Enormi Stationis – jedno opowiadanie

Autor ilustracji:
Jacek Vasina

Pomieszczenie 6.24

„…Zmagazynowany gdzieś
między dachem a piwnicą
rozmyślam o nieskończoności.
Nieskończoności biurek.
Nieskończoności krzeseł.
Nieskończoności szaf”.

Witold Sułkowski, Kosmos

1. Budzik

Poranek, szósta rano, dźwięk, brzdęk, hałas, ciepłe łóżko, mokra od potu piżama albo wilgotne ciało, pora wstać. Nikomu się nie chce, bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, status społeczny czy grubość portfela – trzeba. Niektórzy nie śpią sami, niektórzy mają żony albo mężów, kochanki bądź kochanków, z którymi chcą czy też muszą spać. Wszyscy oni także się budzą. Szybki poranny seks – raz, ciach-mach – albo poranna masturbacja, kibel, prysznic, makijaże, szafa, lustro, szybka kawa bez śniadania, kilka papierosów, wiadomości, pies, kot albo dzieci. Wszyscy są spóźnieni. Wszyscy biegną po nowy dzień, po słońce, po uśmiech, po życzliwość, po radość i po pieniądze – lecz nie ja.

Ja nie chcę wstawać. Ja chcę spać. Nie chcę wychodzić z mojego ciepłego łóżka, spod kołdry, która wyciera moje mokre od nocnego potu ciało. Rano w łóżku jestem z reguły sam, niekiedy tylko sypia u mnie przypadkowa kochanka bądź przypadkowy kochanek. Nie czeka na mnie ani pies, ani kot, ani dzieci. W końcu wstaję. Kawę także robię sobie sam, potem zazwyczaj palę, poranny prysznic bez onanizmu, toaleta, garderoba… Jestem już spóźniony, ale nie biegnę. Każdy, nawet najpiękniejszy dzień, blask słońca, poranny świergot ptaków, uśmiech sąsiadki na schodach psuje mi prozaiczna perspektywa, że muszę pójść do pracy.

2. Droga

Wychodzę. Idę, chociaż nogi wolałyby iść gdziekolwiek indziej tylko nie tam, nie do tego gniazda os, nie do tego gniazda żmij, nie do tej chatki na kurzej łapce, nie do tego urzędu z dala od szosy. Czekam na autobus – może nie przyjedzie? Daleko w prawdzie nie mam, mógłbym pójść piechotą… Wolę jednak poczekać – i tak jestem już spóźniony, jak zwykle z resztą. Przyzwyczaili się już chyba do tego. Poza tym – po co mam się śpieszyć? Do czego? Do widoku tych wstrętnych, wykrzywionych i ciągle niezadowolonych twarzy, tych zakazanych mord z fałszywym uśmieszkiem na ustach? W pracy i tak nic nie robię. Odliczam tylko osiem godzin, siedząc i popijając kawę albo grając w gry. Czasami myślę tylko o tym, aby jak najszybciej wrócić do domu i oddać się rozkoszy czerpanej z onanizmu, jak każdy urzędnik w Polsce pierdolę wszystko i wszystkich. O! Przyjechał autobus. Wsiadam, jadę. Kurwa! Kontrola! Nie mam biletu. Często jeżdżę na gapę. Nie stać mnie na bilet. Wypłatę będę miał dopiero za cztery dni, a żyć jakoś trzeba. Trudno, najwyżej będę miał kolejny niezapłacony mandat. Dojeżdżam. Wysiadam. Jestem w pracy.

