Milena Orłowska – jedno opowiadanie

 

Przystanek

1.

Już z daleka słyszała hałas, jaki unosił się nad rynkiem. Przypominał brzęczenie pszczół. Przy wejściu organy na kółkach wygrywały wysokie tony. Obok kataryniarz potrząsał w ich takt kubkiem z monetami. Mimo że wakacje skończyły się jakiś czas temu, nadal sporo było turystów. Pili kawę na tarasach albo jedli panierowane ryby z głębokiego tłuszczu. Podeszła do baru, przy którym kręciły się mewy i stanęła w kolejce.

W pobliżu stoiska sprzedawcy obrusów zwolniło się krzesło. Nad zawieszonymi na lince płachtami górowała wieża ratusza. Pokrywały ją misterne ozdoby z kamienia. W pewnej chwili dostrzegła czaplę. Sprzedawca z baru rzucił jej kawałek surowej ryby, a ona złapała go w locie, błyskawicznie rozpościerając skrzydła i otwierając ostry dziób. Natarczywa muzyka katarynki na chwilę ustała, dlatego postanowiła jeszcze trochę posiedzieć w słońcu.

W tym roku wypadało  osiemsetlecie Middelburga, dostali więc w Banku Obrazów Zelandii nowy projekt. Pudła negatywów sprzed kilku dekad wróciły niedawno z firmy, która hurtowo je zeskanowała. Teraz należało wprowadzić zdjęcia do bazy. Poszukiwania w cyfrowym archiwum lokalnej gazety nie były łatwe. Często miała tylko rok, bez dokładnej daty oraz krótki opis wystukany na małych kopertach od negatywów.

Klisza ze zdjęciem tamtej jasnowłosej dziewczyny wsunięta była do niewłaściwej koperty: „Zaprzysiężenie oficerów. Middelburg 1967”. Cztery klatki – na każdej z nich coraz bardziej się uśmiecha, pewnie zachęcona przez fotografa. Siedzi przy stole w jakimś pokoju, nie widać szczegółów, na sobie ma skromną bluzkę z kołnierzykiem. Dlaczego zasłużyła na artykuł w gazecie? Zazwyczaj fotografowane osoby prezentowały medale, dyplomy, pozowały w dresach, mundurach, w miejscu związanym z tym, co robią – w kościele, szkole, sklepie, na stadninie. W jej przypadku żadnego słowa kluczowego nie dało się znaleźć. Szefowa działu, Judith, powiedziała, że musi usunąć zdjęcie z bazy ze względu na brak danych. Kiedy to z żalem robiła, ogarnęło ją niedorzeczne uczucie, jakby ta dziewczyna została przez nią uśmiercona, skazana na zapomnienie.

Dwa stoliki dalej zaczęło płakać dziecko. Wcisnęła plastikową tackę do pełnego kosza, po czym ruszyła w stronę przystanku.

2.

Idąc zatłoczonym pasażem, mijała ludzi z papierowymi torbami w dłoniach. Odkąd zaczęła pracę w Banku Obrazów, jej myśli niespodziewanie kierowały się ku miejscu, w którym się wychowała. Było ono typowym poniemieckim miasteczkiem na zachodzie kraju, gdzie między kioskami Ruchu, blokami z betonu i bryłami supermarketów stały odrapane budynki o dziwnych wieżyczkach i zaokrąglonych oknach.

W Internecie znalazła garstkę kiepskiej jakości fotografii udostępnionych przez miejscowych kolekcjonerów. Gdy chciała je powiększyć, od razu pojawiały się piksele albo całość zasłaniała tłusta plama znaku wodnego. Na stronach niemieckich antykwariatów trafiła na wypisane piórem pocztówki z podpisem ,,Gruss aus…”.

Od początku jej uwagę przyciągnęła, widoczna na wielu kartkach, prosta, strzelista wieża kościoła. Znała takie z Holandii. Kościół latem – wśród zieleni, zimą – otoczony oprószonymi śniegiem drzewami czy kramami w dniu targowym. Obok budynek poczty z czerwonej cegły. Serce miasta.

Stała przy szlabanie, ponieważ ruchomy most niedaleko stacji kolejowej był otwarty. Kanałem płynęły różnej wielkości jachty: od motorówek do długich promów – pod francuską, belgijską, szwajcarską banderą. Przed mostem utworzyła się spora grupa rowerzystów.

