Ilustrowała: Dominika Bałdyga

 

Bartosz Popadiak – jedno opowiadanie

 

Biały kwadrat

Wszystko, jak zwykle, zaczęło się od drobnej zmiany w układzie przestrzeni.

Johan, po dekadzie spędzonej w swojej maleńkiej, niemalże raskolnikowskiej kawalerce, poczuł nagle silną potrzebę przestawienia starej komody. Dlaczego wybrał właśnie ten mebel? Brązowa komoda stała tuż obok kuchenki, gdyż jedyne pomieszczenie w mieszkaniu Johana pełniło równocześnie funkcję kuchni oraz pokoju. Naprzeciw komody i kuchenki, w odległości niecałych dwóch metrów, przy ścianie, znajdowały się łóżko i szafa. Toaletę natomiast, wspólną dla wszystkich lokatorów dwupiętrowego bloku, umiejscowiono na końcu korytarza, co dla wciąż chorującego na pęcherz Johana stanowiło conocny koszmar.

Dlaczego więc komoda? Czemu nie szafa albo łóżko? O przesunięciu kuchenki nie mogło być mowy – była zbyt wrośnięta w białą, odrapaną ścianę pokoju. Czy Johan chciał przemeblować swój pokój? Czy przesunięcie komody miało rozpocząć ten proces? Jaką konfigurację miały zatem utworzyć pozostałe meble? I jak miało to wpłynąć na życie Johana?

Johan nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań, czuł jednak palącą – niczym chora prostata – konieczność zmiany. Odpowiedzi nie znała również odwiedzająca go czasem sąsiadka – kobieta o pełnej bruzd twarzy, z małymi kępkami włosów na brodzie. Johan zwierzył się jej ze swojego planu przy herbacie, którą pili, siedząc na łóżku: „Muszę coś zrobić z tą komodą, ale jeszcze nie wiem co”. Kobieta nie skomentowała jego słów, gdyż kilka lat temu ucięto jej język. Johan wiedział o tym, jednak nigdy nie poznał szczegółów tego makabrycznego zdarzenia.

Dopili herbatę, po czym sąsiadka ruszyła w stronę drzwi. Przechodząc obok komody, musnęła ją lekko dłonią. Nie zrobiła tego jednak, tak jak dotyka się bezwiednie wszelkiej nieożywionej materii. Musnęła komodę w taki sposób, w jaki dotyka się ukochanych ciał – zwierzęcych i ludzkich, martwych i żywych. Innymi słowy, w jej dotyku była czułość. Czułość, której istotą jest lęk przed spłoszeniem dotykanego obiektu.

Johan, wciąż siedzący na łóżku ze szklanką w dłoni, wyraźnie uświadomił sobie czułość tego ruchu. Z jakiegoś jednak powodu postanowił nazwać ją w umyśle „ostateczną czułością”.

Przez cały dzień obracał to pojęcie w głowie, aż w końcu zabrał się do pracy. Swoimi zgrubiałymi od fizycznej pracy dłońmi –Johan był robotnikiem w fabryce zbrojeniowej, jak zresztą większość sąsiadów z jego bloku – zaczął przesuwać lepką od tłuszczu komodę. Pierwszy od ściany oderwał się jej lewy róg. Johan znieruchomiał, jak gdyby w oczekiwaniu, że wszechświat zareaguje na ten ruch. Nic się jednak nie wydarzyło. Zaatakował więc komodę jeszcze raz, aż w końcu, po wielu sapnięciach i strużkach potu, udało mu się ją przesunąć tak, że ukośną linią przecinała pokój. Ten, warto zaznaczyć, był pomalowany na biało, natomiast komoda miała ostry – zadziwiająco ostry, jak na tą epokę – czerwony kolor.

Johan usiadł na łóżku wyczerpany i wytarł czoło o róg prześcieradła. Kątem oka zobaczył, że drzwiczki do piekarnika w kuchence są lekko uchylone. Cichy syk, który dobywał się z tej czarnej skrzynki, uspokoił go i dał pewność, że postępuje słusznie.

 Obszedł komodę, która przecinała teraz pokój na dwie części, po czym zajrzał w puste miejsce po niej. Na brudnej i zakurzonej podłodze leżała gazeta datowana na rok… Tak, to był ten rok. Johan podniósł pożółkły papier i przewrócił kilka stron, skryty we wnęce powstałej po przesunięciu mebla. Dla wygody usiadł, opierając się o niego plecami. 

