Kajetan Szewczyk – dwa opowiadania

 

.Brudyś

Miał cztery łapy, dwoje uszu, jedno oko i ogon. To coś o nim mówi, ale nie mówi znowu aż tak dużo. Na przykład nie domyślicie się po tym, że był wielkości kontenera na odpady wielkogabarytowe. Albo, inna z brzegu cecha, że miał olbrzymią dziurę w brzuchu, z której bardzo nieprzyjemny odór się wydobywał. Smród był tak potworny, że ludzie się budzili, ilekroć tułał się po ulicy.

Kiedyś, jak miejscowi próbowali go przegonić, to jeszcze gorzej było. Stwór w popłochu uciekając, złą krew za sobą zostawiał, tak mówili, złą krew: śmierdzącą, lepką i parzącą. Oleista, parująca jucha ulewała mu się z bebechów. Nie dało się jej zmyć. Trzeba było zamykać ulicę. Czekać aż wyschnie.

Przychodził stwór na ulicę, ludzi wybudzał i mieli tylko jedno wyjście – przetrzymać. Bezsenne noce powodowały zmęczenie. Ludzie dziczeli, nie mogąc oka zmrużyć, nie mogąc odetchnąć.

Dziatki spały dobrze, im stwór nie śmierdział. Często wybiegały na podwórko i czesały jego lepką i brudną sierść. Włosie miał ostre i nieprzyjemne w dotyku, ale dzieci się nie kaleczyły. Nigdy żadnemu nic się nie stało. – Brudyś, Brudyś! – wołały do niego roześmiane. Nigdy żadnemu nic się nie stało.

***

Miłka była brzydką i naiwną dziewczyną. Chłopcy mieli używanie, że strach opowiadać. Uczyła się bardzo dobrze, rodzice byli z niej dumni, ale opinia na ulicy była, jaka była. Jej matka nie chciała słuchać, ojciec ze wściekłości problemów z sercem się nabawił. Bracia gotowi byli pobić każdego, ale żadnego nie zdołali. Ludzie gadali, że Miłka spała z każdym. A może to każdy z Miłką spał? Garnęła się do łóżka, jakby wiecznie zmarznięta była, byle pod pierzynę, byle dać się objąć. I chociaż niewiele pamiętam z tamtych dni, to jednego jestem pewien: pachniała paloną lawendą.

Stwór dom Miłki omijał. Ludzie gadali, że to jej wszeteczność sprowadziła monstrum w okolicę. Dzieci twierdziły, że Miłka wręcz stworem zarządza. – Jak ona jest, to on też musi być blisko, bo rodzice do domów wołają, każą nam wracać, nie rozmawiać z nią – mówiły zatroskane. Ile w tym było prawdy? Ludzie takich pytań nie zadawali, cała sytuacja ich przerastała, chcieli mieć z głowy i potwora, i nastoletnią dziwkę. Efekt się liczył, efekt. Skoro stwór w jakiejś relacji, niejasnej nawet, ale jakiejś na pewno, z Miłką jest, to trzeba ten fakt wykorzystać i wypędzić oboje. Dziewczyna młodych psuje, a potwór spać nie daje.

Starsi stwierdzili, że to ja mam załatwić sprawę. Że ja jestem nowy na ulicy, że to będzie taki sprawdzian. – Nie jesteś głupi chłopak, brzydki też nie, to se z Miłką pogadaj. Może ci co wyjawi – powiedziała mi pani Zaborska, u której wynajmowałem pokój. – A jak nie wyjawi, to sobie pochędożysz – dodał pan Zaborski na odchodne, uśmiechając się szeroko.

Zadanie miało być proste, ale ja Miłki na oczy nigdy nie widziałem. Zresztą starsi też nie. Od czasu, kiedy na ulicy zaczęto gadać, że Miłka to kurwa, rodzice jej z domu zabronili wychodzić. Tyle tylko, co do szkoły puszczali i tam się pruć musiała, albo w drodze. Dzieci ją widywały, jak ze spuszczoną głową przechodzi rankiem przez opłotki. Młodzi ją widywali, jak wracała do domu, brali ją na bok, ściągali z dróżki. – Trudne to nie będzie, w mig rozpoznasz; nogi ma zawsze gołe, nosi krótkie spodenki – tłumaczył mi młody Zaborski, paląc nonszalancko papierosa. – Koszula biała rozchełstana i te włosy ścięte krzywo nożyczkami, ni to długie, ni to krótkie. I warkoczyk, jeden, ledwo spięty – wyliczał szczegółowo. – Za duże okulary w kwadratowych oprawkach zaciśnięte na za dużym nosie. Cycki jak na swój wiek też duże, tyłek jej z gaci wystaje – uśmiechnął się szeroko jak jego ojciec. – Wygląda, jakby ktoś twaróg chustą owinął i tak ścisnął, że aż bokami zaczął wychodzić – zarechotał donośnie i miotał się potężnie jeszcze przez chwilę, ale kiedy spostrzegł, że nie robi na mnie wrażenia, przestał. – To powodzenia – rzucił półgębkiem i zniknął w korytarzu.

