Ilustrowała: Dorota Detalf

 

Alicja Dusza – esej

Kurwiki w duszach. Czytanie Kosendy

Czytać Kosendę, to jak być polizanym przez bezdomnego kota. Niby nieprzyjemnie, ale przyjemnie, że osiedlowy outsider wybrał właśnie ciebie, by okazać przypadkową czułość. W końcu schylasz się i głaszczesz, czując świeżo wylizane futro i skaczące po dłoni pchły. A kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy może zabrać go do weterynarza i wstawić kuwetę do łazienki, kot gryzie cię wesoło i bez pożegnania odchodzi, wywijając esy ogonem.Twój tramwaj przyjeżdża i rozstajecie się.

Czytać Kosendę, to jak nieustannie nie trafiać w stopień. Czuć rytm schodów, oddawać pamięci mięśni tę prostą czynność i nagle, bez żadnego uzasadnienia, wyrzucić stopę o trochę za daleko, poczuć uścisk w żołądku i chwilę paniki, zanim sytuacja uspokoi się na stopniu kolejnym. I tak nieustannie, schodząc z dwudziestopiętrowego wieżowca do piwnicy pełnej śliny.

Czytać Kosendę, to jak pójść do kościoła pierwszy raz od piętnastu lat i próbować włączyć się w misterium, pamiętając jedynie melodię, bez słów, czasem wspominając jakąś samogłoskę, ale nigdy nie kończąc poprawnie frazy. W końcu zakrztusić się kadzidłem i znikąd przypomnieć sobie dawny letni dzień, w którym mama wzięła cię na lody po mszy.

Za pierwszym razem nie dotarłam do końca. Za drugim nie zrozumiałam nic. Za trzecim razem zaczęłam głaskać pod prąd, bo zaczęłam podejrzewać, że skakanie po tych samych pęknięciach mi nie wyjdzie. Wzięłam więc Robodramy w zieleniakach i czytałam je po swojemu, pytając, co w tym niezrozumieniu może mówić o mnie.

Myśląc o książkowym debiucie Kosendy, należy zacząć od języka, ponieważ  zręczność autora pod tym względem narzuca się przy każdym wierszu. Teksty są magnetyzujące. Chociaż zdarzało się, że chciałam zrobić przerwę i odpocząć, kolejny wiersz wciągał mnie nagle głębiej i głębiej, trzymając w swoich ryzach, dopóki nie dotrwałam do ostatniego słowa.

Tomik wyróżnia się formą graficzną, w której występują przesunięcia wersów, fonty wyszczególniające dane tematy, wykrzyknienia i wyliczenia. Warstwa wizualna przygrywa warstwie językowej. W komputerowej czcionce, pojawiającej się w wielu utworach, nie mieszczą się polskie znaki – to taka sama przeszkadzajka jak podmienione litery,zmieniające znaczenie słów. Kosenda wodzi za nos/noc i ani na chwilę nie spuszcza z tonu. Chciałoby się poszukać ballady na tej płycie, ale najbliższy łagodniejszej formie jest edykt odpustowy: mówienie tak, którego koniec wpada jednak w charakterystyczną stylistykę. Nie ma wytchnienia i nie ma zrozumienia, od początku do końca spójną zasadą jest przeplatanie języka z frazy utartej na frazę trochę obok, zmieniającą znaczenie zdania. Taki chwyt, zastosowany raz, zwróciłby uwagę na konkretne skupisko słów. Stosowany nieustannie, najpierw zwraca uwagę na słowa, potem zdziera z języka skalp i pokazuje tłumowi: to już nic nie znaczy.

Język działa w nieustannym rozczarowaniu, podsuwając znane frazy, ale kończąc je innymi. Zamawiamy pierogi, a dostajemy naleśniki, niby to i to z mąki, ale pewne przesunięcie zostało dokonane. Przesunięcie, które w Robodramach jest fetyszystycznie powtarzane, ciągłe. Przesunięcie, które jest jedyną stałością tego języka. Wreszcie, przesunięcie, które spaja kolejne wersy, łącząc zrozumiałe i niezrozumiałe. Co więc może czytający? „Zagryzać bułę z kastetową”. „Żywić sadomasarnię”. „Salutować słońcom”. „Nie lubić prawdy”.

