Małgorzata Skałbania – jedno opowiadanie

Ilustrowała: Liliana Lasocka

Małgorzata Skałbania – jedno opowiadanie

TYPOGRAPHUS

Lotaryngia,

powtarzam tu za miniaturzystą esperanto Marcinem Czerwińskim: las liściasty, las iglasty, foliarbaro, pingloarbaro. Okładka zielonej książeczki zdobiona ciekawą typografią jest mi mapą korytarzy niewidzialnych organizmów.

Matek korniczek opiekujących się larwami, które często są kobietami jednego, zapracowanego samca. On sam musi wyrzucić na zewnątrz wymiataną przez swoje partnerki rdzawą mączkę. Kobiety wypychają trocinki z żerowisk do komory godowej, skąd odbiera je przyszły ojciec ich dzieci. To jego praca widzialna jest na zewnątrz wspólnego dzieła rodziny, drzewa trocinowego (porównywanego do żywego rysunku rogów jelenia czy hieroglifów egipskich) .

Wersal

Nieświadoma różnic pomiędzy typographusem a szkodnikami drewna spuszczelem z kózkowatych czy kołatkami, upartym i domowym, wyschlikiem grzebykorożnym, miazgowcem parkietowcem i innymi, nacierając mebel woskiem powiedziałam:
·U pani w domu są korniki.
Byłam w wielkim apartamencie wdowy po ambasadorze polskim. Nawet sprzątaczka nie powinna mylić takiego miejsca z lasem (tuż za przecznicą Król Słońce miał rezydencję).
·Nie, mąż, świeć Panie nad jego duszą, kupował podróbki antyków. W takich meblach są sztuczne otworki, sztuczny robak czasu.
·U moich dziadków w Łańcucie najprawdziwsze robactwo zjadało powozy, domy, sprzęty, nawet miotłę robioną w lwowskiej szkole stelmachów.
·Historia podobna do dziury w miejscu jednorożca w la tapisserie d’ Aubusson, zasłoniłam portretem Stanisława (świętej pamięci) i tej o nadgryzionej przez termity Eumundi School of Arts. Kiedyś fascynowało mnie piękno, byłam modelką. Myślałam o edukacji w jakimś odległym, uroczym zakątku. Dlaczego nie w Australii, dlaczego nie artystka? Życie inaczej się potoczyło, Paryż, Wersal.
Dzisiaj je suis lasse du parisianisme (mam dość paryżanizmu).
– Ja peerelianizmu. Między innymi dam artystek, krytykujących komunę z perspektywy Zachodu, bo otrzymały od komuny możliwość przejścia przez żelazną kurtynę.
·Do mnie też nie przemawia współczesna poezja. Ja mówię wszystko tylko Duchowi Świętemu. On daje mi znak, kiedy może mi odpowiedzieć. Właśnie teraz. Ciiit!
(Madame w obcisłej spódnicy i butach na obcasie rzuciła się nagle na kolana.)  Pracuj, pracuj, nie zwracaj uwagi na mnie:
O Duchu Święty, wiem, że teraz jesteś ze mną. Udaj się proszę do mojej córki i jej gacha, który wykorzystuje ją fizycznie i finansowo. Uwolnij moją Marie-France i niech wraca do mnie jak najszybciej. Spraw, żeby to bydle nigdy nie wchodziło nam w drogę, żeby ślad po nim zaginął.

Następnym razem dobrze będzie, gdybyś modliła się ze mną, wiesz już jak. Powiem ci, kiedy poczuję znak, powiew. Teraz trzeba skleić książkę. Podarłam niechcący dzieło mojego męża. Muszę je sprzedać, liczę każdy grosz. Robiłaś już coś takiego, sklejałaś podartą książkę?
Nie. Na odwrót. Kazano mi kiedyś drzeć książki na potrzeby sztuki w teatrze. Reżyser pokazywał jak to zrobić. Wziął taką „cegłę” dla medyków, jednym ruchem rozerwał. Wyleciała mi pod nogi strona z portretem młodego Chopina. Pisano tam, że jego twarz jest przykładem żeńskich cech u mężczyzny.
·Biedny Chopin, nie dość, że pół Francuz, pół Polak, jeszcze pół facet w półksiążce, rekwizycie teatralnym. Nie przepadam za jego muzyką, Polacy ubierają w nią wszelkie uroczystości na przemian z pieśniami proletariatu.