Gabinet, biuro, pokój – zwał jak zwał, w końcu i tak jak więzienie – mam na ostatnim piętrze. Spóźniłem się na pierwszą urzędową kawę z koleżankami, ale zdążyłem na drugą, która właśnie się parzy. To samo pierdolenie, dociekanie, wypytywanie o to, co się stało, że jestem tak późno, gdzie byłem, kiedy mnie nie było… Lista niepodpisana chyba od trzech dni, nie lubię chodzić do pokoju pań kadrowych. W ogóle nie lubię tu przychodzić. Zaraz wpadnie sekretarka ze swoimi dyrdymałami: zatańczy, zaśpiewa albo puści bąka. Dzisiaj w planach ma przesadzanie kwiatów, potem wyjście na obiad, może jakieś zakupy, o ile wystarczy jej czasu w pracy. Centralna administracja rządowa w rzeczy samej. W departamencie pracuje nas garstka, każdy skrzywdzony przez los: sami eksperci, specjaliści, administratorzy, prawnik nieznający się na prawie, zwariowana sekretarka i dwóch niepełnosprawnych dyrektorów. Jakoś to jest. Wesoło jak cholera. Każdy z innego układu, w różnym wieku i w różnych celach, aby tylko się przypodobać albo sprzedać dyrektorowi generalnemu za śmieszne 3 000 złotych brutto. Istny burdel. Kilka telefonów, obowiązkowo jakaś odprawa pracowników nie wiadomo po co – panta rhei… Czasami jest śmiech, czasami płacz, jak to wśród kobiet w czasie menopauzy, dykteryjki z PRL-u, kłótnie, ugody, imieniny, urodziny i plotki. W sumie to niech pierdolą, co chcą – jestem ponad tym wszystkim. Przychodzę, skoro muszę, chociaż nie wiem, jak długo jeszcze będę miał cierpliwość i siłę to znosić. Tutaj wiedzą, jak wykończyć człowieka, zwłaszcza metodą manipulacji. Czyżby to już fajrant? Czas wracać do domu. Odpocząć trochę od tego pierdolnika, gdyż nic chyba tak nie męczy, jak nicnierobienie w pracy.

3. Pokój

Dzisiaj do pracy przyszła kolejna nowa osoba, ma siedzieć ze mną w pokoju. Ciekawe jak to wytrzyma? Podobno mam bardzo trudny charakter i dziwne usposobienie, szczególnie w pracy. Cóż? Początek dobrze się zapowiada: trwa przemeblowanie – dziesięciu urzędników z wydziału administracyjnego musi przynieść: biurko, fotel, dwie szafy, kredens, szafkę na buty i odzież wierzchnią. Komputer dostanie pewnie za dwa tygodnie, przecież na pewno nie przyszła tutaj, żeby pracować. Pierwsza kawa – w jednym z moich kubków – z nową koleżanką, zapoznanie, rozmowa, udawanie – nie wytrzymaliśmy – wszystko już teraz wiem… Wiem nawet, jaki rozmiar chuja ma dyrektor generalny. Potem nieustanne wycieczki urzędników do naszego pokoju, zastępy kolegów i koleżanek pragnących obejrzeć nowy okaz w urzędzie, pod pretekstem uzupełnienia dokumentów, nowe plotki, nowe romanse, przecież siedzimy razem przez osiem godzin sami w jednym pokoju. W końcu wypadałoby robić cokolwiek w pracy – najprzyjemniej i najciekawiej – seks. W pracy przeszkadza tylko dyrekcja i niekiedy prawnik, który z nudów cały czas przesiaduje w naszym pokoju, niczym w kawiarni. Sekretarka również od czasu do czasu szaleje. Przyszedł czas na dyrekcję, ma jeszcze bardziej przesraną robotę od nas, a pieniądze niewiele większe. Jednego prawie ciągle nie ma, wciąż niby w delegacjach albo na spotkaniach służbowych. Mówią, że leczy się w godzinach pracy gdzieś w przychodni. Drugi zaś ciągle pije zamknięty w pokoju, prawdopodobnie nie może wytrzymać z nerwów w pracy. Nie dziwię się wcale. Świadomość człowieka, który pracuje całe życie w jednym ministerstwie, musi być naprawdę przykra i boląca, w dodatku zaczynać jeszcze w Polskiej Republice Ludowej. Dziś nie jest jednak lepiej – takie same układy, znajomości, wspólne przekręty, oszustwa – błędne koło. Do tego pozorna wygoda i nieróbstwo zmuszają ludzi do przyjęcia swojego losu z pokorą. Cudowna i realna wizja prześlizgiwania się przez całe życie z jednego stanowiska na drugie bez odpowiedniego przygotowania merytorycznego powoduje, że uczy to ludzi sposobu przemęczenia się do emerytury, żeby w końcu szczęśliwie i spokojnie umrzeć. Umrzeć po ciężkim trudzie i mozole pracy. Umrzeć po mitrędze dla własnego dobra albo z powodu dobra, którym była praca dla ojczyzny. Uczy w końcu znosić piekło zgotowane przez pracę i przez ludzi w pracy. Dla wielu wszystko to ciągle stanowi jedyny sens życia i wciąż wydaje się bardzo prestiżowym zajęciem, niemal nobilitującym do tego stopnia, że zmusza niektórych do targnięcia się na własne życie. To nie dla mnie! Niestety, trzeba pracować i cieszyć się z faktu posiadania stałego zatrudnienia, zwłaszcza dziś, kiedy umowa o pracę jest największym marzeniem wielu młodych ludzi.