– Jaki ma kolor oczu? – zapytałem.

Chłopak zakrztusił się papierosem i spojrzał w moją stronę. – Chuj cię jej oczy obchodzą.

***

Błądziłem po ulicy kilka godzin. W końcu zaczęło się ściemniać. Było głucho i zimno. Żadnego odgłosu, żadnego ruchu. Chodziłem po bardzo brzydkiej widokówce. Nie spotkałem nikogo, zresztą o tej porze na ulicy błyszczało pustkami. Raz minął mnie jakiś okularnik na rowerze. Bardzo się śpieszył i był bardzo zadowolony. Może dostał dobrą ocenę i śpieszył się do domu. Może powiedział dziewczynie, w której od dawna się kocha, co do niej czuje i może ta dziewczyna go przyjęła. Może wracał od niej, a może do niej jechał. A może cieszył się, bo Miłka mu dała w jakiejś gęstwinie. Postanowiłem iść w kierunku, z którego przyjechał.

Zaczęło padać, a ja miałem na sobie stare buty z przetartymi podeszwami. Woda chlupała w środku, powoli mokły mi skarpety. Deszcz się nasilał, z trudem widziałem cokolwiek, woda chłostała mnie po twarzy. Nie wiem, jak dotarłem do wiaty starego kiosku. Przycisnąłem się do zimnej, zardzewiałej blachy i próbowałem zasłonić. Ktoś był w środku. Ktoś był po drugiej stronie ściany. Słyszałem, jak coś bije w blachę od wewnątrz. Miarowo bije, deszcz swoje, to swoje. Inaczej.

– Ktoś tam jest? – wydarłem się, chociaż nie zamierzałem. – Czy ktoś tam jest? Proszę mi otworzyć! Strasznie leje! – krzyczałem, ale nie słyszałem swoich słów.

Drzwi do kiosku zaskrzypiały nieznacznie, z trudem. Tak jakby coś bardzo wątłego chciało się wydostać i nie miało siły. Albo przeciwnie, jakby coś silnego, ale ostrożnego, przemyślnie drzwi uchylało. Byłem przemoczony, chciałem się ogrzać.

Chwyciłem za klamkę i pociągnąłem do siebie. Ciemność. I ja w tę ciemność wkroczyłem i te drzwi uchylone już nieco pewniej, bo na tyle, bym mógł wejść, zamknąłem za sobą. I w ciemności się znalazłem.

We wnętrzu blaszanego bębenka było spokojnie, chociaż odgłosy z zewnątrz brzmiały, jakby ktoś świat ze skóry obdzierał, skóry starej i chorej. Jakby suche płaty odpadały, jakby ktoś darł papier ścierny. Jakby padał deszcz.

Snop światła przezierał przez zabite deskami okno. Przezierał i padał na czyjąś twarz. I wtedy ją zobaczyłem.

 ***

Wyglądała jak mokry pies. Miała na sobie beżową kurtkę z futerkiem przy kołnierzu. Długie i gęste włosy przykleiły się jej do twarzy. Widziałem jak na mnie patrzy, grzywka przykrywała jej jedno oko. – Boję się – powiedziała.

– To tylko deszcz – odparłem.

– Kim jesteś? Nie znam cię.

– Przepraszam, jestem tu nowy. Szukam Miłki.

Zaśmiała się. Nie, nie zaśmiała. To, co zobaczyłem na jej twarzy, nie dałoby się zamknąć w tak prostym określeniu. Bystre oko zaświeciło tak szczerze, że oddało całą należytą cześć temu słowu. Wargi ułożyły się chętnie, tak jak układają się wargi dziewcząt, kiedy chłopak jest na tyle ciekawy, by z niego nie drwić.

