Joanna Witczak – jedno opowiadanie

Ilustrował: Tomasz Grabowicz

 

Joanna Witczak – jedno opowiadanie

Kiedy musisz zdjąć but, a masz wielką dziurę w skarpecie

Przymknął swoje udręczone oczy i z głuchym westchnieniem oparł się o krzesło. Od kilku godzin rzeźbił raporty, żłopał litry czarnej kawy, rezygnując z kurtuazji filiżanki i przechylając od razu kawiarkę. Ta lawina kofeiny strawiła wszystkie połacie magnezu w jego organizmie, a na horyzoncie nawet nie majaczył upragniony koniec pracy. Dłubiąc w przekrwionym oku, pozwolił sobie na słodką wizję dezercji z korpokrainy, lecz dezercji z przytupem, z wykrzyczaną w kierunku korpokróla plątaniną obelg, nazwaniem go owrzodzonym penisem w stanie permanentnego spoczynku, z rzuconą klątwą nieuporania się z nacierającymi deadlinami. Och, jakżeby był szczęśliwy, gdyby mógł wydobyć się z tej korposzczurzej klatki, odprawić egzorcyzmy na swojej ścieżce zawodowej i dostać się do wyśnionej pracy, do której chodziłby z przyjemnością, z uśmiechem na twarzy, gdzie owijanie kanapek w papier pakowy odbywałoby się przy akompaniamencie wesołego pogwizdywania. Taką pracą byłoby obsługiwanie klientek w sklepie obuwniczym, oczywiście w renomowanej firmie, nie w barachle z klapkami dla turpistów, które w błyskawicznym tempie zobrazują rozkład materii, drogi sklep dla majętnych kobiet, z pięknym obuwiem, eleganckim, wysmakowanym, wykonanym ze skóry najwyższej jakości. Marzył o tym od lat, jednak przywiązał się do finansowego komfortu, płynącego z bycia korpozakładnikiem, poza tym obawiał się demaskacji, obnażenia słabości, a pracowanie w sklepie z obuwiem na pewno podwyższyłoby ryzyko. Mógłby przecież stracić panowanie nad sobą, zachować się jakoś dziwacznie, wzbudzić niepokój w przełożonych. Dreszcz trwogi pognał po jego karku, gdy wyobraził sobie, jak ktoś przyłapuje go na brandzlowaniu się na zapleczu, z damską szpilką numer 38. przystawioną do nosa.

Tkwił w samym środku cyklonu imprezowego, palił papierosa i czekał aż kolega z pracy przestanie wykonywać żałosne akrobację, aby uwieść podchmieloną blondynkę przy barze. Ta z wdzięczności wypijała zamawiany alkohol, jednakże najwyraźniej była za mało pijana, aby dać się skusić na pożółkłe zęby, lico buldoga z nadwagą i rubaszne komplementy.  Zrezygnowany powrócił do stolika, łyknął łapczywie zawartość kieliszka i warknął ni to do siebie, ni to do swojego towarzysza:

– Niewdzięczna kurwa.

– Co tam u twojej żony?

– No tak, skoro już zacząłem temat… – podchwycił, niezwykle uradowany swoją błyskotliwością, wodząc ślepiami łowcy po sylwetkach kobiet. – Ta pomarszczona pizda tylko narzeka i narzeka, że za mało czasu jej poświęcam, że zrobiłem z niej sprzątaczkę, a prawda jest taka, że po studiach wróciłaby do tej swojej zapyziałej wiochy, gdybym się nad nią nie zlitował. Zresztą to nic, ostatnio to jej całkowicie odpierdoliło. Mówi do mnie, że skoro dzieci już duże, to ona chce iść do pracy. Na to ja, że do jakiej pracy chce iść, skoro całe życie siedziała w domu i nic nie robiła, tylko od czasu do czasu kurze ścierą powycierała. Na starość jej zupełnie odpierdala, chce mi się rzygać, gdy patrzę na jej wysłużone wymiona. – Tak oto rozpoczął wylewać jad na swoją nieszczęsną drugą połówkę, na jej obwisłość i nieatrakcyjność, wprost proporcjonalnie uzupełniając płyny o kolejne kieliszki wódki.

– Stary, tak bardzo ci zazdroszczę, że nie związałeś się z żadną hydrą, one naprawdę potrafią wyssać całą chęć życia, gorzej niż nasza praca.

