Ilustrowała: Monika Kloc

 

Jowita Kania-Stachura – opowiadanie

Wyspa

Z niebytu wyciąga mnie miarowy szum. Leżę na brzuchu, nienaturalnie wygięty, z policzkiem wciśniętym w coś miękkiego i szorstkiego. Jest mokro i ciepło. Zeszczałem się czy co? Nie mam siły otworzyć oczu. Poleżę jeszcze chwilę i zaraz się zbiorę. Ruszę choćby palcem. Próbuję napiąć mięśnie, ale ciało nie słucha. Boli. Zdycham. Zdycham jak nic. We własnych szczynach. I nie mam nawet siły wpaść w panikę. Może już nie żyję? A ten szum? Fale? Co tu robi morze? Gdzie ja jestem?  W głowie karuzela pytań, ale nie mam czasu zastanowić się nad odpowiedzią, bo czuję, że coś dźga mnie w żebra, tak jak się dźgało patykiem zdechłą mysz albo żabę znalezioną na łące, żeby mieć pewność, że całkiem umarła. Boli, więc próbuję krzyknąć, ale ledwo udaje mi się stęknąć. Z wielkim trudem uchylam jedną powiekę i przez małą szparkę widzę tuż przy swojej twarzy wielkie stopy z grubymi paluchami. I kij. Ten, który czułem pod żebrami. Nad moją głową toczy się rozmowa, w której bardzo chciałbym brać udział, ale coś mi mówi, że będzie trudno.

– To truchło jęczy – oznajmia niski, chrapliwy głos.

– Zdycha. Jutro trzeba wrócić, żeby go zakopać. Inaczej będzie smród – dopowiada drugi głos, wyraźnie młodszy od pierwszego.

– Coś ostatnio tylko padlinę wyrzuca. Dawno nic świeżego nie znaleźliśmy – stwierdza głos chrapliwy, a w mojej głowie eksplozja. Co to kurwa jest?! Hannibal Lecter jakiś? Może by mnie tak jednak ktoś chociaż spróbował uratować!

– To tylko tak źle wygląda. Jest poobijany, poparzony od słońca, ale nie widać otwartych złamań. Rekiny go nawet nie ruszyły – trzeci głos należy do kobiety. Czuję ogromną wdzięczność do trzeciego głosu. Prawie go kocham.

– E tam! Trzeba go będzie taszczyć taki kawał do osady. Wrócimy jutro. Jeśli do tego czasu nie zdechnie, to się zastanowimy – odpowiada ten młody.

Gdybym miał trochę więcej siły, to bym leniwemu gnojowi pokazał. Zapada cisza. Pewnie myślą, co ze mną zrobić. Resztką sił staram się okazać swą żywotność wzmożonymi jękami. Chyba udaje mi się zrobić odpowiednie wrażenie, bo kobieta przesądza o moim dalszym losie.

– Brać go. Jak się wykuruje, może być z niego pożytek.

Ostatnia myśl, która  kołacze mi w głowie, to ta, że kobiety są jednak nieskończenie mądre. Potem już tylko ból i znowu nicość.


Budzę się w przyjemnym zielonym półmroku. Powoli moje ciało zaczyna współpracować z mózgiem. Przy posłaniu, na którym leżę, stoi kobieta. Przyglądam się uważnie jej pogodnej twarzy, okolonej siwym, grubym warkoczem. Stoi mocno, na szeroko rozstawionych nogach, ręce oparła na biodrach, jakby za chwilę miała wyciągnąć colty. Nikt jej nie podskoczy. Na pewno nie ja.

– Proszę, proszę, śpiący królewicz otworzył oczka. No! Cieszę się, że się wylizałeś i wyszło na moje – poznaję głos mojej wybawicielki.

– Gdzie ja jestem? – udaje mi się wymamrotać przez zaschnięte gardło.

– W mojej chacie – odpowiada kobieta, mieszając coś na prymitywnym palenisku, które widzę ze swojego posłania.

– Ale co się stało? Gdzie jest ta chata?

– Na wyspie.

– Na jakiej wyspie?

