Mariusz Sambor – jedno opowiadanie

Ilustrowała: Zojka Kogut

 

Mariusz Sambor – jedno opowiadanie

Siwy to był gość

z cyklu Siwy i ja

Siedziałem przy oknie. Nastrój był dość podły. Dlaczego? Co tam, dlaczego – taki był i już! Nie trzeba było z tego powodu robić z głowy laboratorium analitycznego. Chciałem zamknąć okno, bo wiało. Już miałem pociągnąć przedwojenną jeszcze wajchę lufcika, kiedy usłyszałem znajomy świst. Siwy zagwizdał, a gdy zobaczył za szybą moją twarz, wstał z murku, wyprostował się i kiwnął głową.

Siwy. Zawsze chciał być wszędzie pierwszy. Pierwszy się najebać, pierwszy zerwać panienkę, pierwszy odpłynąć w mrok. Pierwszy zamironić. Nie, nikomu to nie przeszkadzało, no zwyczajnie nie mogło. To był Siwy. A Siwy to był Siwy. Siwy to był gość.

Siwy to był człowiek, przez duże człowiek. Kiedy pozwalał ci się ciągnąć za sobą, wydawało ci się, że wszedłeś w boskie buty, ubrałeś czerwone papieskie trzewiki i jesteś w majestacie.

Siwy gwizdał pod oknem na swój sposób. Czasem dwa razy na palcach, wysoki świst przeszywał czas. Czasem ciurlający, podwójny gwizd po cichu, jak na psa, w umówiony sposób dwa razy, dopadał znienacka zza uchylonego lufcika. A lufciki były uchylne, drewniane, nie żadne plastiki podpróżniowe. Wtedy gwizd Siwego wyrywał cię z czegokolwiek, co tam sobie dłubałeś. Nawet kiedy nieszczęśliwy, bo przecież wyjechałaś na dobre, wypalałem właśnie pół paczki fajek, choć nie paliłem w ogóle na co dzień, albo wlewałem w siebie nieszczęście naszego miejscowego browaru, rozlewanego w bączki zero trzydzieści trzy, w pękate brązowo-bursztynowe bączki z etykietą z tatarskim wojownikiem na dwunożnym koniku,
w których czasami znalazło się kawałek sznurka albo zardzewiały gwóźdź.

Tak to bywało. Wtedy nie pijało się stouta, lagera czy kraftowych. Wtedy pijało sie podłe donosy rzeczywistości, po prostu – piwo. Szlachetny Okocim bywał dostępny od dziesiątej rano w zestawie ze śledziem w pakiecie w Warszawiance, knajpie, w której wieczorem przy dansingowych rytmach zapijano naszą szarą jaskrawość. Żywiec? Rarytas. Bywał jedynie
w delikatesach na wojskowym osiedlu od święta. Wtedy gęba była uśmiechnięta. A Lajkonik z miejscowego browaru był zwykle pod ręką, dostępny od godziny trzynastej, jak to władza ludowa przykazała, dbając o kondycję moralną narodu, by o zbyt wczesnej porze obywatele nie kosztowali tych cudowności. Było jeszcze cierpkie egri bikawer, arystokracja i ambrozja, wino win wśród patykiem pisanych, ale my woleliśmy orzeźwiający napój klasy robotniczej. A bez Siwego to można było sobie tym piwem normalnie tylko zaprzestać.

Taka prawda. Bez Siwego nic nie miało miejsca – i szlus. 

Siwy zagwizdał. W jednej chwili wcisnąłem nogi w znoszone wiązane welury, z trudem zdobyte zamszowe kamasze wysokie do kostek. Były modne, wygodne i do pary, wychodzone na mieście, wystane w ogonku, gdy rzucili dostawę. Nie, nie możesz takich pamiętać. Wtedy już wybrałaś wolność i zniknęłaś chyba w tej twojej serbskiej knajpie w Moabicie.

Czy ja coś mówię? Czy ktoś miał ci za złe? Nigdy. Berlin Zachodni.

