opowiadanie

 

Apokryf odnaleziony w szpitalu dla obłąkanych

Getsemani

Spojrzałem z lękiem, ale i z pewnego rodzaju odwagą, w jedno z miriadów oczu świata wycelowanych we mnie, w wiszącą u sufitu lampę ze stuwatową żarówką, w której zamontowano kamerę. Zastanawiałem się, czy kamera działa wyłącznie przy włączonym świetle, czy również wtedy, kiedy jest ono wyłączone. Zapaliłem papierosa, zaciągnąłem się do dna płuc, zastanawiając się intensywnie, dokąd kamera przesyła obraz, czy jest on transmitowany na bieżąco w Internecie. Chwilami wszystko wydawało się takie nierealne. A jednak słyszałem za drzwiami kroki matki nerwowo chodzącej w tę i z powrotem, która modliła się szeptem, nieświadoma jeszcze, że mnie wyda. Tamci gromadzili się już przed domem, patrzyli w okno mojego pokoju, naradzali się, jeszcze niepewni, jeszcze pozbawieni odwagi. To do nich należy królestwo tego świata, a poza tym królestwem nie ma żadnego innego. Ja bowiem jestem królem bez królestwa, wodzem bez armii, mędrcem pozbawionym wiedzy, prorokiem, który nie widzi dla siebie żadnej przyszłości, przyszedłem wołać do krzyczącego tłumu, przemieniać chleb w kamienie, wodę w krew, zawracać bieg rzek, i błądzić, by dowieść swojej wolności, która nazwana będzie opętaniem albo innym rodzajem szaleństwa.

Matka, chcąc mi jakoś ulżyć, naszykowała kąpiel, przyprowadziła mnie do łazienki, pomogła nawet rozebrać się i wejść do wanny. Więc to ostatnia kąpiel, potem wyda mnie na ich pastwę. Cały czas słyszałem ich głosy, były teraz donośniejsze, niekiedy wykrzykiwali moje imię, dołączając do niego najbardziej wulgarne obelgi. Będę musiał stawić im czoła, a jestem tak bardzo zmęczony, nigdy w życiu nie czułem podobnego znużenia. Która to już bezsenna noc? Piąta, może szósta. Zasnąć, a najlepiej umrzeć. Rozłamać plastikową obejmę maszynki do golenia, wyjąć nożyk i przeciąć żyły, jak czynili w kąpieli rzymscy patrycjusze. Dowieść, że jestem wolny. Ale ja nie jestem rzymskim patrycjuszem i nie jestem wolny. Jestem królem barbarzyńców, którego obalono, któremu odebrano władzę decydowania o własnym życiu.

Zapadłem w jakiś rodzaj letargu, słyszałem tylko pojedyncze słowa, nie miały one już siły rozrywania jaźni na strzępy. Przepływały gdzieś obok strumienia mojej świadomości. Pojawiła się myśl, że nie pochodzą one z zewnątrz, tylko z wnętrza mojego umysłu – natychmiast ją jednak odrzuciłem, jako niedorzeczną. Nie zauważyłem nawet, kiedy do łazienki weszła matka, przez dłuższą chwilę coś mówiła, o coś pytała. Zrozumiałem z tego jedynie to, że mam się ubrać. Później zaprowadziła mnie do kuchni i kazała usiąść przy stole, postawiła przede mną jajecznicę na boczku. Oto ostatnia wieczerza – uświadomiłem sobie. Wziąłem kromkę chleba, przełamałem i podałem matce. W jej oczach pojawiło się zdziwienie graniczące z przerażeniem. Zacząłem jeść, nie czując smaku potrawy. Skończyłem, odsunąłem talerz od siebie, objąłem głowę rękoma i oparłem ją o stół. W tym czasie matka gdzieś dzwoniła. Czułem się bezwolny, wykonywałem jej polecenia niczym robot, kiedy ta nic ode mnie nie chciała, zastygałem w bezruchu i wsłuchiwałem się w głosy.

