Ilustrowała: Dorota Detlaf

 

Laura Grad – dwa opowiadania

 

ANIELSKI ORSZAK

1. Andżelika

Na wsiach nie ma może zbyt wielu pogrzebów, ale jak już są – to porządne. Długi korowód ludzi idzie środkiem drogi. Rodzina, znajomi, obcy. Miejscowi grzesznicy i święci. Zupełni jakby jakiś przykapliczny anioł zwiastował im lokalny sąd ostateczny. Śpiewają pod nosem pieśni. W myślach ważą swe winy. Tak to jest w obliczu śmierci. Niosą trumnę ciężką jak pomnik. Niosą wieńce ciężkie jak trumny. Ci mniej związani ze zmarłym idą z pustymi rękoma. Ja zawsze kupię chociaż goździka. Albo nazbieram rumianku po drodze, jak się trafi ładny i duży. Potem mam co do grobu rzucić przy ostatnim pożegnaniu. Lubię ten moment. Powrót do korzeni.

Zwykle zmarli nie są mi bliscy, ale to nic nie szkodzi. Na „Anielskim Orszaku” zawsze się łezka w oku zakręci. Poza tym tu się wszyscy znają. Przynajmniej z widzenia, ze słyszenia to już na pewno. No może ostatnio jest trochę inaczej, ale to dlatego, że sami młodzi umierają. Najpierw Janek od Bobików się powiesił. Matury nie zdał czy dziewczyna go rzuciła, nie pamiętam już nawet. Potem syna Hani ze sklepu zabili. Jakiś chłopak ze wsi obok. Podobno chciał zostać seryjnym mordercą. No i teraz ta Andżelika. Szesnaście lat tylko. Mówią, że nikt się nie spodziewał, ale to nie do końca prawda. Wszystkie radziłyśmy Joli, żeby dziecku tak na imię nie dawała, bo to za wcześnie po śmierci Andzi Domagałów, co to białaczkę miała, że to zła wróżba. Teraz każda zdziwiona wyrokiem boskim, ale w duchu pyta „a nie mówiłam?”

Ogólnie rzecz biorąc przesądna nie jestem, ale faktom też przeczyć się nie da. Kuzyn Witek w czepku urodzony, ledwo dwadzieścia lat skończył i już firmę założył. Sąsiedzi nigdy w piątki nie sieją, bo jak próbowali, to plony im zaraza zżerała, kombajn się psuł, albo jeszcze jakieś inne nieszczęście. Poza tym ja i siostra, przede wszystkim my.

Rodzice od początku wiedzieli, że jak się bliźnięta rodzą, to jedno musi być nieudane. Zapierali się długo. Nie chcieli pogodzić się z losem, a już na pewno w podjęciu decyzji nie chcieli mu pomagać. Na wszelki wypadek zawsze nas jednakowo ubierali, żeby czasem którejś nie wyróżnić ładniejszą sukienką, czy mniej znoszonym swetrem. Nawet za bardzo po innych rzeczy nie brali. Woleli kupić po dwie, identyczne pary butów, kurtek, plecaków. Gdyby się dało, nazwaliby nas jednakowo, ale trzeba było jakoś dzieci odróżniać. Na szczęście znaleźli świętą, której imię dało się podzielić na dwa.

Jednak od początku wszystko było jasne. Nie bez powodu urodziłam się mniejsza, chociaż pierwsza. Pisałam lewą ręką i o trzy dni później niż Magda nauczyłam się chodzić. Z czasem coraz mniej się wszyscy dziwili. Jak nie zdałam na studia, jak w ciążę nie zaszłam, jak mąż umarł pięć lat po ślubie. Mówią, że często któreś z bliźniąt nie przeżywa, bo tylko jedno ma siłę życiową. Może i w tym jest trochę prawdy. Żyję, co prawda, ale trochę na granicy. Po śmierci dziadek przez pół roku przy moim łóżku siedział, a ja, ze strachu, schodziłam spać do salonu.

Podobno po pogrzebie nie można od razu wracać do domu. Na stypy nigdy nie chodzę nieproszona, ale u nas to zwykle wszyscy są mile widziani. Dziwna impreza. Trochę jak Sylwester. Żal wymieszany z radością. Najważniejsze to patrzeć w przyszłość. Po złym dobre przyjść musi.

Nawet jeśli się czuwa przy łóżku umierającego, koniec zawsze jest zaskoczeniem. Wcześniej trudno sobie wyobrazić, że po prostu można przestać oddychać. Że życie jest tak małe, że nie da się dostrzec, gdy ucieka. Nic więc dziwnego, że te wszystkie baby, które od początku mówiły, że Andżelikę przez to imię jakieś nieszczęście spotka, teraz nie mogą się nadziwić, że można tak młodo, tak nagle, w jeden dzień być, potem zniknąć.

Wyprowadziłam rano Burą na spacer. Tylko do ogródka, bo na dłużej wychodzimy wieczorami. Pies biegał z miejsca w miejsce, obwąchiwał dziury w ziemi, jakby szukał skarbu. Skakał, uciekał, sikał pod drzewem. Ja chodziłam boso po mokrej trawie. Sprawdzałam, czy nie dojrzały jesienne maliny. Nagle usłyszałam ciche, zbiorowe dzień dobry, wymruczane dziecięcymi głosami. Podniosłam wzrok na sąsiadkę z córkami ubranymi jak w niedzielę na sumę.

Uważaj, bo będziesz chora, powiedziała Ela i zaśmiała się krótko, żebym nie pomyślała, że to tak na poważnie.

Co takie elegancie? Do kościoła idziecie?

Na pogrzeb. Andżeliki Staszel. Nie wybierasz się?

Wybieram. Ale chyba jeszcze wcześnie?

My idziemy na pożegnanie. Dzieci chciały ją w trumnie zobaczyć.

Popatrzyłam z powątpiewaniem na dzieci, ale ze spuszczonych głów nie dało się nic wyczytać.

Podobno w strasznym była stanie, głowę musieli wypchać watą, Dziwię się, że postanowili ją pokazać.

Czasami cuda potrafią zrobić w domu pogrzebowym.

Kiedy poszły, zawołałam Burą i wróciłyśmy do domu. Wytarłam jej łapy i swoje stopy w ręcznik. Było później niż mi się zdawało. Tak to jest z pogrzebami. Czas do nich się duży, a później zaczynają się i kończą za szybko. Zaparzyłam w dzbanku mocną herbatę i wyjęłam z lodówki plastikowe opakowanie, w którym zostało jeszcze kilka kawałków wielowarstwowych ciast. Choć przyniesione ze stypy, wyglądały jak weselne. W smaku też identyczne, zwłaszcza po kilku dniach w zimnie, które pozbawiło je charakteru.

Ubrałam czarną sukienkę i srebrną biżuterię po babci. Magda odstąpiła mi ją, jak wiele innych pamiątek. Mi też się w życiu coś się należało. Tak myślała, choć nie mówiła tego wprost. Na co dzień wolała wierzyć, że wybrałam zamiast dzieci i męża psa, pracę i książki. Broniła się przed poczuciem wyższości, które, choć przyjemne, wywoływało wyrzuty sumienia.

Bura zagłuszyła głośnym szczekaniem dzwonek. Podeszłam do drzwi i odsunęłam psa nogą na bok. Otworzyłam i wpuściłam do środka Magdę. Była sama. Jej dzieci najwyraźniej nie marzyły o oglądaniu trupów.

Wchodź na chwilę, jeszcze jest trochę czasu.

Zdjęła szal, odwiesiła płaszcz na wieszak i zaczęła rozwiązywać skórzane trzewiki.

Jak chcesz, to mam herbatę i ciasto.

Nie wiem, jakoś mam ściśnięty żołądek, ale herbaty w zasadzie mogę się napić.

Usiadłyśmy w kuchni przy stole. Znów, jak za starych czasów, ubrane tak samo. Dwie krople wody. Dwie wisienki, jak mówiła mama. Już dawno przestałyśmy z tym walczyć. Po nastoletnim buncie, kiedy każda starała się usilnie odróżnić od drugiej, pogodziłyśmy się z tym, że mamy podobny styl, że w sklepie rzuca nam się w oczy ta sama sukienka i sweter, że u fryzjera prosimy o identyczny kolor i fryzurę.

Widziałaś się z Jolą? Zapytała Magda.

Chyba nikt się nie widział. Podobno wcale nie wychodzi z domu.

Dziwisz się? Nie wiem, jak sobie poradzi. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Gdyby któremuś z moich dzieci, pokręciła głową i zamieszała w szklance z letnią herbatą, w której nie chciał rozpuścić się miód. Wolę nawet nie myśleć.

A doszli już do tego, co się stało? Zapytałam, wbijając widelczyk w miodownik.