Siwy zagwizdał. Ojciec tylko popatrzył niechętnie. A gdy, trzasnąwszy drzwiami, zbiegałem po schodach, pokiwał i pokręcił łysą głową. Pokiwał. I pokręcił.

Na pewno tak było. Zawsze tak było. Nigdy tego nie widziałem po własnym wyjściu, ale takie były rytuały. Na drugi dzień rano matka mówiła z wyrzutem, że ojciec nic nie mówił. Nic nie powiedział, tylko kręcił głową i kiwał. I kiwał, i kiwał. I kręcił.

Siwy czekał przy śmietniku. Wyjątkowo nie było z nim Kulawego, który ze swoją szpotawą stopą usiłował zawsze nadążyć za Siwym. Przynajmniej wtedy go nie kopali. Nie, nie fizycznie, choć i tak wszyscy wiedzieli, że to nie była żadna wada wrodzona, tylko Kulawy łaził od dziecka jak oferma i miał wykoślawione wszystkie pary butów od stawiania stóp palcami do środka. Ale i tak lubili dowalić Kulawemu, kiedy tylko był sam, bez Siwego.

– Ty luju pasiaty – wołali, gdy Kulawy powoli, tym swoim dziwacznym krokiem przemierzał osiedle i park. Kulawy bez Siwego podkulał ogon. Tylko przy Siwym to on był gość. Wtedy to był nadworny dworzanin, pierwszy kompan. Nawet na dachu chciał być kimś, gdy Siwy zasłuchał się w takty Coltrane’a.

– Kogo? – spytał mało obyty muzycznie klasycznie Kulawy.

– Kol–trej–na, de–bi–lu!

Mimo wszystko Siwy traktował Kulawego z dziwną atencją. Tak, nad tym wszyscy się zastanawiali, ale jakoś nigdy przy Siwym. Bo Siwy, gdy tylko mógł, potrafił każdemu, także Kulawemu, dowalić od debili i kretynów. Ale jednocześnie jemu jednemu pozwalał ciągnąć się za sobą jak wiernemu psu. Nawet mnie nie pozwalał być tak blisko. Nie wiem, czy ilość książek, zdobywanych spod lady lub wyszperanych w antykwariatach, które nosiłem ze sobą w plecaku, czy może ich widok na moich półkach, kiedy kiedyś do mnie zaszedł, a może to, że w tamto lato byłaś ze mną, spowodowało, że Siwy zaczął traktować mnie łaskawiej. I choć to może wydawać się dziwne, później to już nie ja latałem za Siwym, podwórkowym guru, jak Kulawy. To się zmieniło, kiedy Siwy, który był jak człowiek przez duże człowiek, zwrócił na mnie uwagę. Mimo, a może trochę dlatego, że ciebie już tu nie było. Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale dopiero wtedy, gdy zniknęłaś za bramką kontroli w baraku, co to dumnie nazywał się portem lotniczym, poczułem, że teraz wszystko się zmieni.

A teraz? Teraz Siwy stał pod śmietnikiem, oparty jedną nogą o ścianę blaszanego, pomalowanego zwykłą zieloną farbą olejną, zardzewiałego ogrodzenia. Nie było inaczej niż zwykle. Minę miał ponurą. Popatrzył na mnie z zagadkowym wyrazem przymrużonych oczu.

– Co on, kurwa, teraz wymyśli? – pomyślałem, choć na co dzień nie przeklinałem. Nie lubiłaś tego. Ale od wyjazdu mogłem sobie kląć, ile mi się zachciało. Nie musiałem się przejmować, miałem to gdzieś. Przecież wybrałaś nowe życie. Nieważne, że twoja szefowa – krowa – w serbskiej knajpie traktowała cię jak przybłędę ze wschodu. Jak Volkswagendeutsche[1]. Zresztą, co ja tam wiem. Gówno wiem i gówno widziałem. Quatsch, Grütze[2].

Wiedziałem, że wtedy było mi już wszystko jedno. I teraz, po latach, myślę, że Siwy wtedy też to wiedział, dopuszczając mnie do swojego kręgu wtajemniczonych, pozwalając być nawet bliżej niż kopanemu mentalnie na co dzień Kulawemu.