4. Generał

Każdy nowy dzień w pracy nie różni się niczym szczególnym od poprzedniego. Codziennie ten sam pokój, to samo biurko, to samo krzesło, ten sam komputer, ci sami ludzie, te same obowiązki, tylko różne problemy. Każdy zna swoje miejsce w szeregu – służba cywilna; jedni uprzejmie donoszą, drudzy manipulują, trzeci świetnie się bawią, jeszcze inni są tak wystraszeni, że odnosi się wrażenie, iż boją się własnego cienia, więc pracują. Wszystkim kieruje i zarządza dyrektor generalny – przy pomocy innych dyrektorów, których sobie sam wybrał bądź musiał zrobić dyrektorami z przymusu. On zresztą najlepiej ze wszystkich bawi się w pracy. Jest ustawowym twórcą tego całego teatrzyku. On zatrudnia, on zwalnia, on awansuje, on w końcu degraduje – wszystko może. De facto ma większą władzę w urzędzie od ministra, a zarobki, jak się mówi, podobno lepsze od premiera. On także wszystko najlepiej wie, jeżeli mądrze poustawia sobie ludzi, tak jak u nas.

5.Bramka

Recepcja, kancelaria, ochrona, stanowiska do obsługi głuchoniemych klientów instytucjonalnych i najgorsze szuje – wszystko na parterze. Poza rozpakowywaniem i pieczętowaniem kopert oraz obsługą telefonu najważniejszym, ich zadaniem, jest patrzenie na bramkę. Żeby wejść albo wyjść, trzeba odbić legitymację przez to urządzenie. Następnie donośny dźwięk: bing – i zdjęcie, droga do windy wolna. Niektórzy nie jeżdżą windą. Boją się spotkań bliskiego stopnia. Niektórzy boją się spojrzeć w twarz kolegom, tak paskudne opowiadają o nich rzeczy za ich plecami. Wszystko i tak każdy o każdym wie. Najważniejsze, kto przyszedł, o której godzinie, jak jest ubrany, z kim wchodził, z kim rozmawiał, z kim się wczoraj pierdolił, tak jakby wszystko każdy miał wypisane na twarzy. Szybki telefon do pań kadrowych bądź sekretarki dyrektora generalnego – wszyscy w końcu ciężko pracują, wszystko już wiedzą, wszyscy są szczęśliwsi i spokojniejsi. Dziś nie jadę windą, nie chcę spotkać w niej mojego dyrektora, on także zazwyczaj się spóźnia. Wchodzę po schodach na ostatnie piętro.