– A do czego ci jest Miłka, Nowy? – zapytała.

– Chcę z nią porozmawiać – odparłem i usiadłem naprzeciwko nieznajomej. Wytrzeszczyła oko i znowu zobaczyłem tę szczerość. Wpatrywała się uważnie i po chwili, biorąc grzywkę w obie dłonie, rozłożyła ją równomiernie na swojej twarzy. Widziałem tylko jej usta.

– Chłopcy zwykle nie chcą z nią rozmawiać, przecież o tym wiesz – zaśmiała się cicho.

– Wiem – odparłem. – Bo każdy wie – powiedzieliśmy razem.

Ktoś obdarł ze skóry już cały świat, przestało padać. Snop światła słabł, nadchodził zmrok.

– Odprowadzisz mnie do domu? Mieszkam niedaleko, a boję się wracać sama – zapytała nagle, dotykając mojej dłoni. Nie wiem, jak znalazła ją w ciemności, ja sam nie byłem pewien jej położenia.

–   Dlaczego się boisz?

– Na przykład dzisiaj mnie okradli, tuż przed ulewą, a słabo widzę bez okularów – westchnęła. – Bardzo słabo widzę, no i nie wiem, jak się tu znalazłam – uśmiechnęła się i odgarnęła nieznacznie włosy. Znów zobaczyłem błyszczące oko.

***

Droga do jej domu wiodła z dala od innych zabudowań. Było ciemno i z trudem widziałem cokolwiek. Co rusz pytała mnie o to, czy widzę jakąś brzozę albo kamień, jakiś płot, wieżę jakąś w oddali. Odpowiadałem jej, a ona mówiła, dokąd iść. I tak szliśmy. Poznawałem jej świat, nie zadając pytań. To ja byłem przepytywany, a jednocześnie to nie ja mówiłem o sobie. Czyli da się.

Dom był prosty, parterowy. Strych niby jakiś był, tak wnioskowałem po okiennicy wydłubanej ze dwa metry nad drzwiami frontowymi, ale jednak przestrzeń życiowa przyziemna, parterowa. Drzwi otworzył młody chłopak. – Dobrze, że jesteś, ludzie już dzieci do domów wołali, to czekałem – powiedział do niej, a ona ścisnęła moją dłoń.

– Kto ty jesteś? – zapytał z nienawiścią w głosie. To nie było pytanie zadane z potrzeby odpowiedzi. To było pytanie, które miało sprawić, że mam poczuć się źle. I poczułem się źle.

– On jest ze mną – powiedziała spuszczając głowę. – Odprowadził mnie do domu, zgubiłam się w deszczu, zgubiłam okulary – mówiła prędko, ale nie dość prędko.

Wtedy pierwszy raz poczułem, jak łamią się we mnie kości. Ból był niezwykle przejrzysty. Żebra pękały jak wykałaczki, a to i tak było już po tym, jak z mojej twarzy zostało podobrazie gotowe do przyjęcia nowej wizji człowieka. – Ty też ją ruchałeś? – powiedział głos. – Głupi jesteś, żeś ją przyprowadził – zaśmiał się.

***

Tak dobiega końca historia naszego bohatera. Dobiega też końca historia potwora z dziurą w brzuchu, bo dobiega końca historia Miłki i jej rodziny, która całej ulicy śmierdziała. Po tym, jak jej brat zabił człowieka, musieli uciekać do innego miasta.

Mieszkańcy wydali osąd. Córka kurwa, syn morderca. Zabił niewinnego, którego nikt nie znał. Zabił niewinnego, za którym nikt by się nie wstawił. Za co zabił? Przecież nie z zemsty, przecież chłopak nic nie zrobił, porządny był. Z miasta.

Dzieci płakały, kiedy się dowiedziały, że Miłka wyjeżdża. Wybiegły nawet na ulicę, jak rodzina odjeżdżała. – Brudyś, Brudyś! – wołały za nią zasmucone. Nigdy żadnemu nic się nie stało.

 

.Zostaną po nas rozwiązane trampki

Jest 2018 rok. Każdy człowiek walczy ze światem. Nie ma znaczenia, czy jest to opór przed jego kształtem, czy ofensywa mająca na celu przezwyciężenie tej struktury albo po prostu czysta rywalizacja z tym, jak świat się z nami i wobec nas układa.