·Drzeć książki to łatwizna. Skleić, żeby kupiec nie zauważył zniszczenia, to rzecz wymagająca wyjątkowej dbałości o szczegół.

· Pracuj, pracuj, literki muszą być jak od zecera. O, spójrz, to ja, kiedy byłam młoda w Egipcie, tu w Biarritz, Miami… Mąż o wszystkim pięknie napisał, mieliśmy wtedy na podróże dookoła świata. Polska dbała o dyplomatów i ich rodziny.

Ciągle widać rozdarcia na sklejonych stronach. Popatrz tu: Bien que nous nous soyons finalment séparés. Między my, my, trzeba rozdzierać drugi raz i kleić.

·Z książką łatwiej niż z potłuczoną szklanką, ale trudno oczekiwać cudu.

Po kilkugodzinnej pracy usłyszałam:
·Niestety, tym razem nie mam pieniędzy, żeby ci cokolwiek dać.  Kolejnym razem zapłacę podwójnie. Nie w jeden dzień Wersal zbudowano. Znasz zapewne to przysłowie.
Madame być może zauważyła niepokój na mojej twarzy:
– Wybierz sobie apaszkę. Jest warta więcej niż ten bilet. Przez lata nazbierało się mnóstwo. Rzuciła mi kilka sztuk na stolik, podróbkę jakiegoś ludwika. Przerzucałam szmatki z lewej na prawą stronę, szukając czegoś na prezent w Polsce (mama nie lubiła u kobiet w kościele tureckich wzorów).

·Versées, semailles (przewracać-orać, siać), vers, ailles. O, znalazłam. Herb miasta, ścięty kogut, mutant z dwoma głowami.
Mówiłam do siebie, natrafiając na  ściętego le coq bicéphale.
-Kogut myślał o niedzieli….
·Ty nie myślisz czasami o niedzieli?
· O rysunku Sacré Cœur, Notre-Dame?
Powoli uzbrajałam się do pokonania kilku kilometrów drogi, myśląc o wyborze środka lokomocji. Avenue de Paris – Versailles, tak pięknie odmalowana przez Alberta Marqueta z okna jego pracowni (słońce po jednej stronie ulicy, delikatny cień po drugiej), zmieniła się w tunel kolejki. Umundurowani kontrolerzy chwytali mnie pod ręce, by dowiedzieć się więcej o celu mojego pobytu we Francji. Jak im wytłumaczyć, przybyłam, by przeżyć Champ de Mars – Tour EiffelPont de lAlmaInvalidesMusée dOrsay, Saint-Michel – Notre-Dame, Gare d’Austerlitz?

 –  Przyjechałam do pani z Paryża na gapę.
·Raz na wozie, raz pod, jesteśmy Polkami, robię tak samo.
·Mam wrócić bez biletu ?
·To tylko kilka stacji.
Madame (polecona mi przez zakonnika) rozłożyła ręce, podniosła głowę do sufitu tracąc ze mną kontakt:
O Duchu Święty, czuję teraz twoją wszechobecną mądrość i miłość. Moja Marie-France jest ciągle w niebezpieczeństwie. Daj jej światło na drogę powrotną do domu. Postaw między nią a jej oprawcą mur.