– Na zwykłej wyspie – kobieta wzrusza tylko ramionami i podaje mi miskę pachnącego wywaru.– Nie gadaj tyle, tylko jedz.

Ton głosu nie pozostawia wątpliwości. Niczego więcej się nie dowiem.


Przez kolejne dni staram się wydobyć z pamięci choć skrawek wspomnienia, żeby zrozumieć, co się stało. W obawie, że cały zniknę, jak mantrę powtarzam: nazywam się Albert Jedynak, jestem dyrektorem kreatywnym największego banku w kraju, rozwiedziony, bezdzietny, rodzice nie żyją. Pamiętam, kim jestem, ale choćbym się zesrał, nie wiem, co ja kurwa robię na tej pierdolonej wyspie. Może to wyjazd integracyjny? Za dużo wypiłem? Jakaś gra terenowa? Nic. Pustka. Jestem jeszcze słaby, więc jem, śpię i obserwuję. Powoli poznaję mieszkańców osady. Wszyscy są ciekawi znaleziska z plaży. Twarzy jest dwadzieścia jeden. Przewaga mężczyzn, siedem kobiet razem z moją opiekunką Ewą, która jest najstarsza i z jakiegoś powodu wszyscy przy niej milkną. Zresztą, nawet gdy nie ma jej w pobliżu, nie mają wiele do powiedzenia. Wiedzą tyle, co i ja. Po głosie rozpoznaję Młodego, który chciał mnie zakopać. Świdruje mnie małymi oczkami łasicy i śmieje się zbyt głośno. Nie próbuję udawać, że go lubię.  Jest też ten z chrapliwym głosem. Nie jest miły, ale przynajmniej mówi, co myśli. On jeden nie cichnie w obecności Ewy. Zrozumiałem dlaczego, gdy zobaczyłem, jak swoimi wielkimi, sękatymi łapami objął jej szerokie biodra. Pasują do siebie. Chrapliwy powinien mieć na imię Adam, no ale ma Rysiek. Osada za to wygląda jak raj. Zielono, ciepło, w oddali wulkan, którego czubek przysłania malownicza chmurka. Ulotka z folderów reklamowych biura podróży polującego na menadżerów wyższego szczebla. Szefową tego raju jest Ewa. Odczuwam to mocno, gdy któregoś poranka oznajmia:

– Jesteś zdrowy. Od dzisiaj jedzenie tylko za pracę. Co potrafisz? – Zaskoczony, nie umiem przypomnieć sobie żadnej umiejętności, która przydałaby się na wyspie. Co ja kurwa umiem? Ryśkowi mam wizerunek wykreować czy pomóc Ewie ryby sprzedać? Umiem jeszcze na nartach jeździć, ale jako instruktor też tu raczej na michę nie zarobię.

Niestety Ewa nie żartuje. Udaję, że mam to w dupie i próbuję samodzielnie złowić jakąś rybę. Podglądam Młodego, który jest w tym mistrzem. Pewnie dlatego, że sam jest obślizgły jak węgorz. Wydaje się to proste, ale nie jest. Młody się ze mnie strasznie napieprza. Kutas złamany. Pod koniec dnia jestem głodny i zrozpaczony. Pomaga mi Chrapliwy Rysiek, który wysyła mnie po drewno do lasu z dwójką starszych dzieciaków. Zarabiam tak na miskę zupy. Ryby nie dostaję. Od tego dnia zostaję tanią siłą roboczą. Noszę wodę, piorę, zbieram suche drewno. Rybie głowy są dla mnie rarytasem. Próbuję być przydatny, ale nie ma co kryć, mam małe szanse na awans społeczny. Wszyscy inni coś potrafią. Ewa zna się na ziołach i sporządza różne śmierdzące mikstury, które podobno leczą. Zęby, krosty, ukąszenia i zaparcia. Z taką nie zadrzesz. Rysiek zakłada wnyki i przynosi mięso, Młody – ryby. Gotują, zbierają, polują, budują. Wszyscy są potrzebni. Przez chwilę nie mogłem się połapać, co porabia taka jedna, ze sterczącymi cyckami, bo wydawało mi się, że niewiele. Czasami tylko widywałem ją, jak pomaga Ewie, a tak snuła się i wylegiwała. Zrozumiałem jednak, że sobie radzi, jak zobaczyłem Młodego, który z wywieszonym jęzorem pędził do jej chaty, niosąc największą rybę. Nic za darmo.