Patrzę na ścienny zegar, mała wskazówka zatrzymała się na godzinie dwunastej, duża trwa na dwudziestej trzeciej minucie, wskazówka sekundnika zawisła na dwudziestej drugiej sekundzie. Odległość między kropkami cyferblatu jest równa nieskończoności. Zanim wskazówka sekundnika przeskoczy dalej, umrę po wielokroć i po wielokroć się odrodzę. Każde odrodzenie będzie boleśniejsze. Wskazówka przeskakuje, odradzam się po raz kolejny, jako strzęp rozdygotanego mięsa, które odarto ze skóry, i teraz, pozbawione jakiejkolwiek warstwy ochronnej, nie wie, co jest jeszcze jego bólem, a co jest już bólem świata, który go otacza ze wszystkich stron i usiłuje zmiażdżyć potężnym miłosnym uściskiem. Z takiej miłości rodzi się tylko cierpienie. Jestem najbardziej ukochaną istotą tego świata. Świat oszalał na moim punkcie: myślą o mnie wszystkie umysły świata, połykają mnie wszystkie usta świata, pochłaniają mnie wszystkie waginy świata, gwałcą mnie wszystkie członki świata, płaczą nade mnę wszystkie oczy świata, słone łzy wpływają do otwartych ran i pieką, pieką, pieką, jak piekło, jak obłęd, którego nie jestem świadomy i na który nie zasłużyłem, bo nikt nie zasłużył, jak nikt nie zasłużył na życie i jak nikt nie zasłużył na śmierć.

Przyjechała karetka. Sanitariusze rozmawiali przez chwilę z matką, później usiłowali ze mną, odpowiadałem im pogardliwym milczeniem. Dali mi jakiś papier do podpisania, podpisałem ten cyrograf na swoją zgubę i wieczne potępienie. Jeden z sanitariuszy wziął mnie pod rękę, sprowadził po schodach, pomógł wsiąść do karetki. Wieczorem tego samego dnia byłem już pacjentem Oddziału IVa Szpitala Psychiatrycznego imienia profesora Antoniego Kempińskiego. W pobliskim klasztorze odprawiano nabożeństwo rozpoczynające Triduum Paschalne. Kapłan czytał słowa: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze mną”.

Rodowód

Urodziłem się w czasie zimy stulecia, dwudziestego trzeciego lutego w piątek. Do domu rodzinnego wieziono mnie ze szpitala saniami, zaprzęgniętymi w dwie klacze, powoził ojciec. Już w tym były zawarte znaki, dla tych, którzy znaki czytać potrafią. Pierwszy znak wywodzi się z analizy danych statystycznych, pozyskiwanych przez psychiatryczne zakłady opieki zdrowotnej. Zgodnie z nimi, dzieci urodzone zimą są bardziej podatne na zachorowanie na schizofrenię – możliwe, że jest to spowodowane zwiększonym ryzykiem zaatakowania matki takiego dziecka przez wirusy grypy. Drugi znak ma źródło w gusłach. Ludzie przesądni wierzą, że liczba dwadzieścia trzy jest bardzo pechowa, bardziej nawet niż liczba trzynaście. Stąd u osoby urodzonej pod taką datą może powstać przekonanie, że jest naznaczona czy napiętnowana przez los. Takie przekonanie może być źródłem samospełniającej się przepowiedni.

Moja rodzina była typową trzypokoleniową wiejską rodziną, zamieszkującą niewielki dom. Rodzice wspólnie z dziadkami prowadzili dziesięciohektarowe gospodarstwo rolne. Było biednie, ale głodu nikt nigdy w tym domu nie zaznał. Rodzice i dziadkowie całe życie wykonywali ciężką fizyczną pracę. Byli też bardzo religijni. Moja ciotka została zakonnicą a wuj kościelnym. W całej wsi nie było chyba ani jednej rodziny, która nie chodziłaby w niedzielę na mszę. O istnieniu ateistów wiedziano tutaj tylko z telewizji albo z książek – tych, co czytali książki, było zresztą niewielu.