– Idziesz?

Siwy nie musiał pytać. Wystarczyło, że zagwizdał. Byłem. Byłem gotów, choć przez moment wyobraziłem sobie oczy ojca, których każdy refleks, każdy błysk zdawał się mówić zrezygnowanym głosem:

– Z ciebie synu, to już nic nie będzie.

Nie mylił się, miał rację. Nie będzie. Bez ciebie na pewno nie będzie.

Szliśmy nie niepokojeni przez osiedle. Nawet gdy tamci już siedzieli z jabolami pod bramami, to woleli tulić pyski. Tak, to było dla nas dziwne. Siwy był przecież dużo młodszy od nich, a jednak miał rezon. Może dlatego, że kiedy kilku z nich próbowało nauczyć go życia, potrafił wyjąć z kieszeni kosę albo łańcuch, ale nie musiał ich używać. Stał sam bez strachu
w oczach i tylko coś im odpowiadał. Co – nikt z nas nie wiedział, ale nie musiał. Od wtedy nabrali moresu. Może też dlatego, że nigdy potem nie wiedzieli, czy serdecznie potrząśnie prawicą, czy po prostu z nagła przyjebie słowem jak kułakiem w splot. Od tamtego czasu woleli mieć się na baczności. Po prostu siedzieli i milczeli.

Nie poszliśmy jednak na baraki. Nikt z nas nie wiedział, dlaczego tak nazywano duży płaski plac, osadzony na wysokim na metr fundamencie, do którego przylegał dziki sad
z zaniedbanym, zarośniętym chwastami i zdziczałymi drzewami ogrodem na tyłach przedwojennych kamienic. Ale wszyscy od dziecieńctwa, odkąd pamiętaliśmy, chodziliśmy na baraki, które były naszym stepem, akermanem, pustynią i puszczą, tajemniczą wyspą z porzuconą amfibią. Tam chcieliśmy myśleć o pordzewiałej półciężarówce z lat czterdziestych, stojącej wśród pustych blaszanych beczek po paliwie, wokół których wypalaliśmy wysokie trawy, biegając z palącymi się plastikowymi butelkami po olejach z cepeenu[3], znajdowanymi wśród nielicznych samochodów. Topiący się w ogniu plastik kapał w trawę jak napalm w dżunglę w Indochinach, a my, wracając ze szkoły, goniliśmy z radością, krzycząc, wyjąc i śpiewając popularną piosenkę Wietnam, Wietnam pali się, kukurydza praży się, Wietnamczycy, skurczybycy w chowanego bawią się. Ten popularny podwórkowy utwór wykonywany był na melodię instrumentalnego kawałka Popcorn, skomponowanego przez Gershona Kingsley’a
w sześćdziesiątym dziewiątym roku. Wtedy, w naszym spokojnym socjalistycznym obozie, odległa wojna wietnamska witała nas codziennymi wiadomościami w radio, słuchanymi przy śniadaniu chcąc czy nie chcąc, bo radio to było okno na świat. Nie, nie Głos Ameryki czy Wolna Europa, ale program pierwszy Polskiego Radia, który był przede wszystkim oknem na świat naszych matek, siedzących w domach, kiedy ojcowie zarabiali pieniądze w codziennym trudzie i znoju naszej, chcąc czy nie chcąc, socjalistycznej ojczyzny, a program telewizyjny startował dopiero późnym popołudniem.

