Ilustrowała: Agnieszka Muszyńska

 

Eliza Kącka – jeden esej

 

Sowa drażni Mi nerwy

(o Wejdź do mnie Baczewskiego ze skokiem w twórczość nowszą)

 

„Sowa Minerwy wylatuje w godzinach urzędowania burdeli
i krąży nad pobojowiskiem zmarnowanych szans”
M. K. E. Baczewski

 

Mamy prawdziwie dzikiego poetę. Kogoś, kto wie, kim był Rimbaud – i nuci z dłońmi ziemią brązowemi (a ściślej: smarami, bo nieobca mu brudna i niespektakularna praca fizyczna). Mamy poetę z Zawiercia – a poczytajcie sobie o Zawierciu, tej krainie niepodatnej na mitologizację, bez narracyjnego seksapilu. O czym można w Zawierciu pisać? O niespełnieniu, zapewne, o straconych zachodach miłości. Czy zresztą tylko w Zawierciu, czy nie pisałby tak w (i o) każdym podobnym mieście? Cytuję z wierszy użyczonych przez Autora:

Nie wiem jak to się stało, że wszyscy w tym mieście umarli.
Komu był niepotrzebny blacharz Stanisław Kot z ulicy Ptasiej?
Co zawinił aspirant Jan Kołodziej, że go szlag trafił,
i to w piątek wieczór? Dlaczego Piotr, Antoni, Brianek
i Maria; żył, żył, żył, żyła? Czemu towarzysz Cichoń
Wiesław i ppor. …nryk Piotr…? Dlaczego właśnie oni?

Wygasły wspaniałe dynastie monterów. Kto im usprawiedliwi
wiekuistą bumelkę? A przejściowy zastój na odcinku robót?
Weźmy teraz piekarzy: nie ma złych ni dobrych.
Na listę nieobecności trafili bez bułek, jakie wypiekali.
Czy według ich wypieków wypiekają ich teraz?
Karni żołnierze, bezkarni przestępcy,
cała jedenastka z lokalnego Znicza, rezerwy i trener.
Nawet duch złego warzelana z miejscowego browaru
któregoś dnia sam siebie wyzionął.

Pięć zapaleń, zator, dwie sepsy: plon ubiegłej zimy. Siedmiu
młodzianków w pożyczonym oplu, trzy wieńcówki, rak,
perforacja wyrostka: przyczyn więcej niż zgonów.
Czy aby umrzeć, potrzebny jest powód?

Wiem, że poszli nagle, bo nie zabrali ze sobą zapasu świata.
Miasto zostało, a ich tutaj nie ma. Żyli?
Być może. Troszeczkę. Trochę zbyt troszeczkę,
mniej niż mniej więcej. Czy im lepiej?
Nie chciałbym się rozwodzić nad tym „lepiej”.
Takim to zawsze lepiej w obozie wroga.

(Umarłe miasto)

Z melancholią zatem, z melancholią, i, koniecznie, z obsesją kolorytu lokalnego. Na czymś się w końcu trzeba uwłaszczyć – najprościej na małej ojczyźnie i własnym zmarginalizowaniu. Co jednak, jeśli nie chce się skorzystać z koła ratunkowego okoliczności? Gdy nie chce się poprzestać na – by użyć sformułowania W. H. Audena – „groszowym życiorysie”? Jaka w takich warunkach może powstawać poezja? Naprawdę nie wiecie? Tylko wolnościowa. A ponieważ mamy do czynienia z kimś, kto czyta – choćby się upierano, że na to nie wygląda – to zapewne przeczytał sobie między innymi wiersze brytyjskich poetów z drugiej połowy lat trzydziestych. Jest w wierszach Baczewskiego coś z pesymistycznego tonu Audena, coś z jego filozofii życiowej. Formuła: „Life remains a blessing / Although you cannot bless” (w przekładzie Stanisława Barańczaka: „Życie jest błogosławieństwem, / Choć błogosławisz nie ty”), łagodnie rezygnacyjna i cierpko-afirmatywna zarazem[1], byłaby tu dobrą ilustracją nastawienia do rzeczywistości. Mało tego, styl urządzania świata w wierszu bywa u naszego poety audenowski – z jego „prowizorycznymi pociechami”, z pracą wyobraźni, specyficznie gospodarującej rzeczami w materialnym horyzoncie codzienności (przykład od ręki: „Lodowiec napiera na kredens”). Na tym porównaniu jednak nie da się całej poetyki Baczewskiego rozegrać.

