Ilustrowała: Marja Cielecka

 

Eliza Gumulak – jedno opowiadanie 

 

Kalejdoskop

Ta składanka jest (podobny wstęp już chyba gdzieś się pojawił):

  • po pierwsze, efektem nasycenia żołądka po przyjściu do domu ze zjadających umysł zajęć na studiach (w studniach – tych bez dna);
  • po ente, do czego od razu przejdę, produktem nie do konsumpcji;
  • po któreś, nienadająca się do krytyki, jako że stale dokonuje samounicestwienia. Gdzieżby mogła istnieć krytyka w świecie zakładającym i akceptującym chaos i współistnienie wszystkich jednostek, w którym protony negują prawa fizyki i wznoszą bunt, chcąc zaprzestać odwiecznej (to znaczy trwającej, od kiedy człowiek je odkrył) walki między sobą.

Tak więc, drodzy nie-konsumenci, zagłębmy się w świat nie-utopii, nie-dystopii, nie-antyutopii (każde z tych słów jest swoim własnym synonimem, antonimem, memem, Lemem, Kremlem), w świat nie negowania niczego i nie potwierdzania, świat nie pozytywny i nie negatywny, nie subiektywny i nie obiektywny, świat nie pasywny i nie aktywny, świat, świat, świat… Realne pole czystej fantazji, fantastyczne pole brudnej rzeczywistości… Chyba, bo nic nie jest pewne.

Obiekt antropologiczny: jak tekst nie wpłynął na żadne plemię i jak bardzo niewzruszone biegnie sobie ich życie przez dżunglę (miasta); jak tekst pulula sobie w przestrzeni, co to wszystko ma znaczyć.

***

Łącznik pierwszy – Początek

Po ośmiu latach wracania z pracy tą samą ulicą, co zawsze, nagle odczuwam znudzenie, wyciągam więc łapsko i łapię nim grubiutką zakonnicę. Wierzga nogami, gdy ją podnoszę, odjedzie jej autobus, ale to nic, idziemy dalej. Zaczyna rzucać ciepłymi pączkami, mam twarz ubabraną marmoladą, stawiam ją w kałuży świeżutkiego, wiosennego deszczu. Idę dalej. Mijam piękne peonie i myślę: jaki sens mają piękne peonie? Sens, sens? Sześć złotych za peonię, boję się je wydać, mogą się przydać, idę dalej. Wzrok zatapiam w betonowy chodnik, mieszają się (mój wzrok i chodnik), gdy go podnoszę (wzrok), ludzie chodzą jakoś inaczej. Nogi rozkraczają im się w nienaturalny sposób, posuwistymi ruchami zataczają małe koła, zanim posuną się do przodu, wszystko wygląda jakoś dziwnie. Zatrzymuję się przy lodziarni, proszę o gałkę, kobieta albo mężczyzna (nieistotne) nakłada mi trzy, chyba mówię niewyraźnie, no nic, idę dalej. Po chwili przypominam sobie, że zapomniałam zapłacić, no nic, najważniejsze teraz to uważać, żeby nie dać porwać się do tańca żadnemu z tych dziwnych przechodniów (przetańczaczy, dziwacznych pochodni płonących żarem z zakręcenia światem) lub nie dać się przejechać hulajnodze, one też jakoś krążą w kółko, aż mam wrażenie, że jeden z człowieków w garniturze przejeżdża koło mnie już czwarty raz. Po drodze kupuję egzotyczne owoce, takie różowe i białe w środku w kropki, ktoś mi o tym mówił w mojej nudnej pracy. Docieram do mieszkania, rzucam się na kanapę, otwieram paczkę chipsów. Włączam telewizor – te same zakręcone postaci, czasem zbliżenie na kolejną to facjatę z wybałuszonymi oczami, która nie pojmuje, czemu nie może przestać się kręcić wokół każdej płytki, którą po prostu chciałaby nadepnąć, rozbebeszyć przy tym jakąś mrówkę czy zachomikować w zagłębieniu podeszwy wylazłego po deszczu ślimaka na pamiątkę tego codziennego spaceru po parku, nie pojmuje, czemu zatacza koła, zamiast iść przed siebie. Prezentują jakieś statystyki – od szóstej rano, już cztery tysiące psów zdążyło wyzionąć ducha (w Chinach przeprowadzono eksperymenty, które dowiodły, że psy mają duszę), potrącane przez szalonych kierowców na równych, betonowych ulicach. Już to chyba gdzieś słyszałam. Czy wczoraj nie mówili tego samego? Zapomniałam cyfr, które podali, wydaje mi się, że to w wieczornych mówili. Coś musi być na rzeczy. No nic, biorę kąpiel. W metalowej wannie metr na metr na metr, wypełnionej metrem sześciennym wody, rozpuszczam organiczne kawałki wyngla (najnowsza nowość, by zachować młodość – młodość, której nie mogę sobie przypomnieć), wrzucam żółtą kaczkę (kiedyś w Internecie pokazywali, że jak się je przekroi na pół i rozłoży, to można poobserwować wesołą kolonię grzybów, które po jakimś czasie od zakupu opanowują jej wnętrze i co wieczór podglądają cię, gdy się myjesz i przejmują twoje nawyki, w związku z czym możesz zobaczyć – pod mikroskopem, oczywiście – jak się pluskają w wesołej orgii powrotu do chaosu sprzed stworzenia świata) i pluskam się, pluskam, aż całe pomarszczone mam palce u stóp, wtedy wychodzę. Włączam znowu telewizję, ale zaraz wyłączam. U sąsiadów jak zwykle impreza, szklanki latają między oknami wychodzącymi na dziedziniec, cóż za wesoły sposób wznoszenia toastu reglamentowanym alkoholem. Nie mam jednak ochoty się przyłączać. Jutro znowu będzie trzeba rano wstać, odrdzewić przewód pokarmowy, powyginać się, ściągając ze sznurków zachlapane kolorowymi wymiocinami pranie i jak zwykle mi pewnie pospadają spinacze, więc będę musiała po nie biec na dół i do góry, na dół i do góry, parę razy dziennie, jak zabawa z dzieciństwa, potem kapsułki, potem do metra, hops przez barierkę, potem może jednak kwiaty na dobry dzień, kwiaty dobroci: zasuszę je między ekranami. Amen.