Paryż, maszyny do kolorowania

Po przekazaniu małej przesyłki z Polski „brat” zaprosił mnie do męskiego klasztoru na obiad. Czekając w wielkim kościele przy monasterze na zakonnika, zaglądałam pod mizericordia dębowych stalli, by odnaleźć znane płaskorzeźby: kobietę badaną przez lekarza, kobietę wychodzącą z kąpieli, kobietę w kąpieli z mężczyzną. Panie miały odrąbane twarze i piersi. Cenzor musiał pracować w kościele siekierą lub nożem. Od czasu do czasu wracałam pod ołtarz, gdzie bracia pogrążeni w modlitwie siadali, wstawali, klękali, ściągali kaptury i wkładali. Wyobraziłam sobie odbiorcę paczuszki podobnego do Jeana Yanne’a, który w kostiumie aktora śpiewa Jezusowi z różową brodą i wąsami: Tout le monde il est beau, tout le monde il est gentil (oprócz mnie i Jeana Yanne’a). Po nabożeństwie wysoki, zniewieściały chłopak w białej sukni przewiązanej sznurem podszedł do mnie, by zaprowadzić do parlatorium.
-Pokażę ci swoje obrazy. Jestem salowym w ciągu dnia, ale ojciec przeor zezwolił mi na malowanie w czasie rekreacji.
Starałam się rozładować napięcie adepta sztuki szukającego w teczce wybranych prac:
– Łaskawy ojciec. Kiedy postanowiłam wstąpić do Norbertanek, by tam się zamknąć i malować, siostra, zachwycona pomysłem, przyniosła mi kartki pocztowe, przykłady  twórczości pań za kratami. Cieniutkim głosem, półszeptem, z uśmiechem na twarzy opowiadała mi o możliwości rozwoju talentu artystycznego poświęconego Bogu. Przykładała przy tym do krat obrazki z postaciami świętych. Były rysowane od szablonu, wypełnione ręcznie nakładanymi kolorami.
– Ten słynny krakowski klasztor?
·Tak. Kiedy wracałam wzdłuż Wisły, wyminęła mnie grupa amazonek. Piękny widok unoszących się nad kręgosłupani koni lekkich sylwetek. Czy dziewczyny wiedziały o pobożnej żonie księcia Henryka II Pobożnego Annie Przemyślidce? Jej myśli o modernizacji (jedynie) siodła dla kobiet? 
·Tu masz na ścianie przykład bardziej zaawansowanej techniki multiplikacji świętych wizerunków, pochodzi z XIX w. Belle épreuve sur papier vergé, imprimée et éditée chez Pellerin, Epinal
·Le Christ aux stations, tak, zwróciłam uwagę na to różowe niebo. Kompozycja ta sama, może i rysunek, co na naszym zegarze po pradziadkach. Z pępka Jezusa wychodzą wskazówki odmierzające czas. Wskazują na kółka z ilustracjami upadków Zbawiciela. Nie myślałam, że odpustowe cacuszka mogą mieć tak zacną historię.
·A ja, dopóki nie przyjechałem do Francji, nie wiedziałem, że mogły wychodzić spod tych samych maszyn, co kartonowe modele do wycinania.
·Między innymi maszyn do kolorowania.
„Brat” nie usłyszał, zaczął wyciągać swoje prace z teczki na dokumenty, spoglądając na zegar zawieszony pod krzyżem. Mieliśmy zaraz iść do refektarza.
·Dobre czy złe? Tyle chcę wiedzieć.

Góra Parnasu, różowe drewno

Wcierając wosk pszczeli w dębowe deski apartamentu, nie zauważyłam żadnego otworu po szkodnikach. To były inne deski niż w łańcuckim domu pradziadków. Mieszkanie artystów znajdowało się na Montparnasie, w l’ immeuble Haussmannien, na ostatnim piętrze, blisko  la Tour Montparnasse, skąd można było podziwiać panoramę Paryża. Pan domu zajmował się rzeźbą, filmem, ona szukała  medium dla siebie, ale napisała już krótki scenariusz filmowy (tylko literami). Spięte kartki dzieła leżały tygodniami na czarnym blacie okrągłego stołu, gdzie układała stosy książek. Głosem wiedźmy przypominała mi, że kurz powinien być ścierany również pod książkami, pod wszystkim i na wszystkim, co znajduje się na stole. Jako Polka (pochodząca według dospodyni z kraju anytsemitemów), wezmę u niej lekcję szacunku do Ludu Księgi, pouczała. Ze szmatą w ręku, na kolanach przy Madame (była w moim wieku, zwracała się do mnie po imieniu, ja per madame), nie miałam możliwości wyłożenia koligacji genetycznych własnej rodziny. Na Montparnassie pracowałam na czarno za możliwość mieszkania w maleńkim chambre de bonne przy ulicy Naszej Pani Pól. Blisko było do Ogrodów Luksemburskich, gdzie kilkadziesiąt lat później córka Emma grała ze szkolną orkiestrą w le kiosque à musique dla przyjaciół z Paryża i dla mnie.