Nie wiadomo. To chyba jest najgorsze. Nie wiedzą, czy ktoś ją popchnął, czy się pośliznęła, czy wychyliła za bardzo za barierkę. Podobno pytali jej kolegów, ale albo nie wiedzą, albo nie chcą się przyznać.

No tak, chyba lepiej byłoby wiedzieć. Mieć na co zwalić. Na coś innego niż los.

Chodzi ci o to imię? Że klątwa po Andzi? Dałabyś już z tym spokój, obruszyła się. Przysunęła w swoją stronę plastikowe pudełko i wzięła w palce kawałek szarlotki, żeby zajeść nerwy.

Nie mówię, że była jakaś klątwa, ale wierzysz, że Jola teraz o tym nie myśli?

Jasne, że myśli, odpowiedziała z pełnymi ustami i położyła resztkę ciastka na otwartej dłoni.

Weź sobie talerzyk.

E, nie, nie będę brudzić, machnęła wolną dłonią. Jasne, że myśli, jak się tyle nasłuchała. Ty byś nie myślała?

Wzruszyłam ramionami i wyjrzałam przez okno. Chyba można się powoli zbierać.

Ubrałyśmy płaszcze, szaliki i buty. Dziś będą mieli problem z odróżnieniem, która to która. Będą mówić do mnie Magda, a do Magdy Maria. Zlejemy się w jedno. Czytałam kiedyś, że często któreś z bliźniąt wchłania w brzuchu matki drugie albo próbuje i później rodzą się dzieci złączone brzuchami lub głową.

Poczekaj, jeszcze wezmę kwiatki, zatrzymałam siostrę w drzwiach. Kupiłam też dla ciebie, dodałam, idąc w stronę salonu.

Dlaczego zawsze kupujesz goździki? Wzięła ode mnie jeden z białych kwiatków.

Nie wiem. Wyglądają mniej sztucznie niż lilie i chryzantemy. Nie udają, że nigdy nie zwiędną.

Żałujesz, że nie poszłyśmy na pożegnanie? Zapytała, kiedy dołączałyśmy do pochodu żałobników przy skręcie do kościoła.

Nie, nigdy tam nie chodzę. W domach żegna się tylko ciała.

Usiadłyśmy w jednej z bocznych ławek. Do środka ciągle wchodzili ludzie. Tylko przy podobnych okazjach mieściło się ich w kościele aż tylu. Przy surowych twarzach i ciemnych ubraniach wystrój wydawał się śmieszny i niepoważny. Nikt nie pamiętał artysty, który pomalował rzeźby i ściany, ale na pierwszy rzut oka przedstawiał się on jako człowiek prostoduszny i niezbyt utalentowany. O sztuce musiał jednak wiedzieć co nieco. Pastelowe barwy sugerowały, że widział kilka obrazów w stylu rokoko, złocenia i pucołowate policzki świętych, że z barokiem też się zetknął. Natura i ludzie nie byli przedstawieni zbyt realistycznie, ale może stylizował się na średniowiecze? Może był lokalnym nauczycielem plastyki? Aniołki malowane jego stylem zdecydowanie miałyby szanse na wyróżnienia w konkursach. Ale kościół był chyba zbyt stary, powstał pewnie wcześniej niż szkoła.

Miałyśmy widok na pierwszy rząd. Z jego żałobą kontrastowała fioletowa kurtka młodszej siostry Andżeliki. Dziewczynka płakała i rozglądała się na boki z wyrazem zagubienia na twarzy. Przytulała ją do siebie babka. Ściskała mocno za ramię. Przypominała jej i sobie, że nadal żyją, nadal czują, że tylko mały fragment świata się skończył. Dla nich może tak, ale nie dla Joli. Siedziała bez ruchu, oddalona od rodziny. Nie przyjmowała kondolencji, nie pocieszała dzieci, nie widziała męża, którego miała obok.

Biała trumna stała na środku przed ołtarzem obłożona wieńcami, które być może miały przypominać żałobnikom, że zmarły chadza właśnie po ogrodach raju. Jeśli tak, nie spełniały zadania.

Cześć Madziu, szepnęła mi do ucha kobieta i przycisnęła do mojego swoje pełne ciało. Taka tragedia, dodała łzawo.

Pokiwałam głową i powstrzymałam się od poprawienia jej błędu.

Ksiądz wyszedł na ambonę, żeby przypomnieć o reszcie zmarłych parafian, za których także należy się modlić i oddał się odczytywaniu długiej listy. Kiedy wyszedł do zakrystii, zapadła cisza przerywana tylko kaszlnięciami i głośnym, rwanym oddechem płaczących.

Zagrały organy i wszyscy się podnieśli. Bądź mi litościw Boże nieskończony, chór głosów odbił się od ścian i sklepienia. Obmyj mnie ze złości obmyj z tej godziny. Modlili się wierni za samych siebie. Wróć radość, którą niewinność nas darzy. Wiadomo, że cierpiącym bóg chętniej pomaga.

Ksiądz pocieszał rodzinę, wspominał dziecko, po części też swoje, bo z jego parafii. Sam chrzcił, o czym być może nie powinien wspominać. Przypominał, że mimo wszystko należy się radować, bo skończyła się dla zmarłej ziemska niedola.

Czterech mężczyzn wzięło trumnę na ramiona i zaczęli powoli kierować się w stronę wyjścia. Już ostatnia iskra w moim życiu gaśnie. Było przeznaczone umrzeć mnie w tym czasie. Rymował śpiewnie tłum, wylewający się przez drzwi na zewnątrz. Utworzył powoli orszak smutnych i cierpiących. Każdy wyglądał, jakby sam zmierzał do grobu, choć przy tym wyjątkowo wyraźnie odczuwał, że żyje.

Spojrzałam na Magdę. Twarz miała opuchniętą. Do zaczerwienionych oczu i nosa przykładała co jakiś czas mokrą, rwącą się chusteczkę. Musiałam wyglądać tak samo. Msza była wyjątkowo wzruszająca. Wyjątkowo łatwo się płakało.

Dokleiłyśmy się do grupy kobiet idących na końcu. Już opuściłaś tę łez dolinę, obce ci troski, obce zmartwienia. Wspólny głos niósł się nad głowami wiernych rozwarstwiony na dźwięki wysokie i niskie. Zastygał na zimnie, wybrzmiewał rzewnie. Skąd tyle pokory? Były lepsze pieśni. Już idę do grobu smutnego, ciemnego gdzie będę przebywać aż do dnia sądnego. To powinni śpiewać w obliczu złego losu.

Kiedy w niebo wzbiła się prośba do aniołów o przyjęcie do swego orszaku kolejnej, ziemskiej duszy, zrezygnowałam z prób pohamowania łez i pozwoliłam im płynąć po policzkach stróżkami. Ksiądz rzucił na trumnę garść ziemi, po czym do grobu ustawili się wierni, chcący zrobić to samo.

Idziesz? Zapytała Magda?

Tak, ale ja wolę na końcu. Nie czekaj na mnie. Pokiwała głową i weszła w kolejkę.

Zrobiło się chłodniej. Na cmentarzu zawsze wiało. W powietrzu był nieustanny ruch. Doczekałam do odejścia ostatniej osoby. Rodzina też już poszła, żeby goście nie zostali sami na stypie.

Spojrzałam na trumnę zakrytą prawie całkowicie przez grudki ziemi i kwiaty. Dorzuciłam trzymanego w ręce goździka.

Szkoda, że i tak by ci nie uwierzyła, powiedziała Andżelika.

W co?

Gdybyś jej powiedziała, że sama skoczyłam.

 

2. Leszek

Nie zawiązał eleganckich butów ani krawata. Nie ubrał się w ślubny garnitur. Nie napisał kartki, nie spojrzał raz ostatni w okno, nie nakarmił kota, nie posprzątał ze stołu, nie zaryglował drzwi, nie oglądał zdjęć, nie padał deszcz, nie było wiatru, nie było powodu.

Tak po prostu? Zapytałam, jakbym nie dowierzała, że bez tych drobnych sygnałów, które w filmach poprzedzają zawieszony na ścianie kadr i głuche uderzenie wypchniętego spod stóp krzesła w podłogę, dorosły mężczyzna też może się powiesić.

Powiedział Markowi, że musi zostać jeszcze chwilę w garażu, coś posprzątać, poukładać, dopiero co okna nowe przywieźli. Bo miał okna zmieniać. Tak się na to cieszył, zanurzyła łyżeczkę w ruchomych piaskach cukiernicy i posłodziła kawę, chociaż przed momentem zrobiła dokładnie to samo. Wzięła łyk, ale pomyłka zdawała się nadal do niej nie docierać.

