Ahlam Mosteghanemi – fragment powieści

 

I pamięć stała się ciałem – komentarz Filipa Kaźmierczaka do Pamięci wyrytej w ciele Ahlam Mosteghanemi

 

 

Pamięć wyryta w ciele

(fragment)

 

Dzień, w którym się spotkaliśmy, był zadziwiający…

Los nie grał w nim drugich skrzypiec. Od samego początku – pierwsze. Bo czy to nie on ściągnął nas tu z dwóch różnych miast, z różnych czasów i pamięci, żebyśmy spotkali się na wernisażu w paryskiej galerii?

Tego dnia byłem malarzem, a ty – gościem pełnym ciekawości pod więcej niż tylko jednym względem.

Nie byłaś szczególnie zafascynowana malarstwem, a ja nie miałem słabości do młodszych kobiet. Co zatem sprowadziło cię tam właśnie tego dnia? Co zatrzymało mój wzrok na dłużej na twojej twarzy?

Twarze przyciągały moją uwagę. Tylko nasze twarze są nam podobne, obnażają nas, dlatego potrafiłem kogoś pokochać lub znienawidzić wyłącznie za sprawą jego twarzy.

Mimo to, nie jestem na tyle głupi, żeby stwierdzić, że pokochałem cię od pierwszego wejrzenia. Mogę za to powiedzieć, że pokochałem cię, jeszcze zanim po raz pierwszy cię zobaczyłem.

Dostrzegłem w tobie coś znajomego. Coś przyciągało mnie ku twoim, od dawna drogim, rysom, jakbym kiedyś kochał przypominającą cię kobietę lub jakbym od zawsze gotów był pokochać kobietę, która cię przypomina.

Twoja twarz podążała za mną wśród innych, twoja poruszająca się między obrazami biała tunika stała się kolorem mojego zaskoczenia i zaciekawienia… który wypełnił całą salę, mimo obecności wielu innych gości i barw.

– Czy miłość może również rozbudzić kolor, który wcześniej niekoniecznie lubiliśmy?

Ta biel niespodziewanie zbliżyła się do mnie i zaczęła rozmawiać po francusku z młodą kobietą, której wcześniej nie zauważyłem. Może dlatego, że kiedy biel zakłada długie, kruczoczarne włosy, pokrywa wszystkie inne kolory?

– Je préfère l’abstrait! – powiedziała biel, przyglądając się obrazowi. Bezbarwny kolor odpowiedział:

– Moi, je préfère comprendre ce que je vois.

Nie zdziwiła mnie głupota bezbarwnego koloru, który woli rozumieć to, co ma przed oczami. Zdziwiła mnie wyłącznie biel… nie leży przecież w jej naturze upodobanie do niejasności!

Nigdy wcześniej nie miałem skłonności ku bieli. Nie była jednym z moich ulubionych kolorów, unikam bowiem zdecydowanych barw. Jednak w tym momencie zgodziłem się z tobą bez zastanowienia. Usłyszałem, jak zwracam się do tej drugiej dziewczyny, jakbym kończył zaczęte przez ciebie zdanie:

– Sztuką jest wszystko, co nas porusza, a niekoniecznie to, co rozumiemy!

Spojrzałyście na mnie z lekkim zdziwieniem. Zanim zdążyłaś wypowiedzieć słowo, twoje oczy zlustrowały pusty rękaw mojej marynarki, schowany wstydliwie w jej bocznej kieszeni.

To był mój dowód osobisty i wszelkie moje dokumenty w jednym.

Podałaś mi dłoń i powiedziałaś z niespodziewaną serdecznością:

– Miałam zamiar pogratulować panu wystawy…

Zanim doszły do mnie twoje słowa, zauważyłem bransoletkę, zdobiącą wyciągniętą ku mnie dłoń. Wyglądała na biżuterię z Konstantyny, znanej z plecionego żółtego złota i specyficznych zdobień. W dawnych czasach nie obyła się bez takich bransoletek żadna panna młoda ani kobieta na wschodzie Algierii.