Kukurydza to było to. Prawdziwy pop, nie żadne tam, nieznane wtedy pod swojskim dziś określeniem, ale przecież śpiewane na weselach pra-disco polo. Gershon Kingsley, urodzony zresztą jako Götz Gustav Ksinski w latach dwudziestych w Niemczech, jako jeden z pierwszych zainteresował się w poważnym wieku czterdziestu kilku lat syntezatorem Mooga. Jak przyznał w jednym z wywiadów, pewnego dnia słuchał odgłosów wydawanych przez maszynę do prażenia kukurydzy i zainspirowany jak Strawiński, postanowił wykorzystać je twórczo. Opanował Mooga i nagrał utwór, który oczywiście nazwał Popcorn. Co ciekawe, nie tylko w Stanach i na całym kapitalistycznym świecie stał się on hitem. W jakiś nieznany nam sposób dotarł na nasze podwórka z mocno publicystycznym tekstem, napisanym przez nieznanego twórcę. Z pogardliwym dla ludu Wietnamu tekstem, z którym na ustach goniliśmy po barakach, depcząc płonące od naszego napalmu źdźbła i kłosy traw naszej własnej dżungli, tłukąc je po chwili szkolnymi teczkami i czarnymi workami na kapcie, aby płomienie nie dosięgły naszej bazy, starej zardzewiałej półciężarówki.

Ale nikt się nie dziwił. Wtedy w naszej codzienności na barakach tkwiła jeszcze mocno wcześniejsza, dotykająca wszystkich tu na miejscu, wojna. Dopiero później, szukając w archiwum materiałów do powieści o czasach, w których nasze miasto miało stać sie wzorcowym modelem germańskiej architektury z nową rządową dzielnicą na Błoniach, wyszperałem informację, że właśnie na naszych barakach istniały drewniane budynki, mieszczące administrację obsługującą rząd Generalgouvernement, urzędujący w pobliskim gmachu głównym przedwojennej Akademii Górniczej. Zwykłe drewniane baraki.

Tamtego dnia, mijając baraki, Siwy prowadził koło dawnego schronu przeciwlotniczego, zasypanego do połowy, żeby nikt z gówniarzerii tam nie zachodził. Ścieżką przez zagajnik doszliśmy do ogródków działkowych. Tam emeryci hodowali swoje siwe i rude, które już zataczały koła nad naszymi głowami, budkami i werandami, by wzywane niemal jak ja przez Siwego gwizdem, zawracać, nawet niekuszone ziarnem.

Siwy nie musiał o nic pytać. Robiłem niemal wszystko bez specjalnej zachęty. Był wtedy chyba jedynym człowiekiem, na którym naprawdę mi zależało. Acha, już widzę, jak twoje zielone oczy otwierają się zdumione, gdy będziesz to czytała. Ale nie patrz, jak Fanny zu Reventlow, niekonwencjonalna malarka, pisarka w swojej monachijskiej bohemie, prosząca rodzinę o zgodę na naukę w seminarium nauczycielskim, i nie pytaj. Tu było nasze osiedle. To nie był żaden München czy Berlin. Zresztą, nigdy nie pytałaś. Kiedy będziesz to czytała? Może wtedy, kiedy będę już znanym, światowej sławy pisarzem z Bookerem i Noblem, a moje wspomnienia o Siwym będą dostępne także w polskiej księgarni buch|bund przy Sanderstraße w Kreuzkölln. Ale kto wie?

A później przeszliśmy przez tory. Pociągi za dnia jeździły tamtędy bardzo rzadko. Poszliśmy przez tory, bo tak bliżej było do wysokich budynków, gdzie leniwy dozorca zwykle spał przy zamkniętej łańcuchem głównej bramie i nie pilnował wejścia na strych i na dach. Tam, poza dachem naszej kamienicy, mieliśmy swój drugi azyl. Siwy i ja.

Nie musieliśmy nic mówić. Nie zastanawialiśmy się, co będziemy robić. Jeśli była możliwość, mieliśmy ze sobą paru szklanych rycerzy z miejskiego browaru. Czasem jakieś wino. Siwy zwykle w kieszeni nosił zmiędloną paczkę petów. Nawet nie palił, ale paczkę sportowych warto było mieć z różnych, zwykle prestiżowych powodów. Nie, Siwy nie był żadnym lumpem. Czasami, kiedy przychodził, a mnie nie było w domu, matka zapraszała go do mojego pokoju i stawiała przed nim talerz z kanapkami. Zwykle były nieruszone do chwili, kiedy wracałem. Zastawałem wtedy Siwego, gdy z wypiekami na twarzy trzymał w rękach którąś
z moich książek i wczytywał się wygłodniały. Dopiero później, patrząc nieprzytomnym wzrokiem, jakby nie rozumiejąc, gdzie jest i skąd się tu wziął, brał się za kanapki i wystygniętą herbatę, słodząc dużo i mieszając głośno łyżeczką.