Łącznik drugi – Rozterki

Na piątym piętrze mężczyzna gra jazz na gitarze. Żadna szkoła mu nie każe czytać książek, czarnych, szczerbatych wyrażeń z pożółkłych kartek, rozszyfrowywać haseł z rozerwanych okładek i dokładać starań, by rozłożyć na kawałki i rozwikłać niełatwą składnię strasznego nieszczęścia na każdej stronie. Przypuszczalnie rzekłby, że słowa zawsze wloką się ociężałe.

Ten człowiek nie pochodzi z Warszawy. Prawdopodobnie nawet nie jest człowiekiem. Istnieje tylko wtedy, gdy szarpie struny starego, kremowego Gibsona i uderza nogą w sufit. Ma rytm, za pomocą którego mógłby sterować światem.

Dzisiaj wlekliśmy się słońcem, dreptaliśmy promieniami ulic stolicy, jedliśmy, kupowaliśmy, jesteśmy częścią kapitalistycznego świata. Przed Cafe Relax siedziało dwóch chłopaków, na leżakach twarzami do żółtego światła, jeden miał dłuższe włosy, też coś pili i jedli. Po paru godzinach kupiłam konwalie na skrzyżowaniu Chmielnej z Nowym Światem. Pięknie pachną. Czytam:

Sobotnie popołudnie sparaliżowało miasto duchów. Na zalane słońcem ulice (znowu żadnej chmury na niebie, ten dziwny kolor, który wszyscy uznają za najnormalniejszy na świecie) wypełzły wyjące masy kojotów. Rozlepiają naklejki koloru kosmosu z licznymi żółtymi gwiazdkami. Wyszłam w dżinsowej, haftowanej spódnicy, ręcznie szytej przez indyjską zarabiaczkę. Bronią nas. Jakiś Człowiek napisał:

Zaczyna się. Szturmują starożytne rzymskie łaźnie. Depczą kępki wodorostów z Atlantydy, których potomkami są Latynosi. Przeklinają polską wódkę i stoją w kolejce do Carrefoura Express po fajki. Agatha Christie chwyta się za głowę. Prosi loda bounty. Kosztuje nowoczesności.

