Konrad Gromek – jedno opowiadanie 

Autorka ilustracji:
Dobrochna Witczak

 

Opętane psy 

A na wsiach psy zachowują się jak opętane.

Kiedy jeszcze bywałem tu częściej, to jest – miałem więcej czasu i mniej dorosłych spraw, siadałem na takim murku przy drodze. Murek był resztką z ogrodzenia dworku, który dawno temu podobno istniał. W domu opowiadali mi, że postawiono go jako pierwszy budynek, jakby początek wsi i siedziba jej założycieli. Pytałem najstarszych – tych, których nie wstyd było mi spytać – i nie pamiętali o jego istnieniu. Ale przyjemnie było wierzyć, że kiedyś stał i prężył się dumnie, mając za mieszkańców najznamienitszych ludzi na wsi.

Siadałem na murku i piłem oranżadę z butelki, którą trzeba było oddać do sklepu. Wtedy następna oranżada była pół złotówki tańsza. Jak jedna się kończyła, to szło się po następną. Sklep i murek dzieliło ze sto metrów. Jeśli dobrze pamiętam, a pewności nie mam, to będą trzy lub cztery domy. Kiedy bywałem tu częściej, po każdym podwórku biegał pies i pilnował, żeby broń Boże nikt nie tknął jego terenu. Stary wilczur ujadał, szczękając resztką zębów. Dwa burki płci niewiadomej przeskakiwały się nawzajem jak podczas biegu z przeszkodami. Na kolejnym podwórzu pierwszy pudel w wiosce, którego sąsiedzi mylnie wzięli za wychudzonego baranka i przed policją oskarżyli właściciela o zaniedbanie zwierzyny (tę historię pamiętam dobrze, było śmiesznie).

Teraz, jak liczę, to były trzy domy. I potem sklep. Właściciele mieszkali na tyłach spożywczaka, mieli wyżła. Wyżeł skakał po ogrodzeniu i odbijał się od niego jak wielka i niezgrabna zabawka z kauczuku. Jak jeszcze bywałem w sklepie częściej, i ja, i on byliśmy szczeniakami.

Z psem właścicieli sklepu dogadywałem się lepiej niż z innymi psami po drodze i zanim wymieniłem pustą butelkę na pełną, szedłem się z nim przywitać. Wskakiwał przednimi łapami na ogrodzenie, potem zeskakiwał w głąb podwórka, robił ze dwa kółka, dopiero potem dawał się pogłaskać. Gdy już wytargałem go za uszami, mogłem spokojnie wejść do sklepu i wymienić pustą butelkę na pełną. A potem na murek, gdzie siadało się i myślało, jak mógł wyglądać dworek i jakiego pięknego psa jego właściciele, założyciele wsi, mogli przygarnąć do rodziny.

W któreś wakacje mama wysłała mnie do miasta. Była trochę bieda, gdzieś musieli mnie upchnąć, żeby samemu harować. W mieście miałem ciocię, której co prawda nie w smak była kolejna gęba do wykarmienia, ale w tamtych latach ludzie w miastach czuli surrealistyczną potrzebę pomocy ludziom z prowincji, więc jakoś mnie przyjęli. Przez pierwsze dwa dni nie chciałem jeść. Bałem się przyniesionej z marketu włoszczyzny związanej gumką recepturką. Drżałem przed mięsem pakowanym próżniowo. Po kilku dniach odważyłem się pierwszy raz iść do kina, a po tygodniu byłem już pewny, że kiedyś wrócę do miasta na stałe.

Wakacje się kończyły. Kiedy wróciłem na wieś, mama powiedziała, że okradziono sklep. Mieliśmy na wsi takiego pijaczka, który parę lat zajmował się pałowaniem w milicji. Zajęcie lubił, ale po flaszce siwuchy zdarzało mu się podnieść rękę nie na tych, co powinien. W domu mówili, że kiedyś w przypływie alkoholowej furii próbował zamachnąć się na komendanta, a ten w odpowiedzi uderzył go po głowie pałką, przez co do reszty mu się poprzestawiało. W każdym razie podszedł w nocy pod ogrodzenie, pozwolił wyżłowi przywitać się, a potem skręcił mu kark. Dalej, już bez hałasującego psa, było z górki.

Nie mogłem nadziwić się psom, które, gdy były prowadzone na smyczy, zupełnie nie reagowały na człowieka. Po czasie zrozumiałem, że nie muszą reagować, bo chodzą po wspólnym terenie. Podczas spacerów, które starałem się uskuteczniać przez cały wyjazd do miasta, żeby nauczyć się jak najwięcej, brakowało mi nieufnego powarkiwania. Wszystko, co mijałem, było ufne jak wyżeł, który w tamtych czasach był tak samo szczeniakiem jak ja.

Tego dnia, gdy zmierzałem na murek, psy milczały. I ja też. Tam, gdzie – według opowieści usłyszanej w domu – stał dworek, zobaczyłem wielki psi wybieg. Usiadłem na murku i czekałem, aż przybiegnie do mnie wyżeł, ale nic takiego się nie stało.

W sklepie kupiłem oranżadę. Ze wzrokiem wbitym w ziemię, tak, żeby nie spojrzeć na właściciela sklepu, wyszedłem. Było mi wstyd, że tej butelki nie odniosę. Usiadłem na murku, wypiłem oranżadę duszkiem i poszedłem do domu pakować się. To był czas, żeby wyjechać. Butelkę zabrałem ze sobą – na wypadek, gdyby mój rówieśnik wrócił.

 

Konrad Gromek (ur. 1996) – publikował w „Tlenie Literackim” i „Migotaniach”, na stronie toruńskiej grupy literackiej „Strzyga” oraz portalu PKPzin. Jego teksty znalazły się również w antologii Ciemna Strona Słowa, wydanej nakładem Wydawnictwa Santa Muerte. Mieszka i pracuje w Warszawie.

Ilustrację wykonała:

Dobrochna Witczak – studentka Communication Design w poznańskiej School of Form. Animuje, filmuje, ilustruje i maluje. Od dziecka rysuje na potęgę i z tym właśnie planuje związać życie. Równie mocno fascynuje ją animacja. Jej prace obfitują w dowcip i stanowią trafny komentarz do rzeczywistości. Radość sprawia jej także przebywanie ze zwierzętami. W wolnych chwilach jeździ na rowerze. Instagram: @dochna_

Facebook
Follow by Email