Wyciągnąłem ku tobie rękę, kątem oka dalej spoglądając na twój nadgarstek. W tej krótkiej chwili moja pamięć cofnęła się jakby na sam początek mojego życia, do nadgarstka „mamusi“, na którym podobnej bransoletki nigdy nie brakowało.

Zawładnęło mną jakieś nieokreślone uczucie… Ile to czasu minęło, od kiedy widziałem coś podobnego? Sam już nie pamiętam… Chyba ponad trzydzieści lat!

Z elegancją cofnęłaś dłoń, którą ściskałem wciąż bezwiednie, jakbym uchwycił jakiś odzyskany po długim czasie przedmiot.

Uśmiechnęłaś się do mnie.

Pierwszy raz podniosłem ku tobie oczy.

Nasz wzrok spotkał się w półmgnieniu oka. Patrzyłaś na moje nieistniejące ramię, a ja na twoją bransoletkę. Każde z nas nosiło na swoim ciele własną pamięć.

Mogliśmy przedstawić się sobie nawzajem wyłącznie w taki sposób. Byłaś jednak zagadką, którą nowe szczegóły czyniły tylko bardziej tajemniczą. Uznałem więc, że cię rozgryzę. Przyglądałem ci się w zapamiętaniu i zmieszaniu… jakbym znał cię już wcześniej i zarazem poznawał dopiero teraz.

Nie byłaś piękna pięknem odurzającym, wywołującym strach, onieśmielającym. Byłaś normalną młodą kobietą, wyróżniały cię jednak nadzwyczajne rysy twarzy, jakaś ukryta w nich tajemnica. Może w twoim wysokim czole i grubych brwiach, których naturalnie zaokrąglony kształt pozostał nienaruszony? A może w twoim tajemniczym uśmiechu i ustach zarysowanych jasną szminką, jakby ukrytym zaproszeniem do pocałunku? A może w twoich dużych oczach, w jasnobrązowych, zmieniających kolor źrenicach?

Skądś znałem te rysy… na pewno je znałem. Tylko skąd?

Z zamyślenia wyrwał mnie twój głos, wymawiający po francusku słowa:

– Cieszę się, że algierski artysta wykazał się tak wielką kreatywnością. Po chwili dodałaś: Szczerze mówiąc, nie bardzo znam się na malarstwie i nie widziałam wielu wystaw, ale potrafię wypowiadać się o rzeczach pięknych. Pańskie obrazy są wyjątkowe… Trzeba nam było czegoś nowego ze współczesnym algierskim akcentem. Właśnie rozmawiałam o tym z moją kuzynką, kiedy nas pan zaskoczył.

Wtedy zbliżyła się jej towarzyszka, żeby podać mi dłoń i przedstawić się, jakby miała się przez to stać częścią naszego spotkania i tej rozmowy, w czasie której nieświadomie ignorowałem ją od samego początku. Powiedziała:

– Madame Abdelmaula. Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać.

Wzdrygnąłem się na dźwięk tego nazwiska i spojrzałem w stronę kobiety, która przywitała mnie z, niepozbawioną pewnej arogancji, serdecznością. Przyjrzałem się jej, jakbym dopiero co odkrył, że istnieje, i wróciłem do kontemplacji twojego wyglądu, szukając w twoich rysach odpowiedzi na moje zdziwienie.

Abdelmaula… Abdelmaula…

Moja pamięć zaczęła szukać rozwiązania tego zbiegu… Bardzo dobrze znałem rodzinę Abdelmaula. Dwóch braci, żadnego innego rodzeństwa. Jednym z nich był Si Taher, który zmarł w czasie walk ponad dwadzieścia lat temu, pozostawiwszy na tym świecie córkę i syna. Drugi nazywał się Si Szarif, ożenił się przed odzyskaniem niepodległości i dziś ma może kilkoro dzieci…

Która z was jest zatem córką Si Tahera?… Której imię zostało mi powierzone na froncie wraz z zadaniem doniesienia go do Tunezji? Którą po narodzinach zameldowałem pod nieobecność jej ojca w urzędzie? Która z was była tym dzieciątkiem, które w miejsce ojca całowałem, zabawiałem i rozpieszczałem?