Długo nie wracał. Marek poszedł. Już był siny. Chwyciła ponownie za uszko białej filiżanki i spróbowała zbliżyć drżący rant do ust.

Ja nie wiem, co to jest w tej naszej rodzinie. Jakaś klątwa.

Ale chyba dotyczy tylko mężczyzn.

Tak. My, baby musimy się trzymać. Odwróciła głowę w stronę okna, a ja automatycznie poszłam w jej ślady. Widać było tylko wiosnę. Natarczywa pora roku. Głośna, pulsująca, rozrastająca się na wszystkie strony. Można się przy niej poczuć tak małym, nieznaczącym, wpółżywym.

Takie ładne słońce. Tak się ciepło zrobiło, westchnęła. Wiedziałam, o co jej chodzi. Zabił się nie w porę. A przynajmniej nie w taką, na którą można by zwalić winę. Ze stołka nie zepchnął go halny, nie ciśnienie zamieszało mu w głowie.

Wiesz? Zapytała, odwracając się z powrotem do mnie. Śnił mi się. Tak źle. Była zima, noc, paliliśmy w kominku. Ktoś zastukał w okno, więc otworzyłam drzwi i on tam stał, w śnieżycy, siny taki, blady, ciemny. Nie wiem sama. Pytam się go „Leszek, co ty tak na zimnie stoisz? Chodźże do środka. Herbaty ci zrobię”. On milczy taki. Tylko stoi. Oczy ma ciemne, jak nie on. Kręci głową. Mówi, że nie może, a potem „módlcie się za mnie”. Zamykam drzwi. Nawet nie spróbowałam go do środka zaciągnąć. Wzięła serwetkę ze stołu i przyłożyła ją do nosa i oczu.

To nie twoja wina, powiedziałam, chwytając ją za dłoń, która opadła na czarny materiał wełnianej spódnicy. A to, jak wyglądał nie musi nic znaczyć. Bóg kocha nawet smutnych i słabych. A jeśli nie, to ja nie chcę takiego boga.

Spojrzała mi w oczy. Przez chwilę myślałam, że skarci mnie za to małe bluźnierstwo, ale przyznała mi tylko rację. Może ze względu na własną rodzinę, a przynajmniej tę jej część, która jeszcze parę lat temu zostałaby pochowana bez mszy, poza cmentarzem.

Zbieram się, z westchnieniem uderzyła otwartymi dłońmi w uda, po czym wstała z krzesła. Jeszcze do kilku osób muszę podejść. Jak na weselu. Z każdym trzeba porozmawiać.

Odprowadziłam ją wzrokiem. Szła przygarbiona, z opuszczonymi ramionami. Oj, Leszku, Leszku, pomyślałam, lepiej przyjdź do mnie. Oni cię nie wpuszczą. Dla nich już cię nie ma. My, stojący na granicy, musimy trzymać się razem.

Wzięłam swoją filiżankę i przesiadłam się o dwa krzesła, bliżej prowadzącej ożywioną rozmowę grupy, która powstała po mojej prawej stronie. Starzy i młodzi. Znajomi Leszka i nauczyciele. Wobec śmierci wszyscy sobie równi.

Taki był fajny chłopiec, opowiadała Basia Oborna. Z polskiego może nie za dobry, ale zawsze się starał. No i energii miał dużo, wszędzie go było pełno. Nie żeby rozrabiał, po prostu w miejscu nie mógł usiedzieć.

No to mu akurat zostało, stwierdziła Kinga, która chodziła z nim do klasy. Myśmy się jakoś tak zawsze razem trzymali. Nawet już po szkole. Zawsze wiedział, że może do mnie przyjść, pogadać. Ostatnio sobie wymyślił, że musimy na wspólne wakacje pojechać. Jak ten samochód kupił. Planował, że zabierze mnie, Adama i dzieciaki na Chorwację albo do Bułgarii. Naprawdę się nakręcił. Cały czas o tym gadał.

No gadał, gadał, odezwał się Adam, a miesiąc później opowiadał, że nic już od życia nie chce, że wszystko spieprzył i że najlepiej by było, gdyby się w ogóle nie urodził.

Przestań, przerwała mu żona. Dzisiaj mógłbyś odpuścić. Wiesz jaki on był. Czasami mówił takie rzeczy, ale potem mu zawsze przechodziło.

No, widać nie zawsze.

Ja wam mówię, że to wszystko przez nią, powiedziała Kasia ze sklepu, obniżając głos do półszeptu. Jak to tak można się własnego chłopa wstydzić? No dobra, może kiedyś za dużo pił, może rozwodnik, ale żeby się nie chcieć razem na wsi pokazać? Żeby się chustami zakrywać? No kto to widział?

No ja to ich nigdy razem nie widziałam, dodała Basia. A na pogrzebie była?

Była, tylko na stypę nie przyszła.

Co mu tam po niej na pogrzebie.

Za Leszka, krzyknął ktoś przy drugim końcu stołu. Wszyscy podnieśli w górę napoje, które mieli pod ręką i wypili za duszę, bo już nie za zdrowie zmarłego.

Żeby bóg mu wybaczył, dodała cicho Basia.

A pamiętacie to ognisko, które zorganizował na zielone świątki? Jak chodził po sąsiadach i wszystkich zapraszał? Ale się wtedy ludzi zebrało.

O Jezu, pamiętam. Tatuś mój nawet wtedy był, Kinga wyprostowała się na krześle i zaczęła opowiadać z podnieceniem godnym wyrywającej się do odpowiedzi uczennicy. Mówił wtedy, jak jego stryjek się spalił we własnym łóżku. Wszyscy widzieli, jak strażak wbił przypadkowo w niego siekierę i podniósł ciało do góry. Nikt nie wie, czemu się nie próbował ratować.

Taki jest ogień, z nim się nie wygra, stwierdziła Kasia. Pamiętam, jak się palili Janikowie, jak byłam mała. Z domu wszyscy wybiegli, ale zwierząt nie uratowali. Wszyscy słyszeli, jak wyją, jak palą się żywcem. Drewniany dom to się pali jak pudełko zapałek.

Z ogniem nie wygrasz, przyznała rację Basia. Tak jak z wolą boską.

Dokładnie, Adam kiwnął głową i wzniósł kieliszek w kolejnym toaście.

Kiedy wracałam do domu, zaczynało się już ściemniać. Wiosenne dni walczą heroicznie, ale dopiero te letnie zyskują przewagę nad nocą. Zrobiło się chłodno. Szłam powoli w ciasnym uścisku szerokiego szala, który owinęłam wokół ramion. Wieś było cicha i pusta. Ludzie siedzieli zamknięci w latarenkach domów. Była pora kolacji, a sezon grillowy jeszcze się nie zaczął. Idąca przede mną para żałobników przeszła przez jezdnię i zniknęła w bocznej uliczce. Idąc pod rękę w zlewających się ze sobą czarnych strojach, wyglądali jak bliźnięta syjamskie. Byli jednym ciałem. Jak ja i Magda w dzieciństwie, kiedy nie odstępowałyśmy się na krok. Razem byłyśmy silniejsze, mogłyśmy więcej. Wszyscy nas widzieli, bo dwie ciężej przegapić niż jedną. Wszyscy słyszeli, kiedy mówiłyśmy jednym głosem.

Otworzyłam drzwi wejściowe i wypuściłam Burą do ogrodu. Kiedy pies węszył między krzakami odurzony zapachami i ruchem natury, z którą kontaktu był pozbawiony cały dzień, stałam przy bramce i wpatrywałam się w światła kościoła, przyćmiewające wiszącą nad nim gwiazdę polarną. Oddzielało mnie od niego tylko puste pole. Nieużytek, którego nikt nie chciał kupić i zagospodarować. Mówili, że na nim straszy. Pamiątka po starej, zapomnianej zbrodni, której ofiarą musiała być jakaś młoda, zagorzała czytelniczka, bo zjawa, o której istnieniu zapewniało kilka starych kobiet i dzieci, miała być ubraną na biało dziewczyną z książką.

Co za bzdura, powiedziałam na głos. Tyle wiedzą o duchach, co o sobie nawzajem.

 

3. Proboszcz

Może jednak nie zawsze śmierć jest zaskoczeniem. Że stary proboszcz niedługo umrze, wiedzieli wszyscy. Szedł w stronę grobu powoli, zdawało się, że z wiekiem coraz wolniej, ale miarowo i uparcie. W tej podróży garbił się coraz bardziej, zmniejszał, pokorniał wobec władzy natury i boga. Przyzwyczajał ludzi do swojej nieobecności, coraz rzadziej pojawiając się na mszach i w sklepie, gdzie od lat kupował woreczek cukierków na wagę, które rozdawał  później spotkanym po drodze dzieciom. Wszystkie znał z imienia. Pamięć miał świetną nawet w sędziwym już wieku. Tylko mnie i Magdę nazywał zawsze „dziewczynkami”, bo wolał już raczej imienia nie użyć niż się w nim pomylić. Jeśli ktoś się zdziwił na widok klepsydry, to tylko dlatego, że od dawna sądził, że proboszcz nie żyje, albo wcześniej nie pomyślał o tym, że ksiądz, jak każdy inny, nosi przy imieniu nazwisko.