Moja walka ze światem zapewne skończy się ze wskazaniem na oponenta. Śmierć porażką nie będzie w żadnym wypadku, chyba że samobójcza, z kolei koniec świata jakoś trudno uznać za mój sukces. Wychodzi zatem remis, a ze wskazaniem, bo jednak szybciej się zawinę z tej ziemi, niż ona na dobre zniknie mi z oczu.

Perspektywa mojego zwycięstwa byłaby nad wyraz upiorna. Milej mi tkwić w przekonaniu, że siłę sprawczą mam raczej zbliżoną – a nie większą – od otaczającej mnie rzeczywistości i że moje starania wpłynięcia na świat są mniej lub bardziej życzeniową formą nawiązania dialogu.

Jak wielu moich rówieśników, a także osób ode mnie starszych, stanowię jednoosobowy ruch oporu. Muszę dodać, że polega on na uprawianiu dosyć konsekwentnej hipokryzji, bo często muszę się z przeciwnikiem dogadywać. Naginanie moich przekonań to codzienność i może dlatego mało we mnie radykalizmów. Jest kilka rzeczy, których nigdy bym nie zrobił, ale świat w swojej łaskawości jeszcze ich ode mnie nie wymagał, a nawet jeśli, to pozdawałem te egzaminy i nie chcę o nich pamiętać.

Na przykład kłamstwo. Nie jakieś małe półprawdy czy zmyślone historyjki, ale najprawdziwsze kłamstwo. Takie, które tępi świat najbardziej. Zabija go i tworzy nowy. Nieprawdziwy, ale być może piękniejszy. Prawda, że nieprawda.

***

Klara była niewidoma. Duży kaliber choroby, bo taka się urodziła. Całe życie tkwiła w dźwięku, zapachu i temperaturze. Całe życie bardzo wrażliwa na dotyk. Całe życie zdana na swojego starszego brata. Ukrywał ją zresztą skrzętnie. Dowiedziałem się, że ma siostrę, po dwóch latach znajomości. Właściwie przez przypadek.

Był 2016 rok, byłem w bardzo brzydki sposób pijany i nie miałem dostępu do rzeczowych i odpowiedzialnych pomysłów na poradzenie sobie z tą sytuacją. Coś przywiało mnie na Nowogrodzką, być może jej bliskość, bo ocknąłem się w ścisłym centrum, ale najpewniej była to zdradziecka ochota na przedłużenie nocy. Raczej łatwo poszło mi trafienie do odpowiedniego domofonu i wstukanie odpowiedniego numeru. Trwało to dwie wieczności, ale wgramoliłem się na klatkę schodową i powłócząc nogami, wniosłem swoje ciało brutalnie po schodach. Na trzecim piętrze mieszkał Kozieł.

Chwyciłem za klamkę. Bez większego oporu zgięła się pod moją dłonią, więc ja równie gładko wtoczyłem się do środka. Było ciemno, ale wiedziałem, gdzie jest włącznik światła. Szurając nieznacznie, przesunąłem się w pożądanym kierunku. Byłem w tym mieszkaniu wcześniej ze dwa razy. Kozieł był robolem, remontował ludziom domy i swój miał za noclegownię. Ucieszyłem się, że go zastałem. Dotarłem do włącznika i usłyszałem skrzypienie. Rozejrzałem się po przedpokoju. Było ciemno, a ja byłem pijany, ale rozpoznawałem jakiś żywy kształt, który zarysował się w miejscu, z którego przyszedłem. Gdybym nie był tak pijany, pewnie dotarłoby do mnie, że pod drzwiami nie powinna stać nieco wyższa ode mnie brunetka.

– Znowu piłeś? – zapytała śmiało z lekkim uśmiechem. Milczałem w stuporze. – Jesteś głodny? – zapytała i wystawiła przed siebie dłoń. Jakoś dziwnie to zrobiła. Minęła mnie lekko, bujając biodrami i weszła do kuchni.