Krzątam się od świtu do nocy. Pochłania mnie to tak bardzo, że nie mam czasu myśleć. Któregoś dnia przychodzi jednak opamiętanie. Co ja kurwa robię? Przecież trzeba stąd wypierdalać. Są telefony, Internet, samoloty. Tutaj musi być jakaś cywilizacja. To nie ma sensu. Nie ma białych plam na mapie. Na pewno jakiś miliarder ma willę po drugiej stronie wulkanu, a te matoły tutaj siedzą i udają robinsonów. O co chodzi? Jak nic sekta albo kręcą jakiegoś Big Brothera w głuszy. Nerwowo rozejrzałem się za ukrytymi kamerami i telefonami satelitarnymi. Życie jest gdzie indziej. Praca w banku może była wyczerpująca, ale przecież stać mnie było na dwutygodniowe wakacje w dowolnym miejscu świata. Mogłem wyrwać każdą laskę, kupić sobie Forda Mustanga i dobry garnitur. A tu co? Podarte gacie i seks za ryby. Żebym chociaż umiał je złapać.

Cały dzień siedzę tępo wpatrzony w jeden punkt, ale w środku wrze kipiel. Ewa zerka na mnie z niepokojem, ale o nic nie pyta. Wieczorem wszyscy zbierają się przy ognisku i przynudzają o pogodzie i rybach. Nie wytrzymuję i wrzeszczę.

– Czy was całkiem popierdoliło To kurwa nie jest życie! Dosyć tych przebieranek i udawania. Tam, za tą jebaną górą, jest cywilizacja, karty kredytowe i zimne piwo. Nie ma tu sensu siedzieć. To już nie jest zabawne. Chodźmy stąd, zanim całkiem powariujemy! Zbierajcie się. Idziemy.

Odpowiada mi głucha cisza i tylko Młody uśmiecha się drwiąco pod nosem. Nie pozostaje nic innego, jak odejść. Ociągam się, licząc w głębi duszy, że moja histeryczna mowa poderwie innych na nogi. Może choć jedną duszę uwiodę. Człapię powoli i nie mam już nadziei, gdy słyszę za sobą chrapliwe wołanie.

– To żeś wybrał porę  na romantyczne zrywy. Masz tu od Ewy trochę jedzenia na drogę. Nie lubi, jak jej ciężka praca idzie w piach, więc uważaj na siebie. I nie łaź po nocy, bo nogi połamiesz. Do zobaczenia.

Dotąd nie słyszałem, żeby Rysiek tyle słów naraz wypowiedział. Jestem wzruszony, chciałbym go objąć i powiedzieć, że będzie mi go brakowało, ale ten szybko odwraca się i znika w krzakach. Zostaję sam i nie wiem co dalej, więc postanawiam posłuchać Ryśka i przenocować na plaży, nie oddalając się zbytnio od osady.

W porannym słońcu nic nie wydaje się łatwiejsze. Planowanie nie jest moją mocną stroną, ale muszę zdecydować, w którą stronę pójść. Może na wschód? W ten sposób będę miał słońce za plecami. Najrozsądniej będzie pójść wzdłuż plaży. Jeśli to faktycznie wyspa, to ludzie muszą tu jakoś przypływać. Dojdę do jakiejś przystani czy portu. Obliczam, że w ciągu godziny mogę przejść około pięciu kilometrów. Odliczając czas na odpoczynek i szukanie wody, dam radę maszerować przez 6 godzin dziennie. W ciągu tygodnia, maksymalnie dziesięciu dni, powinienem dotrzeć do jakichś ludzkich siedzib. Dzielę jedzenie od Ewy na dziesięć porcji. Szału nie ma, ale pocieszam się, że na pewno uda mi się znaleźć jakieś owoce.