Wyobrażam sobie świat bez mowy. Od dwóch lat nie zamieniłam z nikim słowa. Nie oznacza to, że nie wychodziłam w tym czasie z mieszkania czy coś. Wychodziłam, po prostu z nikim nie gadałam. I nie, też nie pisałam. Nie wyobrażasz sobie, co to za wolność – nie mieć WhatsAppa ani Messengera. Do rzeczy. Co chciałam powiedzieć, to że w tej całej sytuacji nie ma jednak nic niezwykłego: co zaskakuje, to doświadczanie świata nieopakowanego językiem. Przez dwadzieścia lat (– Przez dwadzieścia lat! – wygrażała pięścią) próbowano mnie przekonać, że znaczenia, nadawane wszystkiemu, co nas otacza, służą do przejęcia kontroli nad rzeczywistością. Nazywam, więc jestem. Nie zgadzałam się z tym (z tymi słowami). Zbyt podobały mi się momenty, kiedy mój mózg atakowała pustka – ogromna, nieskończona pustka. Zazwyczaj pojawiała się, gdy, na przykład, próbowałam wytłumaczyć komuś zadanie z matematyki, robiłam prezentację na studiach albo obserwowałam wronę siedzącą na koszu i wyjmującą z niego pudełko po pizzy. Teraz używam słów. Bla, bla, bla, słowo, słowo, słowo, byt abstrakcyjny. Ale w tamtym momencie było mi wszystko jedno, co to znaczyło. Gdy nagle przenoszę się do innej rzeczywistości i znajduję się, powiedzmy, w dżungli amazońskiej, nie wiem, że to Amazonia, ani że gęste lasy dookoła mnie to dżungla. Wszystko mi jedno.

Jakiś Człowiek może i wytworzył rzeczywistość, bo słowa, których użył, miały nadane znaczenie i ja je zrozumiałam, ale wrona nie potrzebowała rozpłaszczenia na papierze, by ją zobaczyć. Bla, bla, bla. Nie chcę takiego odłączenia. Dlatego zajmuję się przeżywaniem lub, jak kto woli, wychodzę z samsary.

Człowiek znowu zaczął grać na gitarze. Zamykam laptopa – i tak nic nie zrozumiałam – i się wsłuchuję. Tupię do taktu. 