Przyglądałem się jej i w wielkim przerażeniu stwierdziłem, że musiałem pomylić mieszkania. Jakie było prawdopodobieństwo, że pomyliła mnie ze swoim współlokatorem? Nie, przecież zapytała, czy jestem głodny, więc to musi być więcej. Wzięła mnie za swojego chłopaka? Postanowiłem włączyć światło. Pstryknięcie zaabsorbowało jej uwagę chyba bardziej niż ja, więc widocznie nie prowadziła podobnych dociekań. Odwróciła się w moją stronę i wtedy to do mnie dotarło. Patrzyła jednocześnie w sufit i w podłogę. Widziała nic i wszystko. Mnie mimo wszystko jakoś omijała. Poczułem się bardzo nie na miejscu. Czułem, jak alkoholowy pot goreje w powietrzu. Próbowałem skupić myśli, żeby powiedzieć cokolwiek, bo ucieczka nie wchodziła w grę z dwóch przyczyn. Po pierwsze wydało mi się to niedopuszczalne moralnie, a po drugie docierało do mnie powoli, że jestem we właściwym mieszkaniu. Na ścianie wisiała bowiem pożółkła reprodukcja plakatu Andrzeja Pągowskiego.

– Gdzie jest Kozieł? Rysiek gdzie jest? – dość przytomnie zadałem pytania mieszczące najwięcej potrzebnych presupozycji. – Jestem jego znajomym, może kiedyś o mnie wspominał? Jestem Zbyszek. Zbyszek Chimera – dorzuciłem szybko, na wypadek, gdyby okazało się, że jednak nie popisałem się wielką przemyślnością, i zacząłem wpatrywać się w spojrzenie rozpięte między sufitem a podłogą.

Dziewczyna nawet nie drgnęła, co właściwie jest w jakiś sposób zrozumiałe. To nie była normalna sytuacja. Po chwili uśmiechnęła się nieznacznie i wystawiła przed siebie dłoń. Podeszła do mnie i dotknęła mojej klatki piersiowej. – Jesteś niższy od Ryśka – powiedziała. – Jestem Klara, jestem jego siostrą – uniosła dłoń na wysokość mojej twarzy. – Mogę? – zapytała.

Zgodziłem się bez wahania. Jej palce były zimne. Przeszedł mnie dreszcz, kiedy opuszkami rysowała moją twarz od nowa. Teraz zauważyłem, że jej włosy nie były po prostu czarne. W słabym świetle żarówki buchały intensywną oberżyną. Idealnie przycięte sięgały do jej chudych ramion. Miała na sobie za dużą, pomarańczową koszulkę z błękitnym napisem: „zostaną po nas rozwiązane trampki”.

– Możesz zostać, jeśli chcesz – zamruczała. – Rysiek pewnie wróci nad ranem, kanapa jest wolna – dodała sennie i zupełnie naturalnie zniknęła w głębinie mieszkania, wiedziona swoją nieomylną dłonią. – Wiem, kim jesteś – dobiegło zza ściany.

***

Jest 2018 rok, a ja myślę, że to, co odczuwam, jest patologiczne. Bo jak inaczej można nazwać sytuację, w której samotny mężczyzna, zamiast cieszyć się życiem, które, poza tym jednym aspektem, idzie mu wcale nieźle, woli spędzać wolny czas, bolejąc nad swoją sytuacją, aniżeli ze znajomymi, z którymi pozostaje w fantastycznych relacjach?

Jak nazwać sytuację, w której samotny mężczyzna, który wychował się bez ojca, ale pod opieką pełnej troski i wiary matki, nie szuka potwierdzenia swojej wartości u innych mężczyzn, a u kobiet, i to zazwyczaj szczególnie nieprzychylnych?

Wreszcie, jak nazwać sytuację, w której na drodze redukcji całych zwałów tłuszczu, którym jest życiowe doświadczenie, i wzmocnieniu ścięgien odpowiadających za procesy myślowe, otrzymujemy rachityczną sylwetkę intelektualną, zamiast mocnego charakteru o niezłomnej posturze?

Ja bym to nazwał całkiem nielichą patologią. Na szczęście? Na nieszczęście?Podobnym mi życzyłbym raczej towarzyskiej śmierci. Nie z dobroci serca – z litości.

Mniej mnie we mnie dzisiaj, niż dajmy na to, rok temu. Jakościowo więcej, ale ilościowo mniej. Może zmądrzałem, może wnioski zostały wyciągnięte, ścięgna wykształcone, głowa pracuje, ale sił na korzystanie z tej wiedzy jakoś ubyło. Dalej nie umiem sobie poradzić z arsenałem problemów.