W wieku trzynastu lat uświadomiłem sobie, że nie wierzę w Boga. Wcześniej zbytnio nie zastanawiałem się nad kwestią obiektywnego istnienia omnipotentnego bytu, który cały swój czas poświęca przyglądaniu się słabo owłosionemu podgatunkowi szympansa, zamieszkującego błękitną planetę położoną na obrzeżach galaktyki, która zagubiła się na kresach wszechświata. Byt ów szczególną uwagę przykłada do sposobu odżywiania się oraz zwyczajów godowych tego łysawego podgatunku szympansa. Cała rzecz zakrawała na lekki absurd. Mimo to lektura Biblii była miłym doświadczeniem, podobnie zresztą jak lektura Władcy pierścieni, Bajek robotów i każdej innej książki którą znalazłem w domu albo wypożyczyłem w bibliotece szkoły podstawowej, do której w owym czasie uczęszczałem.

Przyznać się rodzicom, że jestem niewierzący, nie miałem zamiaru, przynajmniej dopóki nie opuszczę domu rodzinnego i nie pójdę na swoje. Wiedziałem, jak to przyjmą, a raczej, że tego nie przyjmą do wiadomości. Może byłem już zbytnio stłamszony, by choćby próbować się buntować. Z jakimś rodzajem depresyjnej rezygnacji znosiłem gwałt, którego dokonywano na mojej niezależności w każdą niedzielę, gdy uczestniczyłem w nabożeństwie. Właściwie przez całe dzieciństwo i młodość czułem, że nie mogę być w pełni sobą, że nie mogę decydować o swoim życiu. Wiele lat później w jednej z książek z psychologii behawioralnej natknąłem się na termin „wyuczona bezradność” i zrozumiałem, że opisuje on to, czego doświadczałem w latach młodości.

Okres szkoły średniej był koszmarem. Chciałem identyfikować się wtedy z jakąś grupą rówieśników, zdobyć przyjaciół, nawiązać relację intymną z dziewczyną. Uniemożliwił mi to lęk – objaw drzemiącej we mnie choroby. Miałem wysokie IQ (powyżej 130 punktów) i jednocześnie olbrzymie deficyty, jeśli chodzi o inteligencję emocjonalną. Moje chorobliwe lęki były tak wielkie, że opuszczałem lekcje, na których istniało ryzyko, że nauczyciel wezwie mnie do odpowiedzi ustnej przed klasą.

Wreszcie koszmar się skończył. Zdałem maturę z ocenami dobrymi, ale na studia dzienne nie było mnie stać, złożyłem więc papiery na studia zaoczne i podjąłem pracę jako malarz powierzchni drzewnych w fabryce drzwi i okien w pobliskim miasteczku. Przepracowałem tam rok i trzy miesiące. Był to w miarę przyjemny okres w moim życiu, zarobki nie były wprawdzie duże, ale wystarczały na opłacenie czesnego, zakup ubrań i małe przyjemności, jak weekendowe wizyty w barze z kolegami z pracy. Odpuściły mnie też lęki, nie bałem się już odpowiadać podczas zajęć na studiach czy flirtować z dziewczynami. Paradoksalnie wynikało to chyba z tego, że nie zależało mi już tak bardzo. Zrozumiałem, że jestem typem samotnika, który nie przystaje nigdzie, i nie ma większego sensu usiłować dopasować się na siłę do kogoś innego.

Pojawiła się szansa na pracę w biurze, lepiej płatną i bardziej prestiżową. Wiązało się to z opuszczeniem domu rodzinnego i przeprowadzką do miasta. W mieście wynająłem pokój na stancji, w trakcie czterech lat pracy przeprowadzałem się trzykrotnie. Praca była nawet interesująca, bo na początku swojej drogi zawodowej zastępowałem pracowników różnych działów firmy, którzy korzystali w tym czasie z urlopów. Uczyłem się szybko, moją piętą achillesową wciąż jednak były kontakty międzyludzkie. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności na stałe otrzymałem stanowisko referenta do spraw marketingu – praca polegała na ciągłym kontakcie z klientami i pracownikami różnych działów firmy. Wywiązywałem się ze swoich obowiązków dobrze, ale kosztowało mnie to wiele nerwów. Właściwie stres nigdy mnie nie opuszczał. Pojawiły się problemy ze snem, w trakcie dnia piłem kawę dzbankami, żeby się dobudzić, a wieczorem wypijałem kilka piw, by móc zasnąć.