Ale ostatnim razem złapałem go na tym, że ledwie ruszona książka leżała na stoliku obok talerza z nieruszonymi kanapkami, a Siwy wgapiał się wygłodniałym wzrokiem w twoje zdjęcie. To, które stało na półce, obok kilku z trudem zdobytych książek Mirona.

Pamiętasz? Zrobiłem je w górach w lecie. Leżałaś na hali pełnej kwiatów, tylko w kostiumie kąpielowym, piękna jak zwykle, urodą idealną jak Greta Lovisa Gustafsson[4].

– Aha – pomyślałem – tu cię mam, koleżko.

Siwy wcale nie był zmieszany. Nie, nie udawał nikogo innego. Popatrzył na mnie wymownie, wziął drewnianą ramkę z twoim zdjęciem i tylko zapytał:

– Kto to? Twoja dziewczyna?

– To długa historia – odpowiedziałem ostrożnie. Nie chciałem się tym dzielić, nie wtedy. Nie teraz.

– Pogadamy o tym kiedy indziej.

Odstawił niechętnie zdjęcie i wzruszył tylko ramionami, jak dziecko, które słyszy od dorosłych odpowiedź nie, bo nie. Ale nie komentował. Nie musiał. Nie chciał? Taki był Siwy. Takim go wtedy widziałem. Siwy – człowiek przez duże człowiek. Siwy to był gość.

A kiedy we dwóch przeszliśmy przez tory, nie wiadomo skąd, może spod nasypu, a może od strony ogródków działkowych rozległo się szuranie. No, jasne. Nie trzeba było nic gadać. Szuranie słychać było coraz bliżej. Siwy lekko się zgarbił i wbił ręce w kieszenie wytartej dżinsowej kurtki. Jasne. Teraz było nas już trzech.

– Spierdalaj – rzucił na powitanie do Kulawego.

To też był rytuał. Tak jak niewypowiedziane pytanie o ciebie, które pojawiało się od tamtego dnia na twarzy Siwego, kiedy zapadał w obcą mu zadumę. Żeby pokryć zmieszanie, widząc w moich oczach, że nie wyciągnie nic na temat najpiękniejszej kobiety świata, mówił, siląc się na stanowczość, żeby nie wybrzmiało w jego głosie widoczne zrezygnowanie:

– Młody, opowiedz jakiś film. No dobra, może też być coś o muzyce.

Ale oczywiście naprawdę czekał, żebym opowiedział historię o dziewczynie ze zdjęcia, piękniejszej niż szwedzka gwiazda filmowa, o jasnych, prawie białych włosach i twarzy regularnej, o oczach nieodgadnionych. No dobra, o dziewczynie, co przemknęła przez nasze osiedle, przez nasze miasto. Przez moje życie. Najpiękniejszej. Ale ciebie już tutaj nie było.

Zastanawiałem się do dziś, skąd Siwy, postrach osiedlowych żuli, miał wtedy w sobie taką wrażliwość. Może była to młodzieńcza poza, ale zwykle potrafił urżnąć się byle bełtem,
a wtedy nikt nie śmiał mu podskoczyć i się odezwać. A gdy był trzeźwy i siedzieliśmy na dachu pod niebem pełnym gwiazd, był, zdawało się, jak dziecko, zasłuchane w bajki opowiadane na dobranoc. Czasami myślałem, że to dobrze, że ciebie nigdy nie spotkał. Ale kto go tam wiedział, kto go tak naprawdę znał. Kto to był Siwy? Siwy to był Siwy, Siwy to był gość.