Na przykład kłamstwo. Nie jakieś małe półprawdy czy zmyślone historyjki, ale najprawdziwsze kłamstwo. Takie, które tępi świat najbardziej. Zabija go i tworzy nowy. Nieprawdziwy, ale być może piękniejszy. Prawda, że nieprawda.

***

Był 2016 rok, byłem trochę niewyspany, trochę zdumiony miejscem, w którym się obudziłem, ale miałem dostęp do rzeczowych i odpowiedzialnych pomysłów na poradzenie sobie z tą sytuacją. Mieszkanie przy Nowogrodzkiej było inne z Klarą i bez Ryśka, ale dalej było mieszkaniem nieprzypadkowym. Wstała wcześniej ode mnie i robiła śniadanie. Ponieważ w nocy ległem na kanapie bez specjalnego przygotowania, to teraz miałem z głowy manewry z pościelą i inne bzdury, które na kacu męczą niemiłosiernie.

Wszedłem do kuchni i przywitałem się grzecznie. W pewnym otępieniu patrzyłem na to, jak Klara robi kanapki, bo z jednej strony – podziw, z drugiej – zdumienie, z trzeciej – pewnie protekcjonalność (to tylko robienie kanapek, ale jednak przez niewidomą dziewczynę), z czwartej – głupota (cieszyłem się, że nie widzi mojej miny). Zamknąłem się w tych czterech ścianach mojego jej postrzegania i było mi dobrze.

– Rysiek nie wróci dzisiaj, coś tłumaczył, że musi zostać w pracy, ale nie do końca zrozumiałam – powiedziała w końcu, przeżuwając kanapkę z serem. Ku mojemu zdziwieniu stwierdziłem, że z tym też mi dobrze. Siedzieliśmy przy stole. Miała na sobie te same ubrania, co wcześniej. Chociaż koszulka była za duża, napis wyginał się, kiedy oddychała. W świetle dnia pomarańcz był jeszcze mocniejszy. Mimowolnie pomyślałem o jej piersiach. Potem dotarło do mnie, że ona nie widziała nigdy ani swoich piersi, ani żadnej rzeczy, która jej jest.

Jest coś przerażająco pięknego w kobietach, które śpią. Lwice stają się nieszkodliwe, pilnuj swojego nosa, a nic się nie stanie, a będzie spokój. Biada ci, jak otworzą oczy. Kobiety widzą o wiele więcej, niż ktokolwiek by chciał. Klara nie widziała nic. Widziała wszystko.

– Trochę za głośna ta koszulka, wiem – przerwała moje rozmyślania i teatralnie pokręciła głową.

– Za głośna? Masz na myśli, że krzykliwa? – zapytałem, żując kanapkę.

– Mmm, nie, mam na myśli, że… że za jasna jest, jaskrawa, pomarańcz, no nie?

– Pomarańcz jest głośny?

– Rysiek to wymyślił, tak mnie uczył, jak byłam mała – mówiła ze smutkiem i zamknęła oczy. – Że kolory są głośne i ciche – kontynuowała coraz ciszej. Zrobiło mi się głupio. Nie pomyślałem, że ona przecież nie wie, jak to wszystko wygląda.

– W takim razie jest głośna i gorąca, ale ten napis jest zimny. Też głośny, ale zimny – powiedziałem ostrożnie. Uśmiechnęła się lekko i rozpostarła spojrzenie między sufitem a stołem.

– Tak, dlatego mi się podoba właśnie. Poza tym to fajne: „zostaną po nas rozwiązane trampki”, nie sądzisz?

– W pewnych sytuacjach chyba rzeczywiście tak jest – uśmiechnąłem się i spojrzałem na jej oczy. Nie „w jej oczy”, bo nie pełniły żadnej funkcji. Były „jej”, tak samo jak pieprzyki. Bolało, jak się taki ukłuje, ale pożytku z niego nie było.

Minął rok. Początkowo Rysiek był wściekły, że doszło do mojego spotkania z Klarą, ale potem mu przeszło i nasza trójka była niemal nierozłączna. Fantastycznie chodziło się razem nad Wisłę. Braliśmy Klarę pod ręce i spacerowaliśmy nocą po bulwarach. Wszyscy w identycznych okularach przeciwsłonecznych. Trzech wariatów nie zwraca takiej uwagi. Sama to wymyśliła, chociaż nigdy nie zauważyłem, żeby wstydziła się swojej przypadłości. Podziwiałem w niej to, bo ja byłem workiem kompleksów. Pomagało na to niewiele rzeczy.