6. Departament

Na schodach słychać już krzyki i płacze w departamencie. Sekretarka pokłóciła się z jedną z koleżanek. Nihil novi sub sole! Raz na dwa tygodnie musi nastąpić oczyszczenie atmosfery. Niekiedy wezmą się nawet za włosy i trzeba interweniować. Dyrekcja nie zwraca już nawet na to uwagi, mając nadzieję, że się nie pozabijają. Prawnik siedzi i się śmieje z koleżanką ode mnie z pokoju. Kawa, opowiastka, robota leży. Dyrektor wyjątkowo był dzisiaj wcześniej, ale i tak już go nie ma. Poszedł na spotkanie z innymi dyrektorami, zapewne dobrze się bawi. Drugi wyszedł do apteki po lekarstwo na ukojenie nerwów. Ogólnie wszystko w porządku. Nadchodzi czas na nasze grupowe wyjście na obiad, następnie pewny donos sekretarki i pań z recepcji, potem opierdol, dzień jak co dzień. Czasami bywają ciekawsze dni. Zdarzają się intrygi, podglądanie, podsłuchiwanie pod drzwiami, poszukiwanie w departamencie zaginionego diamentu, który wypadł koleżance z pierścionka i jej narzekanie na zarobki albo tłumaczenie nam, jak to ciężko jest zapracować na chleb, w końcu niekiedy awantury pracowników z dyrekcją w rodzaju: zrobi czy nie zrobi. Pierdolę! Idę zapalić! Dopóki dyrektor generalny był palący, wszyscy urzędnicy palacze mogli wychodzić na patio, nawet zimą. Tempora mutantur. Niestety, odkąd przestał, jest kategoryczny zakaz palenia w urzędzie. Wszyscy muszą wychodzić przez bramkę na ulicę. No cóż? Na pewno piękny widok. Na szczęście palą także panie kadrowe, więc chociaż do tego nie będą mogły się przypierdolić. W departamencie się uspokoiło – na pozór. Prawnik czyta kodeks pracy, nie wie, jak wypisać na jutro wniosek o urlop na żądanie. Koleżanka z pokoju uczy się czwartego języka. Ja siedzę i gram w grę komputerową. Sekretariat zamknięty na klucz. Dyrektor jeszcze nie wrócił z kawy i już go dzisiaj pewnie nie będzie. Drugi też zamknięty w pokoju odbywa swój popołudniowy relaks. Najcięższa praca odbywa się w pokoju obok, w punkcie obsługi turystycznej ministrów. Tydzień zajmuje specjalistce-bileterce rezerwacja biletu! Procedury, instrukcje, zalecenia, konsultacje międzydepartamentowe – wszystko na nic! Biega przez tydzień po urzędzie, przeklina, w końcu płacze. Do nas już nie przychodzi po pomoc, w ogóle ma zakaz wstępu do naszego pokoju. Konfidencji i wrednej głupocie powiedziałem definitywnie: NIE!. Z bezsilności zwykle wyżywa się na słabszej sekretarce albo terroryzuje innych urzędników w punkcie ksero, wyliczając im zużyty papier albo toner do drukarki. O, 16.15! Czas do domu. Kto wymyślił, aby wszyscy pracownicy wychodzili o jednej godzinie? Pogram sobie jeszcze trochę, przynajmniej nie zostanę zadeptany przy wyjściu.

7. Dyrektorzy

Dyrektorów w urzędzie mamy wielu. Z reguły każdy departament posiada swojego szefa i jego zastępcę. Tak naprawdę pracują zastępcy, ludzie o wiele bardziej doświadczeni i zdyscyplinowani. Poza koordynacją pracy w komórce organizacyjnej muszą także pilnować swojego przełożonego – dyrektora. Dyrektor zazwyczaj dostaje się na to stanowisko w służbie cywilnej po znajomości, potem obowiązkowo ogłoszenie w Biuletynie Informacji Publicznej, fikcyjny konkurs, 7 000 albo 10 000 złotych brutto i załatwione. Od tej pory musi być tylko pajacem tańczącym do melodii, jaką zagra mu dyrektor generalny. W końcu po to zrobił go dyrektorem. Po prostu coś za coś – musi się tylko słuchać. Inaczej będzie źle! W urzędzie jest kilka kategorii dyrektorów. Do pierwszej kategorii w większości zaliczają się głupi, ale bardzo dumni ludzie – bo udało im się osiągnąć taki sukces. Wszyscy w jakiś sposób są uzależnieni od siebie albo znają się od lat z innych urzędów. Tworzą towarzystwo wzajemnej adoracji, wspólne spotkania przy kawie, obiady, plotki i rozrywki. Przeszkadza im tylko dyrektor generalny, na którego widok mało nie zesrają się w gacie i kłaniają mu się głęboko w pas. On śmieje się z nich i bawi się nimi. Oni z kolei frustrację przelewają na pracowników swoim mendowatym zachowaniem. Wprowadzają zamordyzm w pracy, aby poprawić sobie samopoczucie widokiem biednego, roztrzęsionego strachem urzędnika. Do drugiej kategorii należą dyrektorzy z konieczności. Ludzie o wiele bardziej wpływowi, niż sam dyrektor generalny. Musiał ich zatrudnić, bo sam tkwi pewnie w jakimś układzie. W końcu także w jakiś sposób został dyrektorem generalnym. Są to ludzie nierzucający się w oczy, którzy potracili wysokie stanowiska, hańbiąc się defraudacją publicznych pieniędzy, kreatywną księgowością albo ustawionymi przetargami na dużą skalę. Często na łbie mają CBA albo wyroki sądowe zakazujące im wykonywania pracy na takich stanowiskach. Manus manum lavat. Cóż? Ze względu na układ nadal pracują, w końcu trzeba pracować. Na szczęście zasada drzwi obrotowych w administracji publicznej działa i umożliwia im to świetnie. Któż jest to w stanie sprawdzić? Jest jeszcze trzecia kategoria dyrektorów, którzy sumiennie wykonują swoją pracę zgodnie z powołaniem. Szanują pracowników i vice versa, tych jednak niestety jest najmniej. W każdej kategorii zdarzają się oczywiście wyjątki, szkoda tylko, że u nas pracują same okazy.