Ten rok. Wielki rok. Czarny rok. Jasny rok. Jutrzenka. Nowy podział świata. Wielka rewolucja, jakiej świat jeszcze nie widział. Jeśli wcześniejsze rewolucje były eksplozjami, ta była implozją. Gwałtownym ruchem do wnętrza. Transplantacją korzeni. Wytrzebieniem rzecznych koryt.

Johan przeglądał gazetę z uwagą, której nie poświęcił żadnej innej czynności w ciągu ostatnich dni, miesięcy, a nawet lat. (Oczywiście za wyjątkiem przeniesienia komody.) Na jednej ze stron znajdowało się zdjęcie młodego człowieka w czarnym, przypominającym kosmiczny kombinezon, stroju. Widział jego oblicze po raz pierwszy w życiu. Przez długie minuty nie mógł oderwać wzroku od rozpromienionej twarzy, którą przyozdabiały kruczoczarne loki. Dłoń Johana odruchowo powędrowała do krocza. Powoli, cicho postękując, zaczął rozpinać spodnie. Gazetę trzymał przed sobą lewą ręką, niemal dotykając nią białej ściany, a prawą wykonywał rytmiczne ruchy. Po jego policzkach ciekły łzy.

W chwili, gdy Johan był bliski osiągnięcia pełni i złączenia się ze zdjęciem, za drzwiami rozległy się czyjeś głosy. Rozmawiały ze sobą dwie kobiety. Struchlał cały i wypuścił przyrodzenie z dłoni. To natychmiast stało się miękkie i podobne do ryby wyrzuconej na brzeg.

Johan nadstawił ucha, ale docierały do niego tylko strzępy rozmowy:

„..tak, właśnie tutaj”.

„..kilka miesięcy temu, ale zanim”.

„..znaleźli. Nie, to żaden problem”.

„..kaucję opłaci zakład? Doskonale..”.

W zamku zazgrzytał klucz i do środka wkroczyła sąsiadka. Tuż za nią szła młoda, rudowłosa kobieta.

Johan wcisnął się w kąt za komodą i wstrzymał oddech. Sąsiadka stała zaledwie metr od niego, bawiąc się kępkami włosów na brodzie, podczas gdy rudowłosa zajęła miejsce obok szafy.

– Tak to wygląda – oznajmiła sąsiadka zrzędliwym głosem. – Tę komodę może pani przesunąć na miejsce albo w ogóle przemeblować. To już pani sprawa.

Po chwili wyszła z mieszkania, wręczając rudej klucze. W głowie Johana zaroiło się od pytań. Jak to możliwe, że sąsiadka mówi? Czyżby historia z językiem nie była prawdą? Dlaczego zatem udawała? Co to wszystko ma znaczyć? – pytania chłostały świadomość Johana przez długie minuty, aż w końcu ustąpiły miejsca jednemu, kluczowemu pytaniu: „Czyżbym ja..?”. Johan nie był w stanie dokończyć. Jego umysł zaciął się, niczym jedna z maszyn, które przez całe życie naprawiał w fabryce.

Sparaliżowany straszliwym lękiem wtulił się w tył komody. Nie wiedział, co robi rudowłosa i z sekundy na sekundę coraz mniej go to obchodziło.

Jedynym dźwiękiem, który docierał do jego uszu, było ciche syczenie gazu, które uparcie nie chciało stać się szumem morza.

 

Bartosz Popadiak (ur. 1993) – prozaik, poeta, tłumacz, malarz. Wiersze, prozę oraz przekłady publikował w „Kontencie”, „Wizjach”, „Odrze”, „Ricie Baum” i kilku innych czasopismach. Tłumaczony na ukraiński oraz rosyjski. Wielbiciel krain nieunijnych. Pochodzi z Nowej Huty, mieszka w Krakowie. W październiku tego roku ma ukazać się jego debiutancka powieść Podzwonne dla Instytutu.

Dominika Bałdyga (21 lat) – studentka Communication Design w poznańskiej School of Form. W wolnych chwilach uczęszcza na wykłady z bałkanistyki, jak również na różne sposoby poszerza swoją wiedzę o świecie podwodnym. Potrafi stworzyć coś z niczego. Robi biżuterię. Z pasją i radością realizuje wszystkie projekty na uczelni: od aplikacji mobilnych, przez plakaty i publikacje, po karty do gry. Gdy maluje akwarelami, znika dla niej cała otaczająca ją rzeczywistość. Spokojnie usiedzieć może tylko wtedy, gdy czyta książkę. Instagram: @tusi_petki

Facebook
Follow by Email