Marek Krystian Emanuel (strojny zestaw, przyznajmy) pisze bowiem jednocześnie wariacki traktat o świecie godzien własnego pseudonimu. Nie jest to traktat podniosły, patetyczny, nie. Przypomina bardziej „wizję świata pewnego młynarza z XVI w.”, który to utrzymywał, że robaki wywodzą się z sera (kto czytał Ser i robaki Ginzburga, ten wie, że – per analogiam – nawet i aniołowie wyłonili się z pierwotnego chaosu). Nie idzie mi tu o pseudonaukę, ale impuls konstruowania. Jeśli wszystko, co się już powiedziało, uzupełnić uwagą, że nasz młynarz dużo czyta – a nie są to lektury przypadkowe, lecz kanon erudyty z postmodernistyczną przymieszką wszystkiego – mamy układ odniesień, w który wpisać można tę poezję. Poezję w naszych aktualnych konstelacjach dość samotną – na co zapewne gotowy jest poeta, skoro „czytanie jest szkołą samotności” (Była sobie książka).

Tomik Wejdź do mnie, nasty w dorobku autora, zaprasza tytułem erotycznym, który jednakowoż nie jest synonimiczny z inaczej nagabującym „wejdź we mnie”. „Do mnie” nie tylko uniedosłownia, lecz także intymizuje przestrzeń spotkania – i przestrzeń wiersza. Albo inaczej: czyni tę przestrzeń literacką. Jest to zresztą oczywiste w kontekście wierszy takich właśnie:

czy jesteś, miła, przekochana do końca,
czy ktoś jeszcze przyjdzie, by ciebie przekochać,
aż kiedy rozejdziesz się w szwach i pękniesz,
a twoje kartki pofruną w świat z szybkim wiatrem?

(Kochać / czytać)

Czy Baczewski utrzymuje, że miłość jest papierowa? Nie, bynajmniej, ale – podobnie jak lektura – jest przechodnia. Przechodnia – bo przechodzi; przechodnia – bo oddaje światu obiekt na dalsze przekochania lekturowe/miłosne. Jej przechodniość powoduje, że zbywa się sentymentów, demitologizuje trwanie, nie rezygnując jednak wcale z emocjonalnych więzi z międzyludzkim konkretem: z sytuacją, gestem, aktem, słowem – z engramami miłości. Oczywiście, samo jej rozpamiętywanie – a tego sporo w tomiku – bywa egotyczne i sprowadza się do kolekcjonowania własnych reakcji, odczuć, strat. Taka negatywna kolekcja, kolekcja niespełnień i sceptycznych recept, ma swoje źródło nie tyle w złych doświadczeniach ze światem, co w swego rodzaju filozofii niezawłaszczania. A ta rządzi nie tylko wyżej cytowanym obrazem poetyckim. Weźmy fragmenty z Love meansleave: „Pożyczyłem życie, oddam je chętnie”, „Nie chcę już więcej szczęścia, / nie chcę już powietrza, / moje życie chce spać. Tak, ale idę do ciebie” i „Już późno, już za późno, / chodź mnie spać”. Tęsknota za bliskością („nie chcę już czytać o tym, chciałbym tym być”) wcale nie stowarzysza się z utopią posiadania i z zaklinaniem, by coś było naprawdę („Prawda jest owocem, możesz ją zjeść”). Owszem, „naprawdę” z porządku miłosnych obietnic zastępuje „naprawdę” ciała, które chce drugiego – i „naprawdę” niosącego świat miłosnego rytmu, który jednak nie od nas zależy. Weźmy wyimek ze Sztuki miłości:

Zaczyna się od tego, że człowiek czuje chemię.
To znak, że dopadła nas miłość fizyczna.
Wszystko to razem nosi nazwę biologii.
Potem następuje krótka lekcja wuefu,
teraz przychodzi czas na rachunki.