Na przykład kłamstwo. Nie jakieś małe półprawdy czy zmyślone historyjki, ale najprawdziwsze kłamstwo. Takie, które tępi świat najbardziej. Zabija go i tworzy nowy. Nieprawdziwy, ale być może piękniejszy. Prawda, że nieprawda.

***

Jest 2018 rok. Tydzień temu po robocie Rysiek wrócił do mieszkania cały uwalony farbą. Na twarzy zastygła mu już w sztywną skorupę, musiał szorować po skórze paznokciami, a i tak nie schodziło. Z ubraniami nie było lepiej. Tkanina tak przesiąkła, że ledwo co zginał ręce i nogi w pachwinach. Stwierdził, że do prania niezbyt się to wszystko nadaje, ale w sumie szkoda wyrzucać. Był strasznie zmęczony, więc poszedł tak do pokoju i zwalił się na kanapie. W mieszkaniu było ciemno. Wymacał pilot do telewizora i włączył urządzenie. Pokój zaśnieżył się słabym światłem.

Nie chciał tego, ale Klara się obudziła. Słyszał, jak w mieszkaniu skrzypi podłoga, wyobraził sobie, jak jego siostra idzie nieustraszona z wierną dłonią wyciągniętą przed siebie. Kiedy zobaczył ją w drzwiach, nic nie powiedział. Pozwolił jej podejść i usiąść obok.

– Która godzina? – zapytała sennie.

– Rano, wracaj spać – odpowiedział i poczuł, że ma farbę także w ustach.

– Nie chcę spać. Może mi poczytasz? Co oglądasz?

Telewizor śnieżył bezdźwięcznie. Czarne kropki na białym tle. Białe kropki na czarnym tle.

– Jakiś film. Są napisy, więc wyłączyłem dźwięk, nie chciałem cię budzić – skłamał.

– Już za późno – uśmiechnęła się i wtuliła w jego ramię. – Jezu, co to takie sztywne? – skrzywiła się, dotykając policzkiem materiału.

– Cały dzień malowaliśmy, uwaliłem się cały – powiedział i splunął mimowolnie. – Widzisz, nawet w ustach mam to świństwo – wycedził gorzko.

***

Klara opowiedziała mi tę historię następnego dnia. Śmiała się. Miała na sobie tę samą koszulkę, w której była, kiedy się poznaliśmy. I ja również się śmiałem. Mimo że farba na twarzy Ryśka, farba na koszuli i spodniach Ryśka, a zwłaszcza farba w ustach Ryśka, to nie była farba. To była krew.

Spojrzałem na jej mądre oczy wycelowane w niebo i piekło. Trzymaliśmy się za ręce. Pomyślałem, że zostanie po nas coś więcej niż rozwiązane trampki.

Na przykład kłamstwo. Nie jakieś małe półprawdy czy zmyślone historyjki, ale najprawdziwsze kłamstwo. Takie, które tępi świat najbardziej. Zabija go i tworzy nowy. Nieprawdziwy, ale być może piękniejszy. Prawda, że nieprawda.

 

Kajetan Szewczyk – rocznik 1992. Urodzony we Wrocławiu, od przeszło 20 lat mieszka, żyje i tworzy w Warszawie. Magister filozofii, autor piosenek, felietonów i opowiadań, wierszokleta, raper (solowo jako Kadet Szewczyk, frontman zespołu no:widzisz), zdarza się, że dziennikarz. Uprawia literackiego rock’n’rolla na blogu sztalugaimis.wordpress.com.

Ilustracje wykonali:

Maria Jeleńska (20 lat) – z Warszawy, studiuje Communication Design oraz Domestic Design w School of Form w Poznaniu. W wolnej chwili zajmuje się historią sztuki i designu. Uwielbia chodzić po muzeach i przesiadywać w nich długie godziny. Interesuje ją także fotografia – gdzie tylko może, zabiera ze sobą aparat. Lubi jazdę na nartach. Jest instruktorem narciarstwa i jeśli tylko ma taką możliwość, wyjeżdża na obozy narciarskie. Instagram: @marysiajelenska

oraz 

Jacek Vasina (ur. 1998) – absolwent I Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie, student pierwszego roku School of Form w Poznaniu. Zajmuje się ilustracją, malarstwem i projektowaniem. Instagram: @jacekvasina

Facebook
Follow by Email