Moje najmłodsze to już go nawet nie pamiętają, ale na pogrzeb raczej wszyscy pójdziemy, jakoś tak wypada, Magda obierała grube, gruntowe ogórki, które musiały dojrzewać na krzakach, aż do granicy zepsucia.

Nie będą gorzkie w środku? Zapytałam, kiedy spod noża zaczęły odskakiwać na boki plastry z dużymi oczkami pestek.

Właśnie są wyjątkowo twarde i dobre, odwróciła się do mnie i wsadziła mi na dowód kawałek bladego warzywa do ust. Takie duże po prostu w tym roku rosną. Tak samo pomidory. Takie lato, wzruszyła ramionami i wróciła do przygotowywania mizerii.

Pewnie będzie bardzo dużo ludzi, wróciłam do przerwanego tematu.

No na pewno, cała wieś się zejdzie. Nie wiem, gdzie się wszyscy pomieszczą.

W tym kościele zawsze się mieszczą. On się jakoś tak przy pogrzebach rozrasta, wstałam i podeszłam do kuchenki, żeby zdjąć pokrywkę z kipiącego garnka, w którym gotował się kalafior.

Racja. Potem ma być jakiś mały poczęstunek na plebanii. Każdy ma przynieść, co łaska, położyła miskę z mizerią na stół i zaczęła wyciągać z szafki zastawę. Myślę, że jakieś ciasto upiekę i może jeszcze tą moją sałatkę zrobię, wiesz, tą z tuńczykiem i z porem. Postawiła obok siebie sześć talerzy i zaczęła ozdabiać je sztućcami. Możesz sprawdzić ziemniaki?

Normalnie się festyn z tego zrobi, stwierdziłam, dziobiąc widelcem w garnku. Chyba już miękkie.

No wiesz co? Jak możesz tak mówić? Nie wierząc mi na słowo, sama skontrolowała miękkość ziemniaków, po czym wyłączyła palnik, chwyciła przez ścierkę za uszka garnka i odlała gorącą wodę do zlewu. Idź lepiej zawołać dzieci, odwróciła się w moja stronę i odłożyła naczynie z powrotem na kuchenkę.

Wyszłam przed dom w powietrze ciężkie od gorąca, pyłków i zapachów. Śmierć w środku gęstego, leniwego lata musi być cicha i długa.

Obiad! Zawołałam w stronę Marianki i Stasia bawiących się w hałdzie piasku przywiezionego przez Mariusza z pracy i otoczonego zbitym na szybko płotkiem z cienkich desek.

Obiad! Obiad! Rodzeństwo poderwało się na nogi i zaczęło skakać w miejscu, otrzepując buty i ubrania.

Julka! Obiad! Krzyknęła Magda z kuchni, żeby wieść dotarła także do najstarszej córki, zamkniętej we własnym pokoju. Usłyszałam, jak wchodzi po schodach i otwiera drzwi na piętrze. Zostaw już ten telefon i chodź coś zjeść. A tak w ogóle, to może wyszłabyś trochę z domu. Taka ładna pogoda, a ty zamknięta siedzisz.

Złapałam dzieci w progu, zdjęłam im ze stóp sandałki i zaprowadziłam do łazienki, żeby umyły ręce.

Magda nałożyła wszystkim jedzenie na talerze i zaznaczyła, że przewidziane są dokładki wszystkiego, oprócz mizerii. Ile by człowiek nie zrobił i tak będzie mało, stwierdziła.

Metal stukał o porcelanę. Szklanki ze świeżym kompotem wędrowały do ust i z powrotem.

Nie chcę jajka, stwierdziła Marianna, grzebiąc widelcem w półpłynnym żółtku.

Masz zjeść, odpowiedziała jej matka i niewzruszona naburmuszoną miną córki jadła dalej.

Chciałam ją dopytać, czy Mariusz też się wybiera na pogrzeb, kiedy zamierzają zanieść jedzenie na plebanię i czy będą potrzebowali pomocy, ale przełknęłam z powrotem słowa, które już podchodziły mi do gardła. W tym domu było przy stole miejsce tylko dla życia.

 

4. Bliźniaczki

Ubrałam czarną sukienkę. Zmieniłam na czarne spodnie i sweter. Wróciłam z powrotem do sukienki. Postałam w niej chwilę przed szafą, po czym ściągnęłam z wieszaka spódnicę. Rozebrałam się i rzuciłam ubrania na łóżko. W bieliźnie, rajstopach i szlafroku usiadłam przy stole w kuchni. Bura podniosła się z kąta przy drzwiach, weszła pod stół i ułożyła się na moich stopach. Pomyślałam, że powinnam ją odsunąć, zanim w drobne oczka materiału zaplącze się sierść, której ciężko będzie się pozbyć. Myśl nie połączyła się z ruchem.

Musiałam wstać. Teraz albo nigdy. Pies poruszył się lekko, zaciskając ciało w ciaśniejszy supeł. Westchnęłam i podniosłam się z krzesła.

W sypialni wsunęłam przez głowę sukienkę i odłożyłam pozostałe ubrania na miejsce. Uczesałam włosy. Spryskałam się perfumami. Uderzyła mnie sztuczność ich zapachu, ale było już za późno. Musiałam jakoś przeżyć ją na sobie.

Ubrałam w przedpokoju kozaki. Wystarczyło założyć płaszcz i wyjść. Wróciłam do kuchni i usiadłam przy stole. Pies znów leżał w kącie.

Nie zaplanowano pożegnania. Ze względu na dzieci i stan w jakim było ciało. Kiedyś to było inaczej, już za młodu trzeba się było do śmierci przyzwyczaić, mówią stare kobiety, które pamiętają śmierć oswojoną, zapraszaną do domu jak zranione zwierzę. Które ze spokojem myły zmarłych i ubierały w stroje ze chrztu, komunii i ślubu. Potem ustawiały w pokoju kwiaty i świece – i dopiero wtedy zaczynały swój lament.

Co bym poczuła, gdyby musiała wycierać wilgotną szmatką ciało, moje własne, tylko ciężkie i zimne, z dodatkowymi rozstępami u dołu brzucha? Co bym poczuła, jakbym oglądała je z bliska, dokładniej niż mogę to zrobić, stojąc przed lustrem. Jakbym musiała je potem wystroić jak wyjątkowo realistyczny, ludzki model, stworzony na moje podobieństwo? Czy czułabym coś więcej niż to nieprzyjemne odrętwienie? Wrażenie bycia otoczonym watą, która skrzypi między palcami, otumania zmysły. Albo raczej bycia tą watą wypchanym. Jak zabawka. Jak trup po wizycie w prosektorium.

Wata skrzypi jak cienki lód albo błyszczący jak ostrze szron. Szron śliski jak mokra stal, śmiertelnie niebezpieczny.

Może byłoby mi łatwiej, gdyby umarła w inny sposób. Mniej banalny, nie w samochodzie, w poślizgu. Jakby zginęła od ran zadanym nożem. Zabita przez człowieka, a nie los, który miał jej przecież sprzyjać.

Bądź mi litościwy Boże nieskończony, zaintonowałam cicho, zdziwiona, że z moich ust, które zdawały się zdolne już tylko do niemych, rybich poruszeń, faktycznie wydobył się głos. Obmyj mnie ze złości, obmyj z tej godziny.

Odwróciłam głowę w stronę kuchenki, na której zielone kreski elektrycznego zegarka ustawiały się w liczby. Dodanie cyfr do siebie zajęło mi chwilę. Wniosek: nie poszłam na pogrzeb własnej siostry.

Może to i lepiej. Nie pozwolono dzieciom oglądać mamy w trumnie, dlaczego miałyby patrzeć, jak wbrew prawom natury idzie za nią w orszaku. Tym zwykłym, ludzkim.

Julka by się nie nabrała, ale Marianka i Staś? Im zdarzało się nas mylić. Czasami się zastanawiałam, czy zauważyliby różnice, gdybym na chwilę weszła w rolę siostry. Czy tego będą teraz oczekiwali? Że stanę się ich mamą? Ja nie mogę nią być. Bez niej nie mogę być nawet sobą.