·Solidna podłoga.
Powiedziałam do pracodawczyni.
·Jest tutaj pewnie od czasów Haussmanna.
·To też czasy Ernesta Dubosca (głównego importera le quebracho z Ameryki Południowej). Po bogatej fakturze wygląda na drewno z żelaza”.
·Może i tak. Mam nadzieję, że dobrze wyszczotkowałaś przed woskowaniem.
– Dawni projektanci cenili le bois-énergie, nie tylko myśląc o kominkach.
Balzac pewnie przeliczyłby te deski na kartki książek, jak robił to z ukraińskim lasem Hańskiej. …Le quebracho lubi samotność, trudno liczyć hektarami.
·Nie znam tych historii. Podobne parkiety mamy w wiedeńskiej kamienicy, ale za nic nie zamienię Paryża na Wiedeń. No, zostawiam Cię. Nie zapomnij o starciu zupy z ekranu telewizora. Ekspresja mojego męża. AA!, nie dotykaj jego rzeźb.

Korzystając z chwili samotności, otworzyłam dzieło pracodawczyni. Miałam wrażenie, że czekało na to od dłuższego czasu, wystawione w centralnym miejscu salonu.
L’atelier d’ombre, scenariusz filmowy zawierał proste opisy sytuacji. Dziewczynki, której ojciec zabraniał wchodzić do swojej pracowni malarskiej znajdującej się w ich mieszkaniu. Drzwi do atelier miały zamek z porcelanową klamką do obracania. Od wielu prób otwierania biała klamka z malowanymi fiołkami kruszyła się coraz bardziej. Dziewczynka znała cenę za swoją ciekawość. Pył porcelany na parkiecie był miernikiem jej nieposłuszeństwa, które przy urwanej klamce musiało zakończyć się karą. Wymianą zamka i ostatecznym odcięciem od zakazanej przestrzeni.

W ostatniej chwili, przed wejściem gospodarza, zdążyłam odłożyć pracę na stół.
– Co ty robisz z tymi książkami ?
-Kładę na podłogę, żeby wytrzeć pod nimi kurz
– O, to ciekawe. Pewnie małżonka to wymyśliła.
– Codziennie mam wykonywać tę czynność.
– W Polsce kim jesteś ?
– Studiuję malarstwo na krakowskiej akademii.
– Nie wspominaj o tym małżonce. Wyrzuci cię z pracy natychmiast. Szkoda, że musisz być z nami, to na pewno trudne doświadczenie. Kiedyś znajdziesz coś lepszego. Wszyscy jesteśmy jak proszek w makutrach do ucierania ciasta. Ktoś z buławą po naszych przodkach w ręku musi wykonać wiele okręgów, żeby wcisnąć nas w końcu we właściwe miejsce. 

Małgorzata Skałbania – ur. 1965 r. w Tychach. Studia malarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku, Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie; dyplom u prof. Jerzego Nowosielskiego, staż w Christelijke Academie voor BeeldendeKunsten w Kampen. Związana z paryską pracownią ADAC. Stypendystka Województwa Lubelskiego i Prezydenta Miasta Lublina. Zmuszona (po wyrzuceniu z pracy) do wyjazdu z kraju. Pracowała ww Włoszech, Anglii i Francji. Publikowała wiersze, opowiadania w kraju, w USA, Indiach, Włoszech, Kanadzie.  Wydała kilka książek poetyckich, dramat “Golej divi-divi”. Brała udział w międzynarodowych plenerach malarskich.

Lilianna Lasocka – absolwentka malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Zajmuje się grafiką i ilustracją. Najbardziej lubi tworzyć krótkie historyjki obrazkowe bez słów. W swojej twórczości poszukuje poezji zawartej w codzienności i zwyczajnym życiu. Inspirują ją ludzie i zwierzęta. Uwielbia filmy i marzy o nakręceniu własnego – ale to może kiedyś.