Czy to lekcja cynizmu? Nie, to lekcja poezji konkretnej (jeśli za wizualność podstawić fizjologię). Krzywimy się? Niepotrzebnie, przecież pragmatyka miłości ma się nijak do jej poetyzacji. Że to nie tylko fizjologia? A czy wiersz tak twierdzi? Wiersz nie twierdzi, wiersz próbuje zagrać na naszych nawykach poznawczych. To zresztą dotyczy nie tylko miłości:

kiedy patrzę na ciebie, myślę
o zasilaczu do mojego komputera

On jest zepsuty.
Ty jesteś taka świeża i dobra
I też mogłabyś nie działać.

(Kiedy patrzę na ciebie, myślę)

Jaka logika rządzi tego typu stwierdzeniami? Co to za styl? Trudno o wskazanie aktualnych krewniaków po piórze, a zbyć kwestię stwierdzeniem o prowokacji, absurdalności, specyficznym poczuciu humoru trudno. Jest jednak pewne podobieństwo z typem wierszowania poetki, która od poetyki, do której piję, odeszła. Mam na myśli Ewę Lipską z lat siedemdziesiątych. Spójrzmy:

dziecko (…)
rozpłakało na głos szklankę (…)
Ustalono miliardy praw. Kwadryliony
ustaw. W kwarantannie
zamknięto dwoje podejrzanych:
Adama i Ewę.
(Bóg patrzy na to wszystko
siedząc w kuchni
i nawijając na widelec spaghetti)

(Lęk)

Bóg Lipskiej, który „jeździ / tym co my / pociągiem towarowym” i nawija spaghetti na widelec, jest jakoś spokrewniony z Bogiem Baczewskiego (nie piję tu do tomu Wejdź do mnie, lecz do całości dorobku poety). Lipska funduje nam zaskakujące przejścia od sensu do sensu, od obrazu do obrazu, w których nie ma precyzji metafizyki Leśmianowskiej, jest za to uderzenie niespodziewanym, energia paradoksu. Uderzenie to nie dekonstruuje poważnych sensów, nie czyni tekstu irracjonalnym, lecz działa na zasadzie podłożonej w wiersz petardy. Nogi nie urywa, ale nie pozwala przejść spokojnie mimo – zwłaszcza że niewybuchy sensu, na które wpadamy, nie są egzystencjalnie obojętne. Przeciwnie, nie ma w tym wszystkim prawd łatwych i spodziewanych, zwierzę ludzkie nie może liczyć na łatwą afirmację, a historiozofia jest, nie przymierzając, równie ostra co u Hansa Magnusa Enzensbergera. Nieprzypadkowo to nazwisko przywołuję, nie tylko przez wzgląd na mistrzów pisarstwa niemieckojęzycznego, ważnych dla Baczewskiego. I nie tylko przez wzgląd na spotkanie literatury z nauką w jego dorobku eseistyczno-poetyckim. By zrozumieć powody, trzeba poczytać wiersze, w których nieoczywiste przeskoki myślowe stowarzyszają się z mocnym egzystencjalnym szarpnięciem. Człowiek Enzensbergera „sam z takim i owakim, / bouvardem i pecuchetem / mydłem i powidłem / poncjuszem i piłatem” (Camera obscura) mówi (w przekładzie Jana Prokopa): „twoje dni szarpie pospieszny pociąg / na głupie strzępki (…) rozważ to wszystko, / potem szarpnij za rączkę hamulca, / i skacz” (Zastrzelony w ucieczce). Rzekłabym, parafrazując tytuł jednego z tomików Baczewskiego, „złota myśl samobójcza” – jedna z tych, których u Enzensbergera nie brakuje. I nie tylko wtedy, gdy pisze: „Otchłań mówi: nie ma we mnie mądrości. Ocean mówi: we mnie też nie ma. Mądrość jest w lesie, tam podążają nauka, natura i wilk” (Ein WILDES Tier: gezähmt), jest Baczewski (niewyznawczym i nie zawsze wiernym) uczniem Enzensbergera. Jest nim także w podsumowaniu wiersza z tomu Fortepian i jego cień:

To wszystko, co wiemy o życiu poety,
które jest wojną bez wypowiedzenia,
i o poezji, która jest wypowiedzeniem
bez wojny.

(Ars Poetica XIX: Gdzie jest ojczyzna, której broni poeta?)

Jak ma się ten poetycki aforyzm o życiu i pisaniu[2] do patronującego tomikowi – dość przekornie – zagadnienia miłości? Otwieram tom na Romansie G-dur:

I ja kiedyś kochałem, i z mojej głowy wypadały śrubki,
stare trybiki, obluzowane cięgna, pęknięte simmeringi,
przekładnie ślimakowe, skorodowane muterki, zębatki,
nity, ćwieki, trzpienie, sprężynki iglicowe, zaworki (…)

Myślicie państwo, że ten wiersz zwinie w pewnym momencie ciąg enumeracyjny, by przejść w elegancką puentę? Nic takiego. Przeciwnie: skończy się na „pestkach, patyczkach, pustych butelkach”, przywodzących na myśl bardziej śmieci ogrodowe niż warsztat domorosłego majsterkowicza, niemniej – wpisywalnych w męskie obrządki. Dobrze, powiemy, ale jak ma się miłość do pękniętych simmeringów? Jedno na pewno: wcale nie po drodze jej z sentymentem. A jeśli z jakimś, to w poetyce bliskiej mężczyźnie zachwyconemu nad szufladą ze śrubkami, a potem odczyszczającemu się z trudno usuwalnego smaru po skończonej „sesji” – bo przecież:

Niektóre rzeczy muszą być powiedziane prosto. I to jest jedna
z tych rzecz, które muszą być powiedziane prosto.
Miłość jest do dupy.

(wiersz otwierający)

Aż tak prosto, Mistrzu Baczewski? Czy szykujesz nam jednak prostoduszne w gruncie rzeczy piosenki o zużyciu, frustracji, straconych złudzeniach? Nie, nie tak prosto – pośpiesznie odpowiadam. Baczewski nie byłby Baczewskim, gdyby nie zaburzył toku przyczynowo-skutkowego wiersza choćby i podrzuceniem nam „zimowych opon do katamaranu” jako oczywistego spadku po zetlałej miłości. Nie lekceważyłabym tego gestu, gdyż jest on w swojej nonszalancji prawdziwie rimbaudowski. Baczewskiego anarchia sensu nie wywraca całego wiersza na nice, jak to już się powiedziało, ale funduje czytelnikowi dynamiczny przeplot zwykłości (czasem wręcz kolokwialności) z niezwykłością, racjonalności z absurdem. Przechodzimy płynnie z jednego w drugie: z pesymistyczno-humorystycznych rozważań w wolne gry wyobraźni; z zagadki w rzeczowość – a przejścia te są szybkie, aranżowane w taki sposób, byśmy dostali lekkiego zawrotu głowy („Zawrót głowy może być zrobiony z literatury”) – nie od braku, lecz od nadmiaru tłoczących się sensów. Reasumując, w architektonicznej anarchii odbija się śmiały zamiar przewartościowania, odwrócenia się plecami od ról, które rozdaje społeczeństwo. I od miłości zamkniętej w słowo i rytuał, zakorzeniającej i zakorzenionej:

Czy chcielibyście, żebym wyrażał myśli?
Nie mam żadnych myśli do wyrażenia.
Wszystkie myśli zostały już wyrażone
i nie było ich wcale tak wiele.
Kocham – to nie jest myśl.