Dwie wisienki mówiła mama. Nigdy nie było dwóch wisienek. Byłyśmy jednym owocem. Ja miąższem, a Magda pestką. Tylko ona miała siłę przetrwania i moc zapoczątkowania nowego życia. Ja byłam dodatkiem, otoczką. Czułam to teraz wyraźnie. Zostałam pozbawiona stelaża. Byłam ciałem bez kręgosłupa. Nie mogłam iść w orszaku, bo nie mogłam nawet wstać z krzesła. Mogłam czekać.

Na co? Na Magdę? Może przyjdzie do mnie, jak kiedyś dziadek. Wytłumaczy, co teraz. Odda mi pierwszeństwo. Każe urodzić się na nowo. Tym razem dla świata żywych.

 

PIĘĆ RYTUAŁÓW

1. Przygotowanie

Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa, trzy, cztery. Pedał. Pedał. Pedał. Cicho, cicho, cicho, cicho. Mocno! Mocno!

Nie, nie, nie. Stop. Ćwiczyłaś w domu? Pytam, czy ćwiczyłaś?

Najwyraźniej za krótko. Wszystko masz tu zapisane. Już nawet nie mam gdzie zaznaczać. Niedługo nut nie będziesz widzieć.

No nic. Jeszcze raz. Od repetycji.

Maria wstała z krzesła i podeszła do okna. Zamiast liczyć na głos, tupała w wyłożoną brązową wykładziną podłogę. Czuła, że zaschło jej w gardle.

Okna sali wychodziły na cmentarz. Z takim widokiem każda muzyka zmieniała się w pogrzebową. Przynajmniej teraz groby pokrywał śnieg. O ich istnieniu przypominały tylko wystające gdzieniegdzie krzyże. W zimie ciężej pamiętać o zmarłych.

Stop! Od początku linijki, powiedziała, stojąc nadal plecami do uczennicy. Dziewczynka przerwała w połowie taktu, odczekała chwilę i wróciła do początku strony.

Powinna być łagodniejsza. Może ją za coś pochwalić. Nie chce znów wysłuchiwać od dyrektorki, że rodzice się skarżą na dzieci wracające z zajęć z płaczem. Dlaczego nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że sztuka to wysiłek? To porażki i zniechęcenie. Rozpacz. Trzeba od dziecka uzbroić się w siłę. Walczyć. Baletnicom pozwala się jęczeć z bólu i obwijać w bandaże pokiereszowane stopy. Co innego pianiści. Ci powinni siedzieć przy klawiaturze i się śmiać.

To wszystko przez jazz. Przez rodziców wierzących, że to takie proste, tak naturalne. Dzieci poznają nutki i zaczną improwizować. Jakby nic się nie zmieniło od czasu dzikich tańców przy ogniskach.

Dziewczynka dobrnęła do końca strony. Opuściła fermatę i trzykrotnie zgubiła rytm w grupie ósemkowej. Maria spojrzała na zegarek.

Musimy kończyć. Proszę, poświęć na ten utwór przynajmniej godzinę w domu. Przegraj go kilka razy. Tak jak ci tłumaczyłam. Nie od początku do końca. Jak jakiś takt źle ci wychodzi, zatrzymaj się i powtarzaj go, aż będzie dobrze. Widzimy się we wtorek.

Dziewczynka schowała nuty do torby i wyszła z sali, rzucając na pożegnanie „dziękuję, do widzenia”, zbyt ciche, żeby określić, czy znów zbierało jej się na płacz. W domu i tak nie da nic po sobie poznać. Po telefonie rodziców była przestraszona i zdenerwowana. Garbiła się i kuliła, jakby poniżano ją publicznie. Na pewno zrobi wszystko, by uniknąć podobnej sytuacji.

Franek musiał już od jakiegoś czasu czekać na korytarzu. Chwilę po wyjściu dziewczynki, rozległo się pukanie do drzwi, wyciszone przez nałożony na nie, dźwiękoszczelny materiał. Nigdy nie przetrzymywała osób, które przychodziły przed nim. Chłopcu należało poświęcić jak najwięcej uwagi. Było w nim coś specjalnego. Czuł rytm, słyszał drobne niuanse. Nie bał się instrumentu. Traktował go jak narzędzie, jak pisarz pióro, a malarz pędzle. Fortepian wydobywał muzykę z  niego, nie na odwrót.

Przywitał się pewnym głosem z delikatnym uśmiechem na ustach. Już teraz można było stwierdzić, że kiedyś będzie przystojny. Był szczupły i proporcjonalny. Miał ciemne włosy i oprawę wyjątkowo dużych oczu. Od razu usiadł na stojącej przed klawiaturą ławie i zaczął wyciągać nuty na pulpit. Żadnych jednak nie rozłożył. Wiedział jaki jest schemat zajęć. Trzeba rozgrzać palce. Zwłaszcza teraz, zimą. Trzeba wyprzeć ze świadomości niepotrzebne myśli, zastąpić je dźwiękiem.

Zaczął od gamy cis-dur, żeby poczuć zarówno gładkość białych, jak i opór czarnych klawiszy. Jego palce nie błądziły. Pewnie i lekko uderzały w odpowiednie dźwięki. Pasaże, przewroty i wyciszająca kadencja na koniec. Podniósł dłonie i pozwolił im opaść na kolana.

Zaczniemy od inwencji trzygłosowej.

Chłopiec przytaknął i otworzył podniszczony egzemplarz utworów Bacha. Nuty na pierwszy rzut oka nie wyglądały na skomplikowane, ale wymagały wprawy i odpowiedniej interpretacji. Maria usiadła na krześle obok. Chciała móc poprawić najdrobniejszy błąd, uzupełnić wszystkie ubytki w technice. Przy Franku nie musiała się obawiać histerycznych reakcji. Rozumiał potrzebę dążenia do perfekcji.

Grał płynnie, bez wahań i błędów. Musiał dużo ćwiczyć. Zwykle chłopcy byli bardziej oddani instrumentom. Z natury poświęcali się pasjom całkowicie. Stawiali je na pierwszym miejscu, nawet jeśli przeczuwali, że za jakiś czas miną. Dziewczynki były bardziej zachowawcze lecz wierniejsze. Idealne kandydatki na nauczycielki.

Sama nie wierzyła w ten podział. Kiedyś była przecież skłonna oddać baletowi wszystko. Myślała, że gdyby ktoś dał jej wybór między szczęśliwym życiem prywatnym i tańcem, bez wahania zrezygnowałaby z rodziny i przyjaźni. Tylko jedna rzecz się dla niej liczyła. Pech chciał, że nie mogła jej dostać.

Po inwencji przeszedł do etiudy Chopina, sonaty Griega i utworu Kurpińskiego. Wszystko grał z pamięci. Nie gubił się, znał każdy fragment. W razie pomyłki mógł cofnąć się o takt lub dwa i nie wypadał z rytmu.  Na jego ustach pojawił się nowy rodzaj uśmiechu. Maria znała go bardzo dobrze. Oznaczał satysfakcję płynącą z panowania nad nutami. Do egzaminu będzie miał nad nimi władzę absolutną.

Jeszcze o tym nie rozmawiali, ale było oczywiste, że wszyscy będą go namawiać na kontynuowanie nauki na wyższym szczeblu. Gdyby zrezygnował, popełniłby błąd, którego kiedyś musiałby pożałować. Nie ma nic gorszego niż talent zapomniany i skazany na powolną śmierć. W końcu jego szczątki zaczynają się rozkładać i zatruwać umysł. Ale Frankowi to nie groziło. Wiedział, że musi iść dalej. Czuł, że jest lepszy.

Odegranie programu zajęło prawie całe zajęcia. Zanim chłopiec wyszedł, umówili się na dodatkową lekcję w piątek, której właściwie nie potrzebował. Już teraz był dobrze przygotowany.

Maria wyszła z sali razem z uczniem. Zamknęła za nim drzwi i skierowała się do pokoju nauczycielskiego. Nikt oprócz niej nie miał przerwy. Włączyła czajnik i nasypała kawę do filiżanki. Na talerzyk nałożyła sobie kawałek przyniesionego przez kogoś ciasta. Resztki ze świąt i sylwestra. Czekała oparta o parapet, aż woda się zagotuje. Okno wychodziło na rzekę. Co wpadło ludziom do głowy, by zbudować cmentarz tak blisko wody? Z natury powinni unikać trucizn.

 

2. Rytuał pierwszy – energia

Stań w lekkim rozkroku z rękami wyciągniętymi na boki w kształcie litery „T”. Wnętrza dłoni skieruj w stronę podłogi. Zacznij wirować zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Wykonaj kilka do kilkudziesięciu obrotów, optymalnie 21, aż do lekkiego zawrotu głowy. Zatrzymaj się i złóż ręce jak do modlitwy na wysokości mostka. Wpatrz się w linię złączenia kciuków. To pomoże ci odzyskać równowagę.