Tyle razy czekała na autobus, nieświadoma tego, że zamiast PKS-u, w centrum miasteczka stał kiedyś kościół ewangelicki, rozebrany po wojnie. Kiedy tam ostatni raz pojechała, zobaczyła te same żółte barierki między peronami, okrągłe kostki brukowe wciąż prześwitywały spomiędzy dziurawego asfaltu. Poczuła się jak w skansenie, w programie ,,Zatrzymane w kadrze”.

3.

Doszła do przystanku autobusowego i usiadła na ławce. Na zadaszoną stację kolejową za przystankiem podjechał akurat pociąg. Co chwilę słychać było dźwięk kart  przykładanych do plastikowych terminali przez pasażerów, którzy z niego wyszli. Część wyciągała rowery z długiego szeregu dwupiętrowych stelaży. Wyższe musieli pociągnąć w dół. Po odczepieniu roweru wpychali szynę z powrotem.

Szereg secesyjnych kamienic z wąskimi oknami, tuż za kościołem. Na balkonach stoją mieszkańcy, mają rozmazane twarze. Przed sklepem grupa matek z dziewczynkami w różnym wieku ubranymi w białe fartuchy. Mężczyzna z rowerem. Z lewej Conditorei, trochę dalej Stadttheater-Lichtspiele, na nieostrym zdjęciu ciężko przeczytać, jaki leciał film. Dziś nad drzwiami wiszą kolorowe szyldy: Solarium ,,Sun Shine”, Zakład fryzjerski ,,Violetta”, Delikatesy mięsne.

Oglądając tamte pocztówki, pomyślała, że miasteczko miało podwójną tożsamość. Ta ukryta, wciśnięta pod nową, prześwitywała poprzez odkruszone fragmenty tynku i łuszczącą się farbę. Zastanawiała się, czy domy pamiętały dawnych właścicieli, a mury szkół – tych wszystkich wrzeszczących uczniów, którzy przewinęli się przez wygładzone od kroków schody. Ile deszczu spadło na pociemniałe budynki obłożone kamiennymi płytami? Czy stary park przy cmentarzu wiedział jeszcze, kto się w nim bawił, zbierał żołędzie i kasztany? A las wokół jeziora wspominał, jak ulatujący w powietrze dziecięcy śmiech rozpływał się gdzieś między wysokimi sosnami? Pamiętał odciski stóp, kół rowerów i wózków? Panie w niedzielnych sukienkach?

Z autobusu widziała wysokie kamienice nad kanałem. Ciasno do siebie przylegały, ich szczyty tworzyły nieregularny wzorek. Mijali później wioski o nazwach utworzonych od stojących w nich skromnych kościołów – bez obrazów, bez komunii, z pastorem w prostej todze. Biggekerke, Aagtekerke, Koudekerke, Meliskerke…

W zeszłą niedzielę, podczas rozmowy na Skypie, dowiedziała się od rodziców, że przystanek PKS przeniosą w okolicę dworca, natomiast na jego miejscu  utworzą plac. Zaskoczona, tego samego wieczora zaczęła szukać informacji na ten temat. Nieoczekiwanie trafiła na szkice architektoniczne. Nowy plac wyglądał jak dziesiątki innych, z ławkami i fontanną. Był schludny, ale brakowało mu charakteru. Wyróżniała się tylko niewielka brązowa makieta. Dokładniej przyjrzała się rysunkowi. Otoczona kwiatową rabatą stała tam rzeźba kościoła ewangelickiego ze szpiczastą wieżyczką.

 

Milena Orłowska (ur. 1983) – publikowała w kwartalnikach: ,,Wyspa”, ,,Topos”, ,,Obszary Przepisane”, ,,Wizje”, ,,Inter-” oraz ,,Helikopter”. Studiowała filologię polską w Poznaniu oraz Book and Digital Media Studies w Lejdzie. Mieszka w Holandii, gdzie zajmuje się digitalizacją i udostępnianiem dziedzictwa kulturowego.

 

Ilustrację wykonała:

Marysia Jeleńska (20 lat) – z Warszawy, studiuje Communication Design oraz Domestic Design w School of Form w Poznaniu. W wolnej chwili zajmuje się historią sztuki i designu. Uwielbia chodzić po muzeach i przesiadywać w nich długie godziny. Interesuje ją także fotografia – gdzie tylko może, zabiera ze sobą aparat. Lubi jazdę na nartach. Jest instruktorem narciarstwa i jeśli tylko ma taką możliwość, wyjeżdża na obozy narciarskie. Instagram: @marysiajelenska

Facebook
Follow by Email