Mateusz Skrzyński – jedno opowiadanie

Ilustrował: Jakub Grzybowski

Mateusz Skrzyński – jedno opowiadanie

[ BEN ]

Spuścili mi wpierdol. Myślałem, że dam im radę, ale pięści mieli większe od moich i mordy twarde jak miski olejowe rajdowych samochodów. Dwa tygodnie leżałem siny, pijąc piwo przez słomkę. Lu zajęła się wszystkim. Była wspaniała. Zmieniała mi ciuchy, podtykała butelki pod nos, a nawet załatwiła kaczkę. Nie musiałem wstawać, gdy chciałem się odlać.

Trochę to zajęło, zanim bez bólu mogłem się wreszcie ruszyć, a i tak tylko tyle, żeby wyjrzeć przez okno. Ciągle żarło mnie, jak skurwielom dokopać, kiedy już będę w porządku.

Budziłem się o piątej rano. W sam raz, gdy pojawiał się Ben i opróżniał pojemniki na śmieci, wrzucając zawartość na pakę śmieciary.

Ben to prawdziwy sukinsyn. Załatwiłby gnoi w pięć minut. Zostałyby z nich wątłe strzępy rozerwanych dup. Miał taką twarz, że mógłby nią wbijać gwoździe. No i kierował się tymi swoimi zasadami. Żelaznymi Zasadami Bena. Gdyby jakimś cudem został policjantem, to w jego dzielnicy wszyscy sraliby o tej samej porze. Porządek i prawo były najważniejsze.

Ben miał nie po kolei w głowie.

Jak znalazł worek śmieci nie w tym kontenerze, co trzeba, albo ktoś narobił syfu obok śmietnika, wpadał do naszej klatki i robił siwy dym. Nigdy nie słyszałeś, żeby gość tak gwałtownie walił w drzwi, a później opierdalał od góry do dołu tych, co byli na tyle nieroztropni, żeby mu otworzyć. Robił taki rajd od najwyższego piętra po parter, waląc do każdego mieszkania, a później wracał do pracy. Sprzątał wokół kontenerów, dzielił śmieci jak trzeba i jechał dalej.

Nic w życiu nie było tak pewne jak Ben. Sprawa z bójką naprawdę mnie złamała. Szukałem sposobu, żeby się podnieść. Patrzenie, jak Ben sześć razy w tygodniu opróżnia kubły (od czasu do czasu robiąc awanturę), podtrzymywało mnie na duchu. Mogłem już spuścić nogi z łóżka i wykonać kilka markowanych uderzeń. Chciałem się z nim zmierzyć.

Potem się popierdoliło.

Obudziłem się parę minut po piątej. Wyjrzałem przez okno. Wszędzie kupa walających się papierów i zgniłych warzyw. Ben kopał pojemnik na szkło, aż zaczął dyszeć jak lokomotywa. Doznałem szoku albo i może wylewu do mózgu. Otworzyłem okno. Rzuciłem butelką. Z brzdękiem rozbiła się o chodnik.

– Hej, Ben! – zawołałem. – Co teraz, gnoju?!

Chciałem, żeby para poszła mu uszami. Miałem nadzieję, że wywali drzwi wejściowe, wchodząc z framugą. Ale on nic. Wyciągnął papierosa, odpalił go i odjechał tą swoją śmieciarą. Co to miało znaczyć? Gdzie w tym sens?

Lu zastała mnie zdruzgotanego. Siedziałem na łóżku. Obok stało kilka pustych butelek po piwie. Opowiedziałem jej.

– Dziecko mu zachorowało – oznajmiła. – Cały blok huczy, że Ben zupełnie oszalał, bo nie ma forsy na lekarza.

Co za cios. Hak prosto w podbródek.

Nie wiem, ile to trwało, pewnie kilka tygodni. Siedziałem w domu, piłem i doprowadzałem się do szaleństwa. Wyćwiczyłem jadowity prawy prosty, po którym szła szybka kombinacja. Ben przyjeżdżał śmieciarą, zgarniał odpadki, tylko to nie było to samo. Uszła z niego energia.

Życie jest nieprzewidywalne, ale czasami zgnoi cię, żeby chwilę później podać rękę. Tak było z Benem.

Gruchnęła wiadomość, że znalazł kasę na śmietniku. Stała w kącie w puszcze po pomidorach. Dość, żeby opłacić leczenie, a nawet więcej. Ben może i klęknął na jedno kolano, ale nie zapomniał zupełnie o swoich zasadach. Przeleciał się po klatce, pukając do każdego mieszkania. Oddałby kasę pierwszemu, który przyznałby, że jest jego. Bez zbędnych pytań.

Nikt nie pisnął słowa.

Na chwilę można było odzyskać wiarę w ludzkość.

Piąta rano. Ben przyjechał pod blok w znakomitej formie. Piękny jak lew oszpecony po niezliczonej liczbie pojedynków. Zastał syf pod śmietnikiem. Słyszałem, jak biegnie po schodach. Czekałem, aż zacznie walić w drzwi. Zacisnąłem pięści. W żyłach wrzało płynne srebro.

Życie czasami zgnoi cię, żeby chwilę później podać rękę. Nadlatywała paskudna i zabliźniona. Zamierzałem ją przyjąć. Szybki prawy prosty, potem kombinacja ciosów, pomyślałem. Czas wrócić. Czas podnieść się z dna.

Cholera, jak wtedy chciało mi się żyć.

 

Mateusz Skrzyński – ma trzydzieści lat. Studiował dziennikarstwo na UAM w Poznaniu. Publikował w czasopismach literackich, między innymi: „Topos”, „Fabularie”, „Afront”, „Migotania”, „Krytyka literacka”, „Helikopter”, „Nowe Peryferie”. Pod koniec 2017 roku wydał pierwszy zbiór poezji – Pięść, Skowyt oraz Głodujące Psy.

Ilustrację wykonał:

Jakub Grzybowski – urodzony w 1995 roku w Warszawie. Ilustrator przy okazji, muzyk z pasji. Gra aktywnie (ulubiona skala: miksolidyjska). Jeśli ma czas, rysuje. Jeśli ma więcej czasu, to się szlaja i obserwuje. Stara się patrzeć na świat jak pięciolatek i tak rysować. Prowadzi nachodniku – małą, instagramową galerię dziecięcych rysunków, które można dostrzec, gdy się patrzy pod nogi.