Czasami miała rano problem ze wstaniem z łóżka. Potrafiła leżeć po przebudzeniu jeszcze godzinę, dwie. Co jakiś czas zmieniała pozycję. Zamykała oczy. Dryfowała w znieczuleniu na powierzchni snu. Odrzucała kołdrę, żeby zaraz wrócić do jej dusznego ciepła wykradzionego ze śpiącego ciała. Myślała nad podlaniem kwiatków. Powinna robić to jak najwcześniej, zwłaszcza zimą, żeby miały czas skorzystać ze słońca i wytworzyć wystarczająco chlorofilu, by zabarwić się nadzieją.

Kiedyś przynajmniej czuła się w obowiązku nakarmić kota. Ale ten zniknął. Pewnego dnia skorzystał z chwili nieuwagi, z otwartego na moment okna. Musiał jej naprawdę nie lubić, skoro zaryzykował przejście po lekko pochyłym dachu i wybrał życie włóczęgi. Może zbyt często zrzucała go z kolan, kiedy jej przeszkadzał. Może miał dość słuchania jej narzekania albo nie lubił dźwięków pianina. Nie zastąpiła go innym zwierzęciem. Odkryła, że jego brak jest wygodny. Żadnego miauczenia, rozpraszania w nieodpowiednich momentach, czyszczenia kuwety. Zapomniała, że go kochała.

Zostawała jeszcze kawa. Trzeba wyobrazić sobie jej zapach. Pierwszy, gorzkawy łyk. Wystarczy, że uwierzy, że ma na nią ochotę. Dokładnie w tym momencie. Wtedy wypchnie się z łóżka, ubierze szlafrok i zacznie dzień.

W czwartki miała zajęcia dopiero po południu. Nic dziwnego, że uczniom brakowało motywacji. Nie dość, że nauka była bardziej wymagająca, niż się tego spodziewali, to jeszcze zabierała im godziny, które wcześniej utożsamiali z odpoczynkiem i zabawą. Tylko poświęcenie z miłości ma sens.

Ekspres nabrał powietrza, zaszumiał i zamilkł. Strzałka dotarła do czerwonego pola na wskaźniku, oznaczającego odpowiednią temperaturę i ciśnienie. Maria wyjęła kolbę i sięgnęła po puszkę z kawą. Nadal nie mogła uwierzyć, że dostała ją od własnej siostry. Metalowy pojemnik był ozdobiony koronkowym wzorem, francuskimi napisami i baletnicą w pozycji arabeski. Kiczowaty, niegroźny obrazek. A jednak miała wrażenie, jakby została obdarowana portretem zmarłego dziecka, który musiała oglądać co rano.

Otwarła jedną ręką klapę pianina i usiadła na czarnej ławie. Kubek z kawą położyła na podstawce obok. Jej pierwsze łyki zdążyły już zadziałać.

Wyciągnęła dłonie przed siebie i poczuła pod palcami miękki dotyk kości słoniowej. Zaczęła od gam cis-dur i as-moll. Cztery krzyżyki, cztery bemole. Harmoniczna równowaga na początek dnia. Palce szły same. Nie potrzebowały wsparcia głowy. Długo walczyła o taką swobodę. Etiuda Chopina, koncert Saint-Saëns’a, na koniec elegia Rachmaninowa.

Kawę dopiła, nakładając makijaż i czesząc się. Podkład, puder i brązowy cień na powieki. Włosy zwinęła w luźny kok opadający na kark. Jej z natury gładkie, śliskie włosy wyglądały zbyt perfekcyjnie, gdy spinała je ciasno. Ubrała się i spakowała torebkę. Dobrze jej zrobi krótki spacer. Może wstąpi do kawiarni, napisze coś w dzienniku albo poczyta książkę. Jeśli spędzi w mieszkaniu jeszcze parę godzin, najpewniej już z niego nie wyjdzie.

 

3. Rytuał drugi – serce

Połóż się płasko na plecach z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała. Wnętrza dłoni skieruj do podłogi, palce trzymaj razem. Jednocześnie unieś głowę, dociągając brodę do piersi i podnieś wyprostowane w kolanach nogi do pozycji pionowej. Przy podnoszeniu nóg i głowy wykonaj głęboki wdech, przy opuszczaniu – wydech. Podczas przerwy między powtórzeniami oddychaj w tym samym rytmie. Wykonaj ćwiczenie 21 razy.

Słońce przebijało się przez pokrywę chmur, nadając jej żółtawy odcień. Odwilż sprawiała, że wszystko wydawało się brudne. Wilgoć uwydatniała smolisty kolor ścian budynków. Śnieg zbijał się w ciężkie grudy, które przybierały powoli barwę błota. Zmrożona woda wypełniająca chodniki oblepiała buty i przesiąkała przez materiał do środka.

Maria ściągnęła rękawiczki i schowała je do torby. Nie było ani ciepło ani zimno. Nieruchome powietrze pachniało smogiem. To nie był dobry dzień na spacer, ale nie zamierzała z niego rezygnować. I tak mieszkała zbyt blisko centrum, żeby opłacało jej się jechać tramwajem.

Szła pewnym krokiem, wyprostowana. Wiedziała, że nadal jest atrakcyjną kobietą. Granatowy, długi płaszcz podkreślał jej smukłą sylwetkę. Lekki obcas zimowych butów dodawał jej wzrostu, którego i tak jej bóg nie pożałował. Już od dawna nie zależało jej na byciu drobną i lekką. Defekty, które w sobie widziała, stały się atutami, od kiedy wymieniła ciało na inny instrument.

Nie unikała wzroku przechodniów. Patrzyła w twarze kobiet i mężczyzn. Zgadywała, co kryje się za ich spokojem, radością, smutkiem. Widziała pary trzymające się za ręce, starsze kobiety wracające do domu z przedobiednich zakupów, turystów zagubionych wśród rozkopanych ulic, których nazwy niewiele tłumaczyły, zawsze o krok od znalezienia drogi do celu. W małych sklepikach sprzedawcy układali towar na półkach lub patrzyli znudzeni w ekrany telefonów. Za klientem wychodzącym z kawiarni uciekł ze środka zapach kawy i syk ekspresu. Kucharze w małych barach czekali oparci o blat na pierwszych gości. Wszystko tak blisko, a jednak niedostępne. Jak film oglądany z miejsca w pierwszym rzędzie.

Minęła sklep z używaną odzieżą. Dawno nie kupiła nic nowego. W środku było tylko kilka osób. Nie trafiła na porę zakupową. Młoda dziewczyna z czarnymi, długimi włosami opierała się o ladę i śledziła znudzonym wzrokiem klientów. Maria przebiegła dłońmi między rzędem sukienek, po czym skierowała się do wieszaka ze swetrami. Ubrania zdawały się pozostawiać na rękach warstwę brudu. Czuć w nich było jeszcze poprzedniego właściciela, jego mydła i kremy, którymi smarował ciało, pot i resztki naskórka. Żadne ubranie jej się nie podobało. Nie miała ochoty nic zmierzyć. Zły dzień, nieodpowiedni moment.

Doszła do skrzyżowania i skręciła w jedną z bocznych uliczek. Kawiarnia, do której zmierzała, spełniała wszystkie wymogi komfortu. Miała duże okna, wygodne fotele, wypełniała ją nienachlana muzyka. W dodatku serwowała śniadania przez cały dzień. Maria na wejściu wymieniła spojrzenie ze stojącą za barem dziewczyną. W spojrzeniu tym zawierała się obopólna zgoda na zignorowanie faktu, że znają się z widzenia. Zostawiła rzeczy na swoim stałym miejscu i poszła do toalety umyć ręce. Po powrocie zamówiła zestaw francuski z kawą i usiadła przy stoliku. Wyciągnęła z torebki książkę, piórnik i notes, w którym od dawna już nie pisała. Najwyraźniej nie miała sobie nic do powiedzenia.

Kiedy była młodą dziewczyną, jedzenie na mieście wydawało jej się ekstrawagancją. Tylko przy specjalnych okazjach umawiała się z poznaną w szkole baletowej Agłają na kawę i ciastko na pół. Maria nabierała na widelczyk małe kawałki deseru, zostawiając większość przyjaciółce. Wtedy miała jeszcze nadzieję na karierę i wiedziała, że musi pilnować diety. Aga mogła jeść wszystko, co chciała. Jej ciało i tak pozostawało drobne i lekkie. Była stworzona do tańca. Świadczyło o tym nawet jej imię, kojarzące się z grecką gracją i stolicą światowego baletu. Wykorzystała swój potencjał w pełni. Przez długi czas Maria jeździła na wszystkie premiery, w których Agłaja była pierwszą solistką. Po przedstawieniach rozmawiały coraz krócej, coraz bardziej ogólnie. Czasami kończyło się na serdecznym, pełnym scenicznego wzruszenia powitaniu. Była piękna, niezwykła, jedna na milion.