Która z was jest… tobą?

Mimo że wasze twarze miały w sobie pewne podobieństwo, czułem, że to byłaś ty, nie ona. Albo tego sobie życzyłem, marząc – jeszcze przed pojawieniem się jakichkolwiek barw – o tym, żeby coś nas połączyło. Zdziwił mnie ten zbieg, nagle znalazłem wytłumaczenie dla wcześniejszego wrażenia, że twoją twarz już kiedyś ukochałem. Byłaś kopią Si Tahera, kopią bardziej pociągającą.

Byłaś kobietą.

Jednak… czy to możliwe, żebyś to ty była tą dziewczynką, którą ostatni raz widziałem w Tunezji w roku 1962, zaraz po odzyskaniu niepodległości, kiedy pojechałem sprawdzić, czy wszystko z wami dobrze i zorganizować wasz powrót do Algierii? Zadzwonił do mnie potem z Konstantyny Si Szarif i poprosił o sprzedanie domu, którego zatrzymanie stało się bezcelowe. Si Taher kupił go kilka lat wcześniej, żeby przemycić tam swoją nieliczną rodzinę, kiedy władze francuskie wydaliły go z Algierii w latach pięćdziesiątych, po tym, jak przesiedział w więzieniu kilka lat za działalność polityczną.

Ile miałaś wtedy lat?

Czy to możliwe, żebyś tak się zmieniła… tak urosła przez dwadzieścia lat?!

Jeszcze raz wpatrzyłem się w ciebie, jakbym odmawiał uznania twojego albo mojego własnego wieku i tego, kim stałem się przez ten – w moich oczach tak już długi – czas.

Co cię sprowadziło do tego miasta? Do tej galerii, o tej godzinie, właśnie tego dnia? Dnia, którego wyczekiwałem z powodu zupełnie z tobą niezwiązanego… Dnia, dla którego pisałem tysiąc scenariuszy, a w żadnym z nich nie było ciebie… Spodziewałem się wszelkich niespodzianek – poza tobą.

Nagle zaskoczyło mnie moje odkrycie i poczułem strach przed spojrzeniem w twoje oczy, które z lekkim zdziwieniem obserwowały moje zmieszanie. Zdecydowałem, że zadam moje pytanie na odwrót, kontynuując rozmowę z drugą kobietą. Wiedziałem, że kiedy poznam jej tożsamość, rozwiąże się zagadka i automatycznie dowiem się, która z was… jest tobą. Jedna z was bowiem nosiła imię znajome mi od dwudziestu pięciu lat. Musiałem się tylko dowiedzieć która.

– Czy jest pani spokrewniona z Si Szarifem Abdelmaulą? – spytałem. Odpowiedziała z radością, jakby odkrywszy, że jednak mnie interesuje:

– To mój ojciec. Nie mógł się dzisiaj zjawić z powodu wczorajszego przyjazdu delegacji z Algierii. Ojciec wiele mi o panu opowiadał. Tak nas panem zainteresował, że zdecydowałyśmy się przyjść na wernisaż zamiast niego!

Cała ta spontaniczna wypowiedź dała mi dwie odpowiedzi za jednym razem. Po pierwsze, ta kobieta nie była tobą. Po drugie, poznałem powód, dla którego nie widziałem Si Szarifa pośród odwiedzających. Zauważyłem jego nieobecność i zastanawiałem się, co mogło ją spowodować – kwestie osobiste, może polityczne… a może z jakiegoś powodu unikał pojawiania się w moim towarzystwie?

Było dla mnie jasne, że nasze drogi rozeszły się przed wielu laty, kiedy włączył się do rozgrywek politycznych z jednym celem – dotarcia do najwyższych stołków. Mimo to nie mogłem udawać, że nie wiem, że mieszkał w tym samym mieście. Stanowił w końcu część mojej młodości i dzieciństwa… i część mojej pamięci. Dlatego też, z powodów czysto emocjonalnych, był jedyną osobistością algierską, którą zaprosiłem na wernisaż.