A mnie było powoli wszystko jedno. Czułem, że Kulawy najchętniej strąciłby mnie z dachu, żeby tylko odzyskać należne miejsce w orszaku Siwego. Jakoś nie przeszkadzało mi to,  ani grzało, ani ziębiło. Było mi wszystko jedno. Teraz wiem, że to i tak nic by nie dało.

Skąd wiem? Sama się prosisz o odpowiedź. Ale dobrze, proszę bardzo.

Musisz przejść wiele ulic i wejść na wiele dachów. Musisz wypić wiele piw albo wódkę, cierpkie wino, by prawić takie komunały jak ja, bo na trzeźwego to nie przejdzie przez usta. Nie przejdzie. Potem przywykniesz. Tak, w każdym razie, ci się wydaje. Plac na barakach zostanie zabudowany blokami przez dewelopera. Podobnie zniknie dziki ogród. I już nikt nie będzie używał nazwy Baraki, a w obiegu będą banknoty i monety wspólne dla wielu krajów. Tak, wtedy to było niewyobrażalne. Nie tylko to.

Ale to wszystko i tak Quatsch, bzdura. Wystarczy jeden moment, chwilunia.

Kiedy po latach w pociągu jadącym gdzieś przez Niemcy do Paryża wziąłem do ręki gazetę, jakiś dziennik, nie pamiętam już, czy Süddeutsche Zeitung, czy FAZ[5], i na którejś stronie znalazłem twoje zdjęcie, poczułem, że zjawił się nagle na mojej twarzy ten sam wyraz zaskoczenia, jak u Siwego, gdy patrzył na ciebie, leżącą na zdjęciu na górskiej łące.

Tak właśnie było. Nie umiałem sobie z tym poradzić. To zresztą nic dziwnego. Przyznam się, że mam tak do dziś. A wtedy mogłem tylko szybko pójść do wagonu restauracyjnego. Zamówiłem dwie wódki. Ale to było za mało. Za mało i za dużo. Za mało, żeby się upić, za dużo, żeby sobie z tym dobrze poradzić. Patrzyłem w zalane deszczem szyby pędzącego pociągu. Po wielu latach pierwszy raz pomyślałem dłużej o naszej bandzie, o Siwym, Kulawym i o sobie samym w tamtych latach.

Czy to były jakieś mądre myśli? Konstruktywne? Można napisać książkę, można ciągnąć takie historię przez pięćset stron. Można szukać spokoju i przechadzek w „stronę Swanna”, albo w „stronę Guermantes”.

Można wypalić pół paczki papierosów na raz, nie paląc w ogóle. Można wypić kolejne pięć wódek i następne, i doprawić brandy. Tylko że i tak nigdy nie będziesz na tyle pijany, żeby zapomnieć.

Można siedzieć w pociągu i zorientować się, że jesteś i tak ledwie w połowie drogi do siebie. Można odkryć to gdzieś w trasie. Nieważne, gdzie.

Można zdobyć, a potem sprzedać wszystkie płyty Johna Coltrane’a.

I co?

I nic.

I tak masz ciągle przed oczami tamto twoje zdjęcie. I łagodniejesz jak Siwy.

[1] Pogardliwe, stosowane w Niemczech Zachodnich (RFN) określenie dotyczące tzw. nowych Niemców, którzy repatriowali do Republiki Federalnej z Polski i innych krajów socjalistycznych, powołując się na niemieckie korzenie rodziców i dziadków, głównie w celu poprawy swoich warunków ekonomicznych.

[2] Niem. Bzdura, slangowo

[3] Ce-pe-en – właściwie Centrala Produktów Naftowych (CPN ) – państwowy, jedyny dystrybutora paliw w PRL.

[4] Pełne imię i nazwisko Grety Garbo.

[5] Frankfurter Allgemeine Zeitung.

Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor opowiadań, wierszy oraz prozy poetyckiej. Publikował w „Wyciągu”, „n.p.m.”, „Kontencie” i „Stonerze Polskim”. Pracuje nad powieścią. Wirus. Kręci się i wiruje wokół KSP (Krakowska Szkoła Poezji). Mieszka tam, gdzie kręci i wiruje. 

Zojka Kogut – istnieje