Łącznik trzeci – Stary Świat

Krążące za niebem kosmiczne odpadki pewnego dnia, za siedmioma górami, na których szczytach rozbijające się ciała odbijają się głuchym echem, co potem niesie się wokół planety, krążące za niebem kosmiczne odpadki pewnego dnia nakłują pory ludzkich resztek i rozwiną w ich komórkach embriony budującej się przyszłości, jakby wielki plac budowy, dźwigi podnoszące wielkie betonowe palety i rzucające nimi na oślep, wielkie dźwigi przejmujące rolę dinozaurów (a rolą ich było oddać za nas życie / a rolą ich było ponieść śmierć z rąk Losu rodzaju nijakiego) i resztki ludzkie tratujące się w popłochu, niektórzy nie mają głów, innym brakuje rąk, a ci bez nóg konwulsyjnymi ruchami czołgają się jak gąsienice, góra-dół, góra-dół, plask, prosto pod czołg prowadzony przez spitego Rosjanina – nie wytrzymał presji, bo kazali mu zbyt dużo czytać na studiach, nie wytrzymał presji opresji stereotypów, podłożyły mu nogę, a raczej wiele par nóg, po których nie zostawał nawet ślad: wszystko rozpłynęło się w muzyce krzyków, burczących brzuchów sprzedawców z McDonalda i rozpaczliwych nawoływań konduktorów riksz, wozili zwierzęta, uskrzydlone konie, którym piana ciekła z pysków, a, nie, to piwna pianka, skapywała na plecy kanadyjskiego imigranta i mieszała się z jego siódmymi potami, wyemancypowały się z jego ciała, by uciec od dyscypliny, kap, kap, kap, kap, zrzuca wściekłe konie z powozu i biegnie przed siebie, rękami chwyta się za głowę, nogi w chińskich pantoflach plączą mu się – oscypkowe warkocze, dopóki nie przystaje przed księgarnią, nie było jej wcześniej, pojawiła się tylko jemu, inni wchodzili do tego miejsca i po chwili wynosili telewizory, pluszaki i róże, a on się zastanawia, na co komu tyle stron papieru, okryje się nimi, rozpali ognisko i ogrzeje, jak Indianie, Indianie taszczyli ze sobą stosy Dostojewskich i Fiodorów, i Fuckcunta, i jeszcze różne romanse, co by sobie czas umilać i nie musieć ze sobą rozmawiać, jak już ich ocieplą płomienie inteligencji, wielgachne płomienie, z których dym jakiś taki nijaki, kiedyś pradziadek opowiadał mu, jak nie dało się nadać choćby najkrótszej informacji, żadnego znaku, do niczego im nie służył ten dym, spalili więcej zapisanego mądrymi słowami papieru, nie wiedzieli, że atmosfera się przez to psuje, próbował wyjaśnić sprawę staruszkowi, ale ten nic, jak o ścianę, ścianę z betonu, dobrze, że teraz wszyscy są uświadomieni, wszystkie ściany są ze szkła, więc wiedzą, co za szkody sobie wyrządzają, trzeba się kochać, kochać, kochać i jeszcze raz – AGH! – KOCHAĆ, jeden z pluszaków upadł mu na nogę, lecz koleś, co go niósł, zaraz go podniósł, ważył co najmniej z tonę, tak, tonę, rikszarz tonie w wirze lodowatego popołudnia i wspina się na godziny szczytu, gdzie szarzy lub kolorowi ludzie zmierzają do domu, studenci na zajęcia, rikszarz stoi przed sklepem Tchibo, a klęcząca we wnęce brudna bezdomna ciągnie go za kurtkę, słabym głosem wołając:

Bon-vivant! Co tak patrzysz? Wspomóż groszem!

W tym momencie zaczyna kropić. Cztery, trzynaście, dwadzieścia jeden, czterdzieści, coraz więcej odłamków w cholerę wysłanych satelitów powraca, by się zemścić, że nie dane im było żyć na ziemi.

Łącznik czwarty – Ostatni

Z nieba spadło nam rozwiązanie: ograniczenie kontaktu z ludźmi. Gdy zaczną nas denerwować, przerywamy połączenie, uspokajamy się i zapominamy o nich. Nie istnieją. Nie istnieją kontakty z ludźmi, ludzie nie istnieją. W mieście nikt ze sobą nie rozmawia, nie zatrzymuje się, rodziny nie hasają wesoło uliczkami Aten ani się nie kłócą, nic, nic, nicość. Miłości istnieją tylko platoniczne, może i przez wiele lat do jednej osoby, by na końcu okazać się zbyt nieprzegadanymi. Przez kolejny rok ktoś budzi się codziennie z tą samą myślą o tym samym wyobrażeniu relacji dwóch cudownych osób (powiedzmy, ona kochała), która była nie wia… nie wiadomo. Nie istniała. Wszyscy chodzą samotni. Samotni podróżnicy już się nie boją. Ktoś niesie swoją aurę uliczkami Rzymu. Nie boi się. Siada przy stoliczku i zamawia pizzę, małą, tylko dla siebie, i kawę (a przy tym wspomina platoniczną gorącą czekoladę w cukierni w mieście za miastem, nierzeczywistość przechadzających się ludzi). Chwilę potem idzie dalej, prosto, krok za krokiem, krok za krokiem, skupiony i pogrążony w amalgamacie jednostek.

Koniec

 

Eliza Gumulak – studentka V roku iberystyki. Lubi czytać, grać na gitarze, rysować, pisać i zachwycać się tym, na co nikt nie zwraca uwagi. Obecnie mieszka na Wyspach Kanaryjskich. Pozdrawia.

Marja Cielecka – studentka trzeciego roku School of Form. Ilustruje między innymi niezależne pisma internetowe oraz stylizuje sesje fotograficzne. Uczy się robić animacje i klipy video. Trochę tatuuje i dużo jeździ na rowerze. Instagram: @marjacielecka

Facebook
Follow by Email