Nie mógł opanować poczucia zażenowania, że towarzyszy mu ta nędzna kreatura, zapijaczona i coraz bardziej zdesperowana, aby zanurzyć swoją smutną krewetkę w pochwie jakiejś imprezowej niewiasty, noc gęstniała, smród gęstniał, a w nim gęstniała niechęć do świata. Ogarnęła go silna potrzeba powrotu do domu i zagłębienia się w swoje internetowe skarby: przejrzenia kolekcji obuwia na nadchodzący sezon, tym razem sekcja z botkami, wyświetlenie na projektorze filmu instruktarzowego z masowania stóp, a później dokumentu o kobiecie, która straciła w wypadku samochodowym ręce i odkryła w swojej stopie pokłady artystycznego drygu, co wykorzystuje w malowaniu portretów. Uśmiechnął się do swojego pomysłu, jego penis lekko drgnął z radości, czas zostawić tego knura, niech tapla się w morzu wódki, niech wyda umiłowane dukaty na czyszczenie obrzyganej tapicerki w taksówce, niech piekło kaca doprowadzi go na krawędź rozpaczy, adieu, mój wstrętny kompanie! Dobry nastrój wyparował z niego, gdy tylko wypełznął z pubu i zaczął wnikać w noc, starość otuliła go szczelnie – tyle młodzieży wokół, młodzieży pijacko rozhulanej, rozbudzonej, łakomej, umykającej wewnętrznej cenzurze. Dziewczęta nieźle obłowiły się na wyprzedaży garażowej gwiazdy porno, te ich kusicielskie dekolty, które nie umknęły uwadze śliniących się chłoptasiów, coweekendowy okres godowy, młodość spajająca się w grzechu, bez gry wstępnej, bez zapoznawczych pytań o ulubiony film i potrawę, wielkie miłości rozmazujące się jak numer telefonu nagryzmolony na ręce. Był niepasującym elementem w tym krajobrazie, rozrywką dla ludzi w jego wieku jest zbieranie grzybów, grzyby ciągnie do grzybów, powinien obejrzeć program przyrodniczy, pozmywać naczynia, nakarmić kanarka i pójść spać. To nie jest miasto dla starych ludzi. Przygnębienie przyspieszyło jego kroki, jeszcze silniej zapragnął zaszyć się w swojej dziupli, przemknąć niezauważenie, jak to czynił przez całe swoje życie, czmychnąć tak, żeby nie zostać rozdeptanym pod podeszwą buta. Do uszu napływały mu krzyki, piski i dźwięk zbitych butelek, czuł, że niepokój wbija się pod skórę niczym potłuczone szkło, rozsypane obficie po chodnikach, postanowił ukrócić swoją męczarnię i udać się na autobus nocny.

Były jedynymi osobami na przystanku. Mocno uwikłane w pijackie historie, gibiące się, chichrające, dwie dziewczyny z chlupoczącym winem we krwi, dwie anonimowe sikoreczki, które przyfrunęły na przystanek i umilają sobie czas ćwierkaniem. Nie uraczyłby ich najmniejszą uwagą, gdyby nie fakt, że kątem oka zarejestrował ich nieprzeciętne obuwie. Obie miały małe stopy, rozmiary: 36 i 37, blondynka z okularami na nosie: czarne mokasyny, skóra, druga, rudowłosa, z kruszącym się tuszem do rzęs, całkowicie pijana: obuwie czarne, eleganckie, sznurowane, z wysoką, białą podeszwą, drogie. Tak bardzo pragnął dotknąć tych małych stópek, które skrywały się w pięknych butach, chciał te stópki masować, lizać, podziwiać w oddali, obcinać paznokcie, malować paznokcie, obgryzać zębami paznokcie, nie robić z nimi nic, smarować olejkami, zmuszać te stopy do rozgniatania owoców na posadzce, później chciał te owoce zlizywać z posadzki, chciał, aby te stopy kroczyły po piasku, żwirze, drewnie, trawie, jego twarzy, chciał, aby zmiażdżyły mu czaszkę swoimi stopami, pragnął, aby ich palce u stóp znalazły się w otworach w jego ciele, chciał być władcą tych stóp, tak jak pożądanie zawładnęło jego penisem i napompowało krwią.

– Bardzo ładne buty – stwierdził spokojnie, nie zdradzając stanu, który go ogarnął. Sikoreczki podniosły swe oczęta, otoczone nimbem rozmazanego makijażu.