Wędrówka początkowo jest przyjemna. Wiatr od oceanu łagodzi upał, a wybrzeże jest naprawdę piękne. Trochę doskwiera mi samotność, więc śpiewam głośno wszystkie piosenki, jakie znam. Słowa zmyślam. Po trzech dniach nie mogę już słuchać swojego głosu, jestem cały czas głodny i bolą mnie pokaleczone stopy. Po pięciu dniach rzygam tym rajskim krajobrazem. Pragnę zobaczyć beton, złom i plastikową tandetę. Muszę długo ze sobą walczyć, żeby rano się podnieść i dalej iść. Zjadłem już prawie wszystko, co miałem. Pocieszam się myślą, że musi być już blisko i zaraz zobaczę pierwsze szyldy: „Wolne pokoje”. Po siedmiu dniach zaczynam tęsknić za Ewą i Chrapliwym Ryśkiem. Może osada nie jest najbardziej rozrywkowym miejscem na ziemi, ale ma swój urok. Praca w banku, jak się głębiej zastanowić, też była chujowa. Zaczynam głodować. Marzę o rybiej głowie. Nie mam na nic siły. Słońce świeci mi prosto w oczy. Na szczęście znajduję wodę i jakieś owoce, które wyglądają na jadalne. Po ośmiu dniach mam sraczkę po wodzie i owocach, ale ciągle idę. Dziesiątego dnia przestaję wierzyć, że gdziekolwiek dojdę. Może to jakaś nieprzebyta puszcza amazońska i najbliższe siedziby ludzkie są trzy miesiące drogi stąd? Może powinienem wrócić? Wlokę się noga za nogą. Muszę wyglądać jak zombie. Późnym popołudniem dostrzegam na piasku odcisk stóp. Kawałek dalej ślady po ognisku. Mój mózg jest wprawdzie zajęty myśleniem o jedzeniu, ale pomiędzy fantazje o pieczonym kurczaku i zupie pomidorowej wdziera się jednak myśl, że są tu ludzie. Oby mieli telefony komórkowe. Przyśpieszam kroku. Ściemnia się, ale idę dalej. I tak nie mógłbym zasnąć z emocji. Nagle między drzewami dostrzegam blask ognia. Przez moment robi mi się nawet trochę smutno, że to już koniec, że może mogłem zostać trochę dłużej, odpocząć. Odpędzam te dziwne uczucia i pewnym krokiem wychodzę z krzaków. I wszystko staje się jasne. Ewa przygląda mi się z niepokojem, a Młody uśmiecha się zjadliwie pod nosem. Nikt nie jest zdziwiony.

– Jesteś. Długo ci zeszło – mówi Ewa i podaje mi miskę zupy rybnej. Smakuje wspaniale. Zerkam znad miski na twarze innych. Boję się, że zobaczę w nich drwinę, ale nic takiego nie dostrzegam. Rozmawiają o połowach i pogodzie. Znowu. I wtedy doznaję olśnienia. Wiem, co będę robił. To, z czego żyłem od lat.

– Opowiem wam, jakie dziwne zwierzęta spotkałem po drugiej stronie wyspy. Któregoś razu nocą obudził mnie śpiew. Wstałem i zacząłem się skradać w kierunku, z którego dochodził i nagle… – zawiesiłem głos. Wszyscy zamienili się w słuch, a Rysiek wstał i dolał mi zupy.


Jowita Kania-Stachura – jedna z laureatek konkursu na opowiadanie organizowanego w ramach Festiwalu Góry Literatury. Słuchaczka podyplomowych Studiów Literacko-Artystycznych (SLA) Wydziału Polonistyki UJ.

Monika Kloc (ur. 1995) – absolwentka liceum plastycznego w Jarosławiu oraz warszawskiej APS na kierunku edukacja artystyczna w zakresie sztuk plastycznych. Zafascynowana historiami kryminalnymi oraz seryjnymi mordercami, a zarazem miłośniczka słodkich zwierzątek, głównie pand wielkich. Pod względem artystycznym najbardziej interesuje się grafiką komputerową, przede wszystkim malarstwem cyfrowym (digital painting), bo to tradycyjne zupełnie jej nie wychodzi. Instagram: @monikak.art

Facebook
Follow by Email