Gdy odgarnęłam słowa, zaczepki i graficzny pląs, potem jeszcze warstwę odwołań dostępnych głównie najntisom, na końcu skorupę jedzenia, która przewala się przez Robodramy w bulimicznym ciągu, dotarłam do mięsa.Jeśli tekstu nie da się czytać, to może tekst czyta mnie?Ze szczelnego splotu języka jak światło prześwituje ciało. Ciało, które nie jest językowe. Ciało, które jest mięsem. Ciało, które ma chuja. Ciało, które jest zwierzęciem.

„Wstąpiłem na ciało i wybałuszam wstyd”, pisze Kosenda – i tak się dzieje. Z wersów ścieka ślina, mocz, krew, flegma, pot, które odsłaniają języki sutków, penisów, genitaliów, ślinianek, bród, lędźwi, podbrzuszy, pięt, napletków, przepon i ust. Tekst robi z ciała podroby, które nijak nie chcą się ułożyć w jeden scentralizowany podmiot. Fragmenty wyją tu i ówdzie, chcą się obnażyć, pokazać, przedstawić, ale udaje się jedynie „wywalić chuja”. A to gest, który w Robodramach zostaje, jak wszystko, zdegradowany do żałosności. „Musisz zakopać w sobie dzikie”, czytam w Samaelinho przeciąża. Dzikie rozprasza podmiot. Ale Kosenda dzikiego nie zakopuje. Wyciąga je na wierzch i przemyca do wewnątrz. Wlizuje do wersów.

Rozczłonkowany podmiot, który ma ciało z mięsa, poszukuje czegoś jeszcze. Gdybym założyła Freudowskie okulary, których nie noszę, bo mi nie pasują, może dostrzegłabym jeszcze pewnego rodzaju daddy issues. Tekst szuka najbardziej niebieskiego z ojców, ale nie znajduje. Protezą wydaje się religia. Utarte frazy kościelnych pieśni i modlitw pulsują w tekście i podgrywają znanym rytmem.

Na samym końcu Kosenda pokazuje czytającemu piętkę. To może być chrupiąca piętka chleba. Może daje nam jeść chociaż piętkę, diabłu ogarek, z tego, co możemy zrozumieć w Robodramach. Jednak inna myśl przychodzi mi do głowy. Ostateczne odsłonięcie ciała. Achillesowa pięta, wygrana w przegraniu. Ostateczny dyskomfort niespójnego ciała. Czy polizać tę piętkę? Złączyć się z tekstem, który warczy, żeby go pogłaskać?

Robodramy w zieleniakach są dla mnie opowieścią o poszukującym jedności i spokoju w nie jedności. To historia o relacji ciała ze słowem, a słowa ze światem. Intymna i trudna w rozczytaniu. Językowo ponaglająca.

Alicja Dusza – absolwentka krakowskiej komparatystyki literackiej, magistrantka tekstów kultury, doktorantka kulturoznawstwa.  Bada kobiece strategie narracyjne. Krakowianka, nie z urodzenia. Publikowała w „Stonerze Polskim”.

Dorota Detlaf – jest nomadką, która wierzy w zbawczą siłę permanentnego ruchu. Zakochała się w czarnogórskich, ochrowych górach, niebieskich, watykańskich rzeźbach i oślepiającym, stroboskopowym świetle techno. Jest płynną formą, rozmarza się na myśl o Drodze Mlecznej i mówi po niderlandzku. Oprócz wizualnej stymulacji, z intymnych stanów skupienia tworzy także krótkie, słowne formy.  Publikowała już w „Blizie” i „Stonerze Polskim”. Jej zachwyty można współodczuwać na @d.dorotka, a od niedawna dzieli się też tym, co tworzy na @doryohdory.

Facebook
Follow by Email