Nie widzieliśmy się już kilka dobrych lat, ale wciąż słyszałem, co się u niego działo, od kiedy dwa lata temu mianowano go attaché w algierskiej ambasadzie. Jak wszystkie posady „zagraniczne“ wymagało to licznych znajomości i mocnych łokci.

Si Szarif mógłby dotrzeć do tej, a nawet wielu wyższych posad przy pomocy samej tylko przeszłości i swojego nazwiska, które swoją śmiercią za kraj uwiecznił Si Taher. Jak się jednak okazało, sama przeszłość nie wystarczyła do zdobycia teraźniejszości i Si Szarif musiał obracać się jak chorągiewka na wietrze, żeby dojść do swojej aktualnej pozycji.

Wszystko to przewinęło mi się przez głowę, kiedy próbowałem zrozumieć te niespodzianki i poruszenia, które wstrząsnęły mną w ciągu kilku ostatnich chwil. Wszystko zaczęło się od prostej chęci przywitania pięknej kobiety oglądającej wystawę… a wyszło na to, że przywitałem moją własną pamięć!

Wróciłem więc do mojego pierwszego z tobą zdziwienia. Do wszystkich tych szczegółów, które przykuły moją uwagę od samego początku. Do tego obrazu, przed którym tak długo stałaś. Wmieszał się w to więcej niż jeden los, więcej niż jedno przeznaczenie i jeden zbieg.

Ty…

Czy to właśnie ty stałaś w tej sali i oglądałaś moje obrazy? Przyglądałaś się jednym, przystawałaś na chwilę przed innymi, wracałaś do trzymanego w dłoni przewodnika, żeby poznać nazwy interesujących cię prac?

Ty…

Więc to ty… drugie światło, padające na wszystkie mijane obrazy, jakby lampy skierowane na płótna skupiały się tak naprawdę na tobie. Jakbyś była oryginalną wersją tych prac.

Więc ty…

Stanęłaś przed małym obrazem, który nikogo dotąd nie zatrzymał. Przyglądałaś się mu ze szczególną uwagą, podeszłaś jeszcze bliżej i zaczęłaś szukać jego nazwy na liście tytułów. Wtedy dreszcz przeszedł po całym moim ciele i zbudził się ukryty w moim wnętrzu zwariowany malarz.

Kim jesteś, dlaczego stanęłaś przed najbliższym mi obrazem?

Obserwowałem ze zdziwieniem, jak mu się przyglądasz i mówisz swojej towarzyszce niedosłyszalne dla mnie słowa.

Co cię przed nim zatrzymało?

Nie był najpiękniejszy w całej galerii, był moim pierwszym obrazem, pierwszą próbą malarską. Tym razem jednak nalegałem na jego wystawienie w ramach mojej najważniejszej, jak dotychczas, wystawy. Mimo jego prostoty, uznawałem go za mój mały cud.

Namalowałem go przed dwudziestu pięciu laty. Od amputacji mojego ramienia nie minął wtedy jeszcze miesiąc. Nie próbowałem niczego kreatywnego, nie chciałem stać się częścią historii. Próbowałem przeżyć, wyjść z rozpaczy. Malowałem jak uczeń, któremu zadano na plastyce: „Narysuj najbliższy ci widok”. Tymi słowami zwrócił się do mnie jugosłowiański lekarz, który przybył do Tunezji z innymi medykami z państw socjalistycznych, żeby leczyć rannych Algierczyków. To on nadzorował moją amputację i obserwował mój stan fizyczny i psychiczny po operacji.

Przy każdej wizycie pytał mnie o moje nowe zainteresowania. Widział, że jestem coraz bardziej zrezygnowany. Nie byłem na tyle chory, żeby zostać w szpitalu. Nie byłem też zdrowy, nie potrafiłem zacząć nowego życia. Żyłem w Tunisie, byłem synem swojej ojczyzny, a zarazem obcym dla niej, wolny i spętany, szczęśliwy i zdruzgotany zarazem. Odrzuciła mnie śmierć i odrzuciło mnie życie. Byłem jak kłębek wełny… w jaki sposób jakiś lekarz mógłby znaleźć koniec nitki, żeby rozwiązać moje problemy?