W  życiu osobistym nie było lepiej. Zakochałem się w młodszej o cztery lata studentce, sąsiadce z hotelu, w którym w owym czasie wynajmowałem pokój. Była to bardzo toksyczna miłość i chyba ostatnia kropla, która przelała czarę goryczy. Na ironię losu, ja, ateista, pewnego dnia uroiłem sobie, że jestem kimś w rodzaju mesjasza. Tak rozpoczęła się psychoza. Przez sześć tygodni nieustannie prześladowały mnie głosy komentujące każdy mój krok. W głowie  kotłowały się urojenia natury mesjanistycznej i seksualnej. Czułem się prześladowany. Cierpiałem na bezsenność. Wszystkiemu towarzyszył lęk, którego opisać ani zapamiętać nie sposób.

W  grobie

Bywają miesiące, kiedy poza rodzicami nie widuję innych ludzi. Przez to postradałem umiejętność prowadzenia konwersacji. Teraz, kiedy raz na dwa miesiące spotykam się ze swoją Psychiatrą, słowa przychodzą powoli i nie są najbardziej trafne. Kiedyś, jeszcze w czasie studiów i pracy, często słyszałem komplementy, że potrafię zastrzelić adwersarza kilkoma celnymi seriami zdań. Wymowę miałem zawsze niewyraźną i bełkotliwą, to chyba jakaś wrodzona wada – a teraz się nasiliła i naprawdę trudno mnie zrozumieć. Bywają dni, że nie wypowiadam żadnego słowa, poza imieniem swojego psa. Nie wydaje mi się, żeby to była wysoka cena za uwolnienie się z tego piekła, które nazywają społeczeństwem.

A uwolnić się nie było wcale trudno. Kiedy po drugiej psychozie wyszedłem ze szpitala i wróciłem do domu rodzinnego, okazało się, że telefon milczy jak zaklęty, spróbowałem zadzwonić do dwóch kolegów, nie odbierali. Oczywiście wszyscy w wiosce wiedzieli już, że dwa razy byłem w wariatkowie, straciłem pracę, usiłowałem popełnić samobójstwo i nawyczyniałem niestworzonych rzeczy w hotelu, w którym mieszkałem. W XXI wieku świat to globalna wioska, a w polskiej XXI-wiecznej wiosce, w której mieszkam, można iść tylko do sklepu i do kościoła, ja nie bywam ani w kościele, ani w sklepie. Ostracyzm wobec dziwaków takich jak ja, to w tych wioskach częste zjawisko.

Kiedy nastały czasy Facebooka i założyłem na nim konto, by promować swój debiutancki tomik wierszy, okazało się, że łatwiej mi pozyskać jako znajomego profesora literatury z Warszawy czy panią krytyk literacką z Wrocławia, występującą na antenie telewizyjnej co tydzień, niż Cześka Nowaka, który mieszka parę domów ode mnie i całymi dniami raczy się piwem pod sklepem. Profesor czy pani krytyk mogą sobie pozwolić na znajomego, który jest wariatem i pisuje wiersze, Czesiek nie może zadawać się z osobami, które nie dość, że zwariowały, to jeszcze piszą wiersze, co by na to powiedzieli jego koledzy z ławki.

Kiedy wydałem ten nieszczęsny tomik, nominowany do jednej z nagród literackich, odezwała się do mnie koleżanka z klasy, z którą nie zamieniłem ani słowa przez całe cztery lata ogólniaka. Koleżanka była bardzo sympatyczna, jak się okazało, miała w przeszłości kilka epizodów depresyjnych. Przez jakiś czas rozmawialiśmy ze sobą przez telefon i na czacie. Była bardzo atrakcyjna fizycznie i inteligentna, ale była też wierząca i miała inne poglądy polityczne. Zerwałem z nią kontakty, dość brutalnie, ale czy można zerwać niebrutalnie. Możliwe, że straciłem ostatnią szansę na przyjaźń albo związek.