8. Mobbing

Praca w centralnej administracji rządowej to permanentny i zhierarchizowany mobbing, to polityka firmy, to gwarancja ładu, porządku i dyscypliny w pracy, to w końcu metoda na sprawne działanie państwa. Prześladuje każdy każdego. Wszyscy prześladują dyrektora generalnego, dyrektor generalny podlegających mu dyrektorów, dyrektorzy naczelników i sekretarki, naczelnicy i sekretarki pozostałych pracowników. Pracownicy prześladują siebie nawzajem. Do tego krępują ich wszystkich siatki powiązań i układów, konotacje rodzinne i łóżkowe. Bycie w pracy to ciągłe prześladowanie, donoszenie, stawanie się oprawcą bądź ofiarą w procesie manipulacji, a większa nieludzkość daje szansę na wyższe wynagrodzenie i awans. Dla mnie to nienormalność, którą należy zaakceptować jako normalność, aby móc przeżyć w takiej pracy. Najgorsze, że to wszystko tworzą koledzy kolegom. Zastanawia mnie, kto tu jest normalny? Ja czy oni? Już wiem. Heureka! To ja jestem normalny! Ja się do tego nie nadaję. Nie pasuję do tego miejsca. Czuję, jak powoli umieram wśród tych pomieszczeń, biurek, krzeseł, dokumentów. Muszę się uwolnić. Nie chcę torturować się dłużej i wykańczać tak siebie i innych. Nie wiem, może powinienem wystrzelić się w kosmos? Przerwać tę autodestrukcję, ten urzędowy autosadomasochizm. Przecież nie po to studiowałem tyle pięknych rzeczy, żebym teraz musiał robić takie brzydkie. Na studiach także nie było łatwo. Uniwersytety również rządzą się swoimi prawami. Ja jednak nie chcę dłużej tak żyć i pracować w taki sposób! Nie idę tam więcej. Zwalniam się. Kończę z tym.

9. Pobudka

Poranek, szósta rano, dźwięk, brzdęk, hałas, ciepłe łóżko, mokra od potu piżama albo wilgotne ciało, pora wstać. Nikomu się nie chce, bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, status społeczny czy grubość portfela – trzeba. Niektórzy nie śpią sami, niektórzy mają żony albo mężów, kochanki bądź kochanków, z którymi chcą czy też muszą spać. Wszyscy oni także się budzą. Szybki poranny seks – raz, ciach mach – albo poranna masturbacja, kibel, prysznic, makijaże, szafa, lustro, szybka kawa bez śniadania, kilka papierosów, wiadomości, pies, kot albo dzieci. Wszyscy są spóźnieni. Wszyscy biegną po nowy dzień, po słońce, po uśmiech, po życzliwość, po radość i po pieniądze – lecz nie ja.

Ja nie chcę wstawać. Ja chcę spać. Nie chcę wychodzić z mojego ciepłego łóżka, spod kołdry, która wyciera moje mokre od nocnego potu ciało. Rano w łóżku jestem z reguły sam, niekiedy tylko sypia u mnie przypadkowa kochanka bądź przypadkowy kochanek. Nie czeka na mnie ani pies, ani kot, ani dzieci. W końcu wstaję. Kawę także robię sobie sam, potem zazwyczaj palę, poranny prysznic bez onanizmu, toaleta, garderoba… Jestem już spóźniony, ale nie biegnę. Każdy, nawet najpiękniejszy dzień, blask słońca, poranny świergot ptaków, uśmiech sąsiadki na schodach psuje mi prozaiczna perspektywa, że muszę szukać wymarzonej, nowej, lepszej pracy, którą może kiedyś w końcu znajdę.

 

Enormi Stationis (Bartosz Radomski) – filolog klasyczny, poeta i tłumacz. Autor dwóch tomów poetyckich. Mieszka i pracuje w Warszawie.

Ilustrację wykonał:

Jacek Vasina (ur. 1998) – absolwent I Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie, student pierwszego roku School of Form w Poznaniu. Zajmuje się ilustracją, malarstwem i projektowaniem. Instagram: @jacekvasina

Facebook
Follow by Email