– Serio? Wszyscy mi mówią, że są babcine! – Odrzekła blondwłosa sikorka, uśmiechając się. W tym uśmiechu nie kryło się nic uwodzicielskiego, wiedział bowiem, że dla takich młodych, atrakcyjnych dziewcząt nie jest smakowitym kąskiem. Jego aparycja była utkana z przeciętności, brakowało mu jedynie swetra z Carry, żeby wywołać falę ziewania. Nie odznaczał się ani sprawnością umysłu, ani ostrością dowcipu. Wiązało się to jednak z pewnym pozytywnym aspektem – budził on zaufanie, powleczenie przeźroczystą błoną sprawiło, że ludzie czuli się przy nim swobodnie, niemal zapominając o jego istnieniu. Jakby na potwierdzenie tej konstatacji rudowłosa obwieściła, chybotliwie podnosząc się z ławki:

– Idę szczać. – Minęła go, odeszła kilka kroków od przystanku i kucając oddała swój hołd Bataille’owi. Wlepianie oczu w idealnie wypolerowane mokasyny było jedyną oznaką jego popędów, dał się wtłoczyć w leniwą i przyjemną pogawędkę z sikoreczką mokasynową, zdradziła mu, że hulały na Off Garbarach, były w Twojej Starej, trochę się upiły i że wracają do niej do mieszkania, bo ta szczająca nie mieszka w Poznaniu, sam zaś opowiedział jej nudną historię o nudnym wypadzie z kolegą z pracy. Sikoreczka rudowłosa wróciła, a jego podniecenie wzmogło się, gdy dojrzał kilka kropel moczu lśniących na czubku jej buta, myśl, że musi coś zrobić, że nie może przepuścić takiej okazji, uporczywie wżynała mu się w umysł.

– Jak się nazywacie?

– To jest Asia, a ja jestem Misia – odpowiedziała mokasynowa. – A ty?

– Piotr.

– O kurwa, nienawidzę tego imienia. Bądź Tomkiem. – Sikoreczka z białymi podeszwami nagle zaplątała się w wymianę zdań, opadając z powrotem na ławkę. Pomyślał sobie, że zrobiłby wszystko, łącznie ze zmianą swojego imienia, gdyby tylko pozwoliłaby mu zlizać kropelki moczu ze swojego buta.

– Mogę być dla was Tomkiem. Ile macie lat?

– Dwadzieścia dwa. – Nie wyglądały na swój wiek, miały twarze młodszych dziewcząt, dopiero co rozkwitających pączków. Nagle w jego głowie rozbłysnął plan. Irracjonalny. Postanowił jednak zaryzykować.

– Nie może być! To jest niemożliwe, wyglądacie znacznie młodziej! Znam pewną metodę, zaczerpniętą z księgi buddyjskich mistyków, która pomoże mi zweryfikować wasz wiek. –Zdumiewała go jego własna pewność siebie, energicznym ruchem pochylił się do nogi jednej z sikoreczek, tej z białymi podeszwami, położył jej stopę na swoich kolanach, ona chichotała, jej stopa na jego kolanie, dokonał cudu, ale jeszcze czuł nienasycenie, zaczął pozbawiać ją buta, z namaszczeniem zdjął jej czarną skarpetkę, obnażając malutką stópkę, gołą, niewinną, nieskalaną, bez żadnej wyuzdanej łydki. Miała rozpryśnięty czerwony lakier na paznokciach – rozczuliło go to. Piękna śnieżnobiała stopa, rozanielił go ten widok. Mamrotał pod nosem jakieś przypadkowe liczby i zaczął dotykać słodkich paluszków, wyobraził sobie, jak druga sikoreczka, Michalina, wypełnia miednicę wodą i zanurza stopy swojej towarzyszki, jak z czcią obmywa jej stopy, on by te stopy osuszył swoim przyspieszonym oddechem, niech Mefistofeles go przygarnie do siebie, wszak ta chwila jest piękna i powinna trwać, nie patrzył już na sikoreczki, nie obchodziło go, że, mimo pijaństwa, zaczęły odczuwać niezręczność tej sytuacji, masował stopę całym swoim jestestwem, swoim członkiem, swoją męskością, rdzeniem, esencją.

– Sorry, dziewczyny, muszę iść siku, zaraz wrócę – wymamrotał pospiesznie.

– Stara, on zajebał mi skarpetkę.

Joanna Witczak (ur. 1994) – mieszka w Poznaniu, kiedyś upora się z pracą magisterską z mediów interaktywnych i widowisk. Związana z teatrem na kilku płaszczyznach: autorka dramatów dla dzieci, instruktorka teatralna, widzka. Pisze krótkie formy prozatorskie. 

Tomasz Grabowicz (ur. 1992) – uczeń Szkół Artystycznych ROE na kierunku grafika komputerowa, absolwent studiów filozoficznych. Wyraża się poprzez projektowanie mody miejskiej. Fan street artu oraz hip-hopu. Instagram: @zakazciszy.