Kiedy wychodziła z kawiarni, zaczynało się już ściemniać. Zrobiło się ślisko. Poszła na przystanek i wsiadła do tramwaju, którym zwykle dojeżdżała do pracy. Siedząc w wagonie, poczuła dziwny niepokój. Sprawdziła w portfelu, czy ma bilet i na wszelki wypadek zerknęła na spis przystanków. Wszystko było w porządku. Jechała w dobrą stronę.

 

4. Rytuał trzeci – brzuch

Uklęknij na podłodze i wyprostuj ciało. Ręce ułóż z tyłu na udach, tuż pod pośladkami. Oddychaj głęboko. Podczas wydechu skłoń głowę do przodu, przyciągając brodę do piersi. Wraz z wdechem odchyl głowę oraz całe ciało do tyłu, wyginając kręgosłup w łuk. Wróć do pozycji wyjściowej. Powtórz ćwiczenie 21 razy.

Prawie nie słyszała gry uczennicy. Do jej uszu docierały tylko zgrzyty i dysonanse. Wtedy poprawiała dziewczynkę, każąc jej wrócić o dwa takty, lub mówiąc, jaką nutę powinna zagrać. Nawet ona znała już utwór na pamięć. Stała przy oknie. Po zmroku cmentarz był prawie niewidoczny. Musiało go teraz wypełniać zmarznięte błoto, które powstało po zmieszaniu się śniegu z ziemią. W naszym klimacie formuła wypowiadana na pogrzebach powinna zostać zmieniona. Z brudu powstałeś, w brud się obrócisz.

Usiadła obok Kariny. Jej drobne dłonie ledwo obejmowały niektóre akordy. Pulchne paluszki z dużą siłą naciskały klawisze, żeby wydobyć z fortepianu dźwięk. Ciekawe, czy pamiętała o tym, jak potężny mechanizm wprawiała w ruch. Na pierwszych zajęciach Maria zawsze otwierała czarną klapę, żeby pokazać dzieciom progi, młoteczki i tłumiki. Tłumaczyła ich działanie. Fortepian był niezwykłą, skomplikowaną konstrukcją. Jej stworzenie wymagało ogromu pracy, konserwowanie dużej zręczności i wyczucia. Trzeba było na przykład wiedzieć, jak obchodzić się ze strunami, których naciąg wynosił nawet do kilkudziesięciu ton, aby żadna z nich nie pękła i nie spowodowała czyjegoś zranienia, a nawet śmierci.

Dziewczynka była skupiona i zmotywowana. Niepotrzebnie. Jeśli wiązała ze swoją dziecięcą pasją wielkie nadzieje, to czekało ją duże rozczarowanie. Miała ledwo dziesięć lat, lecz sprawa była już przesądzona. Jej słuch i poczucie rytmu były wystarczające, by mogła czysto zanucić na egzaminie wstępnym kilka trójdźwięków i zaśpiewać „wlazł kotka”, ale wkrótce ich niedoskonałość miała stawić opór i nie dać się pokonać.

Maria nie miała ochoty poprawiać wszystkich błędów. Ignorowała drobne niedociągnięcia. Potrafiła być nauczycielką dobrą i surową albo łagodną lecz niekompetentną. Nie było drogi pomiędzy. Tego dnia kroczyła tą drugą. Poczuła współczucie dla dziecka, starającego się sięgnąć wyżej, niż było w stanie. Miała wrażenie, że już czuje jej żal i rozczarowanie, chociaż równie dobrze mogło się okazać, że porzuci fortepian bez większych emocji, jakby odkładała na strych zabawkę, z której wyrosła.

Po zajęciach poszła do pokoju nauczycielskiego. Kinga, która uczyła gry na skrzypcach w sali obok, siedziała nad kubkiem herbaty i jadła kanapkę.

Jak tam? Długo jeszcze? Zapytała przeżuwając kęs chleba z szynką.

Jeszcze jeden uczeń.

Mnie przed chwilą tak wymęczył ten mały Szymon, że puściłam go dziesięć minut wcześniej, żeby sobie zrobić przerwę. Chłopak jest utalentowany, ale straszliwie leniwy. Nie wiem, co mam z nim zrobić.

Może nie warto się przejmować. Najwyraźniej mu nie zależy. Maria włączyła czajnik i nasypała kawę do filiżanki. Zwykle nie piła więcej niż dwie dziennie, ale miała wrażenie, że od rana tkwi w półśnie.

Nie no. Bez przesady. Jest jeszcze młody. Odpowiedzialność przyjdzie z czasem. A ma naprawdę duży potencjał.

Maria wyciągnęła z szafki paczkę ciastek owsianych, wzięła z blatu kawę i usiadła przy stole.

W każdym razie już zaraz koniec i weekend, kontynuowała Kinga. Masz jakieś plany na wieczór?

Sama nie wiem. Jeszcze jutro mam dodatkową lekcję.

A no tak. Panna nadgorliwa. Czyżby znowu z Frankiem?

To jego ostatni rok. Chcę go dobrze przygotować. On też ma potencjał.

No tak. Jest naprawdę dobry. Odłożyła resztkę kanapki na leżący przed nią papier śniadaniowy i napiła się herbaty. Mamy dziś z Kacprem rocznicę. Zaprosił mnie na kolację, a jutro wziął wolne. Już się boję, co zaplanował.

Maria zaśmiała się ze wzrokiem wbitym w filiżankę. Wyobraziła sobie koleżankę w jednej z eleganckich sukienek, jakie ubierała na zakończenia roku szkolnego i koncerty. Odurzoną, prowadzoną ciemnymi uliczkami przez męża do ich wspólnego mieszkania. Otwierają drzwi do klatki, oboje są już podnieceni.

Czyli mam się nie zdziwić, jak nie wrócisz po weekendzie? Zapytała, podnosząc wzrok.

Powiedziałam mu, że w poniedziałek muszę być w pracy i palce mam mieć całe. Może weźmie to pod uwagę. Zerknęła na zegarek. Dobra, zbieram się. Im szybciej zacznę, tym lepiej. Dojadła kanapkę, wyrzuciła papier do kosza i umyła w zlewie kubek.

No to do poniedziałku, miejmy nadzieję.

Do zobaczenia i miłego wieczoru. Maria też wstała, schowała ciastka z powrotem do szafki i wróciła z kawą do sali. W zasadzie też chciała już wyjść.

W drodze do domu musiała zrobić zakup, żeby mieć co zjeść na kolację. Jej dieta nie zmieniła się, od kiedy ułożyła ją na potrzeby młodej baletnicy, którą przez jakiś czas w sobie widziała. Wieczorem przyrządzała zwykle gotowanego kurczaka lub pieczoną rybę z warzywami i kaszą lub ryżem. Nic, co mogłoby ciążyć na żołądku bądź sumieniu. Po sklepach w okolicy swojego mieszkania mogłaby chodzić z zamkniętymi oczami. Bezbłędnie trafiłaby do odpowiednich półek i lodówek. Jej ręce wiedziałyby, gdzie sięgnąć po potrzebne produkty. Nie interesował jej pozostały asortyment sklepu. Nie oglądała jedzenia, którego nie zamierzała kupić. A jednak w siatce, którą niosła do domu tego wieczoru, był makaron, ser pleśniowy i tłusta śmietanka. Do tego butelka wina, żeby odurzenie, które czuła od rana, miało w końcu wytłumaczenie.

 

5. Rytuał czwarty – narządy płciowe

Usiądź na podłodze z nogami wyprostowanymi. Stopy powinny być na szerokości bioder. Plecy trzymaj wyprostowane. Dłonie ułóż płasko na podłodze przy pośladkach. Schyl głową do piersi, a następnie, biorąc głęboki wdech, odchyl ją do tyłu, unosząc równocześnie tułów tak, żeby kolana były zgięte, a ręce wyprostowane. W mostku napręż na chwilę wszystkie mięśnie, po czym wróć z wydechem do pozycji wyjściowej. Powtórz ćwiczenie 21 razy.

Siedziała na kanapie w salonie z kieliszkiem w ręku. Muzyka sączyła się powoli z płyty winylowej. Porgy and Bees. Miała odrestaurowany poPRLowski gramofon, który kiedyś należał do jej rodziców. Lubiła niedoskonałość starych nagrań, ich dźwięczność graniczącą niekiedy ze zgrzytem. Kiedy była mała, wyobrażała sobie dźwięki i nuty jako coś fizycznego. Myślała, że można je wziąć do ręki, rozciągnąć, zlepić, a następnie zwinąć w czarny krążek.

