Ilustrowała: Monika Kloc

 

Andrzej Głuszak – jedno opowiadanie 

 

Buty w kolorze beige

Siedziała na kontuarze w kuchni, on poszedł tylko po szklankę wody, a miał w domu takie śmieszne szklanki w kształcie plastykowych jednorazowych, jak co są kubki do ciepłych napojów w automatach, na przykład powleczone brązową warstwą cieplną na zewnątrz, a w środku białe. Siedziała w sukience, no, niby nowej, w jakieś kwiatki na czarnym, akurat przed kolano była, to jak jechała rowerem i zawiało, to coś można było zobaczyć, doźrzeć co nieco można było nawet. Buty były nowe zdecydowanie, takie jakby jak z ludzkiej skóry, w kolorze tych kredek, co ich zawsze do rysowania ludzi brakowało, bo były tylko w zestawach droższych, dwadzieścia kolorów plus: beige, różowy, ale bardziej w żółty, pomarańczowy, brązowy. Kolor ciała. Przyjemnie klekotały te buty, jak się chodziło po panelach i szurały – jak po trawie. I ona tak siedziała, merdała nogami, trochę obserwowała, jak on szuka wody, a trochę wyglądała za okno na drzewo. Przyniósł wodę w końcu, postawił tak – proszę i delikatnie podreptał (bo miał spodnie od garnituru, to żeby się nie pogięły – chociaż w sumie nigdy nie stawiał stanowczych kroków) do wielkiego pudła pianina w jasnym drewnie.

Otworzył i grał bardzo szybko, a ona patrzała na liście. Palce mu skakały, mrygały, miał wyjątkowo długie te palce, i jakby mu się zginały w dodatkowym jeszcze miejscu, chociaż to tak się tylko wydawało. Tupał trochę stopą, ale jednak się starał to ograniczyć, bo garnitur i buty miał już wypastowane na pogrzeb babci, co będzie w środę. Lepiej nie pobrudzić.

W którymś momencie wstał i niby zaczął klaskać, czy poklaskiwać bardziej — jednocześnie jednak ciągle grając, bo tak szybko grał – siedząc i grając, jednocześnie stał i klaskał, jak natchniony w protestanckim zborze. Stara drewniana podłoga skrzypiała, kurz się podniósł. Ona zwijała w palcach rąbek u spódnicy, ciągle trochę merdając nogami – jak lalka. Drzewo za oknem wydawało się nasłuchiwać.

On porwany w wir pasji, swojego konika, był jeszcze w trzech innych miejscach jednocześnie, akompaniował sam sobie na różnych instrumentach, tam brzdąkał, tu pstrykał, od czasu do czasu odchrząknął, ale jednak przede wszystkim w palcach modelował to brzmienie. Precyzyjnie, to na jednej, to na drugiej strunie, rzeźbił melodię jak domki z błota dla mrówek, dociskał klawisze z głębią, z gracją, z pasją, do samego końca, aż do szklanego kliknięcia.

W końcu wstał, urwał z nagła, pot błyszczący mu wstąpił na czoło, zachwiał się z lekka i… ukłonił grzecznie. Ona nie dała po sobie poznać, bo sama nie wiedziała do końca, jak ma myśleć. Uśmiechnęła się i skinęła głową.

Przysiadł się. Wzięli łyk wody synchronicznie z metalowej tacki. Duszność przed burzą wlatywała przez uchylone okno, co było uchylone w taki sposób, jak mogą być tylko nowe, plastykowe okna, te co mają zawiasy specjalne, że się otwiera osobno i osobno uchyla, chyba że się nie domknie i wtedy okno wypada.

Przybliżył się jeszcze ociupinkę. Położył rękę na jej kolanie. Ona nieodwrócona znowu, obserwowała drzewo ciągle. Zabrał rękę i jednym zręcznym ruchem podrapał się po brodzie. Zastanawiał się i analizował wszystkie wzory matematyczne, których go nauczyli w szkole na taką okoliczność. Ale spokojnie, mogli przecież tak po prostu siedzieć. Próbował się też na drzewo spojrzeć, dogonić ją w patrzeniu, ale akurat mu w widoku jej włosy przeszkadzały. Bo i co tam miało być, no zielone po prostu, chyba że gałąź akurat się trafi.

Położył jej dłoń na tym miejscu, co ona była wąska, a on nie. Sukienki dla dziewczyn zawsze te miejsce podkreślają. Pod żebrami jeszcze, a dopasowane jakby profilem do dłoni. I palcami przebiegł tak, jak w pianinie akord. Na co ona pozwoliła mimo początkowego wzdrygnięcia tudzież łaskotek. I tak milimetr po milimetrze w górę podróżował, aż dotarł do lepszych kości, bardziej dźwięcznych, które chętniej odpowiadały echem na stukanie palca. Echo to zresztą on ciągle robił, jak doktor, gdy szuka choroby w płucach. Ona siedziała wpatrzona w drzewo, wsłuchiwała się w klawisze żeber. Myślała o ciemniejszej chmurze i wietrze, bo się zerwał.

A on tak jeszcze bębnił, dudnił jej jeszcze trochę po tej klatce, po żebrach, ale to już tkanka była. Doszedł do tkanki i jak sobie sprawę zdał, to cofnął ten palec, a ona się na niego z najserdeczniejszym zdziwieniem popatrzyła. Skrupulatny medyk przestał osłuchiwać, muzyk przerwał koncert, a boy się zarumienił. Cofnął rękę, a że wpół drogi nie wiedział co z nią zrobić, to znów podrapał się po brodzie. Ona zeskoczyła z kontuaru, wygładziła sukienkę, podziękowała za smaczną wodę i muzykę. Wymienili uśmiech, ale wiadomo, że to wyszło niezręcznie. Przed domem wsiadła na rower i odjechała, żeby zdążyć jeszcze przed pierwszą burzą tego lata.

 

Andrzej Głuszak (ur. 1997) – pochodzi z Pińczowa na Ponidziu. Skończył drugi rok informatyki na UW, obecnie studiuje artes liberales oraz polonistykę w ramach MISH – również na UW. Lubi pisać kody i opowiadanka. Z uwagą przygląda się płytom chodnikowym i napisom na znakach. Wierzy w szczerość.

Monika Kloc (ur. 1995) – absolwentka liceum plastycznego w Jarosławiu oraz warszawskiej APS na kierunku edukacja artystyczna w zakresie sztuk plastycznych. Zafascynowana historiami kryminalnymi oraz seryjnymi mordercami, a zarazem miłośniczka słodkich zwierzątek, głównie pand wielkich. Pod względem artystycznym najbardziej interesuje się grafiką komputerową, przede wszystkim malarstwem cyfrowym (digital painting), bo to tradycyjne zupełnie jej nie wychodzi. Instagram: @monikak.art

Facebook
Follow by Email