Bywają miesiące, kiedy czuję, że zamknięto mnie w grobie, a ja przecież nie jestem jeszcze do końca martwy, chociaż nie jestem też w pełni żywy. W takie dni nie mogę zwlec się z łóżka, najchętniej spałbym całymi dniami. Nie widzę żadnego sensu, nie tylko własnego istnienia, ale istnienia tego żałosnego gatunku, do którego należę, a nawet całego życia na tej planecie zagubionej na kresach tego najgorszego z najgorszych światów. Życia, tego w gruncie rzeczy niepotrzebnego balastu, tej kotłującej się biomasy, tego ciągłego płodzenia i umierania, nieustannego pożeraniu się różnych kształtów i przejawów – i towarzyszącego temu wszystkiemu cierpienia. Bolą mnie wtedy myśli, bolą mnie słowa.

Bywają miesiące, kiedy każdego dnia po obudzeniu patrzę na swój regał z książkami, potem siadam za biurkiem, włączam laptop, wchodzę na stronę dyskontu książkowego i długo przegląda asortyment, żeby wybrać trzy książki, które kupię w dniu przelewu. Co miesiąc kupuję dokładnie trzy książki, nawet kiedy jestem zupełnie spłukany, nawet kiedy zmuszony jestem wziąć na ten cel chwilówkę. Bo to jest rzecz pierwszej potrzeby, coś, co decyduje o sensowności dnia i o jakości życia. Parafrazując pewnego pisarza, moją religią jest literatura.

Bywają takie miesiące, wtedy wszystko nabiera sensu, że całymi dniami i wieczorami czytam, najpierw dwadzieścia stron po angielsku, później po polsku, do oporu, do granic wytrzymałości. Innym razem siadam za klawiaturą komputera i stukam w nią gorączkowo, potem zastygam, kasuję, piszę od nowa, piję herbatę, wstaję, chodzę po pokoju w tę i z powrotem, szarpię się za brodę, jeśli akurat noszę brodę, trę podbródek, jeśli jestem akurat gładko ogolony, wracam do klawiatury, uderzam w klawisze, prężę grzbiet, chowam w ramionach głowę, zastygam, jakbym zmagał się z potężnym olbrzymem. Prowadzę niezrozumiałą dla postronnych walkę z niepojętym dla mnie samego przeciwnikiem. Jestem wtedy skoncentrowany i poirytowany, uważny i udręczony, pełen obaw i nadziei – w pewnym sensie szczęśliwy.

 

Mirosław Mrozek (ur. w 1979 r. w Szczebrzeszynie) – poeta, prozaik, publicysta. Mieszka w Czarnymstoku. Laureat między innymi:  IV edycji Turnieju Poetyckiego „Orzech” im. Jerzego Kozarzewskiego w Nysie (2010), 2. edycji Konkursu Literackiego imienia Henryka Berezy „Czytane w maszynopisie” za tom poetycki Horyzont zdarzeń (2014), za który był także nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej (2015), 6. Ogólnopolskiego Konkursu na Tomik Wierszy „Duży Format” (2018). Publikował w: „2miesięcznik”, „Akant”, „Angora”, „Artelis”, „Arterie”, „Charaktery”, „Dekoder”, „Dwutygodnik.com”, „Dziennik Polski”, „eleWator”, „Ex Fabula”, „Helikopter”, „Inter-”, „Migotania”, „Pisarze.pl”, „PKPzin”, „PoeciPolscy.pl”, „Proarte”, „Salon Literacki”, „Szafa”, „Szuflada.net”, „Wakat” oraz w wydawnictwach pokonkursowych. Wydał tomy poetyckie: Horyzont zdarzeń (2014, wydanie 2: 2015), Odpowiedź retoryczna (FORMA, 2016), Paragnomen (Fundacja Duży Format, 2018). Facebook: Mirosław Mrozek – Pisarz

Monika Kloc (ur. 1995) – absolwentka liceum plastycznego w Jarosławiu oraz warszawskiej APS na kierunku edukacja artystyczna w zakresie sztuk plastycznych. Zafascynowana historiami kryminalnymi oraz seryjnymi mordercami, a zarazem miłośniczka słodkich zwierzątek, głównie pand wielkich. Pod względem artystycznym najbardziej interesuje się grafiką komputerową, przede wszystkim malarstwem cyfrowym (digital painting), bo to tradycyjne zupełnie jej nie wychodzi. Instagram: @monikak.art

Facebook
Follow by Email