Mogłaby obejrzeć jakiś film, ale musiałaby go najpierw wybrać. Nie była w tym momencie do tego zdolna. Internet dawał zbyt dużo możliwości. Mogłaby poczytać książkę, ale nie miała na to ochoty. Poza tym po połowie butelki wina mogłaby mieć problem ze skupieniem. Dawno nie pity alkohol zadziałał mocniej niż zwykle. Przyjemnie. Zapomniała, że czasami warto skorzystać z jego pomocy. Nie była jednak zmęczona. Wręcz przeciwnie. Czuła w sobie energię, której nie mogła dać ujścia. Wino nie utuli jej do snu. Nie tym razem.

Odłożyła kieliszek na stół i skierowała się do sypialni. Czasami trzeba zrobić to, na co ma się ochotę. Chciała wyjść na miasto. Wiedziała to, od kiedy Kinga zapytała ją o plany na wieczór.

Włożyła czarne spodnie, lakierki i cienki, biały golf. Do zwykłego makijażu dołożyła tusz do rzęs i czerwoną szminkę. Właściwie stawała się ładniejsza z wiekiem. Zdawała się młodsza niż w rzeczywistości. Być może to dzięki pięciu rytuałom, które codziennie wykonywała. Sekret tybetańskich lamów. Sposób na pokonanie starości, na odrodzenie.

Musiała znaleźć miejsce z muzyką i dużą ilością ludzi. Takie, do którego można pójść samemu i bez problemu wmieszać się w tłum.

Zamówiła whiskey z colą. Wzięła spory łyk i stanęła na brzegu masy tańczących, która powoli wpuściła ją do swego wnętrza. Przymknęła oczy. Była tylko ciałem. Miękkim, prawie płynnym. Falowała powoli, w górę i w dół. Poruszała rękoma. Wirowała. Łapała na chwilę wzrok pojedynczych osób. Uśmiechała się lekko. Bliskość nie była groźna.

Podszedł do niej wysoki mężczyzna w okularach. Starszy od reszty. W czarnej koszuli włożonej w spodnie. Musiał wlać w siebie dużo alkoholu, bo pachniało nim całe jego ciało. Chciał ją dotykać, obejmować sztywnymi ramionami. Pytał, co pije. Był gotowy postawić następnego drinka albo od razu zabrać taksówką do domu. Wyswobodziła się i ukryła za plecami kilku par. Był zbyt pijany, by ją gonić.

Poszła do baru po kolejną whiskey. Uśmiechnął się do niej chłopak, który stał obok w kolejce. Już wcześniej zwróciła na niego uwagę. Blondyn o miękkich rysach. Kolczyk w uchu, koszula w kratę. Pewnie student. Coś ciągnęło ich do siebie. Każde tańczyło w miejscu, a jednak byli coraz bliżej. W końcu mogli się dotknąć. Najpierw tylko w przelocie. Powiedział jej swoje imię, ale ono nie było ważne. Usta miał czułe, dłonie ciepłe. Smakował ciemnym piwem.

Wyszli z baru razem. Poczęstował ją papierosem. Zaprosił do siebie. Była za to wdzięczna. Chciała móc przerwać wspólną noc w dowolnym momencie.

Wracała do domu na granicy nocy i świtu. Padał drobny śnieg, który nie przeżywał zetknięcia z ziemią. Przeszła mostem przez rzekę, przy której powstawało nowe osiedle. Rzędy pustych szkieletów, wyziębionych przez wiatr, czekających na obiecane ciała z betonu. Jaki brzydki jest świat, który tworzą ludzie. Wiele lat temu o podobnej porze została na niego wypchnięta. W oczach miała prawdziwe łzy, chociaż noworodki podobno nie płaczą. Wcześniej przez kilka godzin jej matka skakała na dmuchanej piłce, bo jej dziecko uparcie chciało zostać w środku. Może również tamtej nocy śnieg padał i ginął.

 

6. Rytuał piąty – siła

Połóż się na brzuchu. Podwiń palce stóp. Dłonie ułóż płasko na wysokości piersi. Wraz z głębokim wdechem unieś ciało, prostując ręce w łokciach. Głowę odchyl jak najdalej do tyłu. Z wydechem odepchnij się od ziemi, zegnij ciało na wysokości bioder, tak był utworzyło odwróconą literę „V”. Równocześnie przyciągnij brodę do piersi. Wróć do pozycji wyjściowej. Powtórz rytuał 21 razy.

Nastawiła budzik na dziewiątą. Wypiła kawę w łóżku, przeglądając magazyn o wystroju wnętrz, chociaż nie zamierzała nic zmieniać we własnym mieszkaniu. Wstała, podlała kwiatki i wykonała serię pięciu ćwiczeń, którymi zastąpiła poranne rozciąganie po rezygnacji ze szkoły baletowej. W kuchni zalała pół szklanki płatków owsianych wrzątkiem. Kiedy nasiąkły dodała do nich jogurt naturalny, suszoną żurawinę i kiwi.

Z rozmysłem wybierała piątki na zajęcia dodatkowe z Frankiem. Skupienie się na nauce w przeczuciu dni wolnych i odpoczynku wymagało większego zaangażowania, uczyło dyscypliny.

Oprócz nich było w szkole niewiele osób. Korytarze wydawały się puste i głuche bez muzyki przeciskającej się przez wyciszone ściany sal i uczniów czekających na korytarzach na zajęcia. Siedzieli we wczesnym zimowym zmierzchu w niedostatecznie oświetlonym pokoju, wymagającym ustawienia dodatkowej lampki nad pulpitem z nutami. Skupiali się przede wszystkim na interpretacji. Marta stukała ołówkiem w lakierowane drewno, kiedy rytm i tempo nie mogły być naruszone. Przestawała, by zaznaczyć miejsca, gdzie utwór dawał grającemu swobodę. Kiwała lekko głową. Poruszała rytmicznie stopami, chociaż nie miała pod nimi pedałów. Muzyka łączyła ich w jedno. Jego zdolności były jej zdolnościami. Jej pasja – jego pasją.

Zastanawiałeś się już, czy chciałbyś kontynuować naukę? Zapytała, kiedy chłopiec pakował książki do plecaka.

Sam nie wiem. Zastanawiam się, czy to ma sens, jeśli się nie chce zostać pianistą.

No tak. To dużo dodatkowej pracy. Ale myślę, że warto rozwijać swój talent.

Franek pokiwał głową. Jeszcze jest trochę czasu, stwierdził.

Pewnie. Nie ma co się spieszyć z podejmowaniem decyzji. Marta wstała, żeby złożyć pulpit i zamknąć fortepian. Chłopiec w tym czasie obszedł instrument i skierował się do wyjścia.

Do widzenia, powiedział na pożegnanie, po czym zamknął za sobą drzwi i zostawił Marię samą.

 

7. Zakończenie

Po wykonaniu wszystkich rytuałów połóż się na plechach, oddychaj spokojnie, wsłuchaj się w siebie.

Po kolacji wzięła prysznic i ubrała się w czarną dopasowaną sukienkę oraz buty na wysokim obcasie. Zrobiła makijaż i upięła włosy. Wszystkie potrzebne rzeczy zmieściła w małej, kopertowej torebce.

Do opery dojechała tramwajem. Patrząc na plakat w witrynie przy wejściu, nie miała już wątpliwości, z którymi walczyła przez chwilę, oglądając jego mniejszą wersję wywieszoną na jednym ze słupów reklamowych. Dobrze znała to ciało wygięte w łuk, oparte na męskim ramieniu. Tak samo profil z drobnym, prostym nosem i kręcone ciemne włosy. Kobieta, za którą nie sposób się nie obejrzeć.

Oddała płaszcz w szatni, kupiła butelkę wody w foyer i skierowała się na piętro do wejścia do loży. Specjalnie nie kupiła miejsca zbyt blisko sceny. Tym razem nie chciała patrzeć tylko na Agłaję.

 

Laura Grad (ur. 1997) – studentka filologii szwedzkiej. Pochodzi z gór, mieszka w Krakowie. Pisze i przekłada. Publikowała w „KONTENCIE”.

Dorota Detlaf – jest nomadką, która wierzy w zbawczą siłę permanentnego ruchu. Zakochała się w czarnogórskich, ochrowych górach, niebieskich, watykańskich rzeźbach i oślepiającym, stroboskopowym świetle techno. Jest płynną formą, rozmarza się na myśl o Drodze Mlecznej i mówi po niderlandzku. Oprócz wizualnej stymulacji, z intymnych stanów skupienia tworzy także krótkie, słowne formy.  Publikowała już w „Blizie” i „Stonerze Polskim”. Jej zachwyty można współodczuwać na @d.dorotka, a od niedawna dzieli się też tym, co tworzy na @doryohdory.

Facebook
Follow by Email