(Mówisz i masz)

W dziedzinie uczuć i fizjologii najlepiej radzi sobie „dzikie zwierzę krzyku”, ale jednak piszemy. „Ale dodajemy słowa do słów. Czy musimy robić to dlatego?” (Mówisz i masz). Ani literatura, ani miłość nie są w tym poetyckim mikrokosmosie wyklęte, bo nie ma co do nich złudzeń tak wielkich, by – po rozczarowaniu – trzeba było wystawiać im słony rachunek. Wpisane jednak w ogólniejszą kondycję wygnańca-błazna, a zarazem utracjusza bez większych pretensji do istnienia, lewitują razem z nim. „Chcecie się ze mnie śmiać? / To się dobrze składa, Bo ja akurat jestem śmieszny” (Mówisz i masz) – w tych słowach mistrz Baczewski staje jak żywy, świadom siebie i tego, że (i jak) społeczeństwo jest niemiłe. Sarkastyczny humor w wierszach Baczewskiego to zresztą jedna ze strategii rozpracowywania, lakonicznego komentowania lub demaskowania grozy życia w dowolnym wymiarze. Stąd może prozy i wiersze hodowane na pożywce z bajkowego schematu: z ulubionym bodaj Czerwonym Kapturkiem, obecnym i w tym zbiorze (Pozdrowienia z lasu). Skończę fragmentem, który nie tylko świetnie demonstruje, że świat tej poezji można by podzielić na dwie kategorie: moce i rzeczy. Że moce uruchamiają rzeczy, ale i je unieważniają; rzeczy za to sprawiają, że moce mają się na czym objawiać. Fragment ten uświadamia kruchość bycia i skłania do paradoksalnej, bezpatetycznej wdzięczności za łaskę łagodnego spadania. Weźmy ostatni wers tego fragmentu za credo-aforyzm, a zarazem skrótowy wykład egzystencjalnej topografii Baczewskiego, za model jego pode-świata:

Grunt nie jest rzeczą daną raz
na zawsze. W gruncie jest cień
i z tego cienia robią się łzy.
Spadamy w dół, póki jest dół,
bo życie dzieli nas od dna.

(W czym serce moje, w tym rzecz)

 

[1] W wierszach użyczonych do zacytowania znajduję fragment o wierszu innego poety, w którym to pojawia się formuła „gorzka prawda życia”: „Niewielu poetów z taką mocą / w swej twórczości ogarnia słowami niepojętą / tajemnicę realnego. To wiersz płynący z głębi / doświadczenia ludzkiego losu, w szczególny / sposób wypływa z autentycznego doświadczenia, / w szczególny sposób dotyka gorzkiej prawdy życia. / Jest metafizyczną odpowiedzią na wyzwanie / płynące ze strony, z pustej strony” (Ars Poetica LV: Na miłość boską, co to jest?).

[2] Zamykanie refleksji o pisaniu, o pozycji/ roli/ figurze/ losie poety (i nie tylko) w cykle Ars Poetica jest jakoś dla Baczewskiego typowe. Jego najnowsze wiersze dają pojęcie o tym, że nie porzucił tej ramy.

 

Eliza Kącka (ur. 1982) – adiunkt na Wydziale Polonistyki UW, współredaktorka antologii poezji najnowszej Poeci i poetki przekraczają granice (2011), autorka książek: Stanisław Brzozowski wobec Cypriana Norwida (2012), Lektura jako spotkanie. Brzozowski – tekst – metoda (2017), Elizje (2017) oraz Po drugiej stronie siebie (2019).

Agnieszka Muszyńska (redakcja)

Facebook
Follow by Email