Kiedy zauważył, że jestem dość wykształcony, spytał mnie, czy wolę pisanie, czy malowanie. Chwyciłem się tego pytania jak słomki, mającej uratować mnie od utonięcia, i od razu zrozumiałem, jaką receptę mi przygotowuje.

– Operację, której cię poddaliśmy, przeprowadzałem już wielokrotnie na rannych, którzy stracili na wojnie nogę lub rękę. O ile przebieg samej operacji się nie różni, jej wpływ psychologiczny jest zawsze inny. Zależnie od wieku, posady czy życia towarzyskiego pacjenta… szczególnie zaś zależy on od wykształcenia. Tylko osoba wykształcona potrafi każdego dnia spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Zmienić swój stosunek do świata i otaczających nas przedmiotów za każdym razem, gdy w życiu zajdą wielkie zmiany – powiedział. – Zrozumiałem to w czasie mojej pracy. Miałem już do czynienia z wieloma podobnymi przypadkami. Dlatego myślę, że utrata ramienia naruszyła twój stosunek do otoczenia. Musisz zbudować ten stosunek od nowa przy pomocy pisania lub malowania. Wybierz, co wolisz. Usiądź i zacznij pisać, co ci przyjdzie do głowy. Nieważne, jaką formę wybierzesz i jaki będzie poziom literacki tekstu. Ważne, żebyś poprzez pisanie wyrzucił z siebie wszystko, uporządkował się wewnętrznie… A jeśli wolisz malować, maluj. Malowanie też zdolne jest pogodzić cię ze światem, który w twoich oczach się zmienił – bo ty się zmieniłeś i zacząłeś go postrzegać i dotykać tylko jedną dłonią.

Mogłem pod wpływem pierwszego odruchu odpowiedzieć, że uwielbiam pisać i że nic innego w życiu nie robiłem poza czytaniem i – naturalnym biegiem rzeczy – pisaniem. Mogłem tak odpowiedzieć, bo i moi nauczyciele zawsze wróżyli mi świetlaną przyszłość na polu literatury… francuskiej!

Dlatego odpowiedziałem bez zastanowienia, a być może pod wpływem tej sytuacji, którą później uznałem za kiełkujący gdzieś w moim wnętrzu los:

 – Wolę malować… – Widocznie nie przekonała go moja lakoniczna odpowiedź, bo spytał:

– Malowałeś już kiedyś?

– Nie – odpowiedziałem.

– Zatem zacznij od namalowania czegoś, co jest ci bliskie. Czegoś, co najbardziej kochasz.

Kiedy zaś żegnał się ze mną, dodał z ironią lekarza, który w taktowny sposób zmuszony jest przyznać się do swojej niemocy:

– Maluj, maluj… może nie będziesz już mnie więcej potrzebował!

Pospiesznie wróciłem do mojego pokoju z jednym tylko życzeniem. Chciałem zostać sam ze sobą między tymi białymi ścianami, będącymi przedłużeniem ścian szpitala imienia al-Habiba Thamera, poza którym nie znałem w Tunisie nic. Wbrew moim dotychczasowym przyzwyczajeniom zacząłem wpatrywać się w te ściany i wyobrażać sobie, jakie obrazy mógłbym tu zawiesić. Twarze ukochanych ludzi… ukochane uliczki… Wszystko, co tam za sobą zostawiłem.

Tej nocy zasnąłem ze zmartwienia, a może w ogóle nie spałem. Słowa mówiącego łamaną francuszczyzną lekarza budziły mnie raz po raz: „Maluj”. Dziwne dreszcze przechodziły po moim ciele, kiedy w półśnie przypominałem sobie pierwszą surę Koranu. Kiedy archanioł Gabriel, niech zazna błogosławieństwa pokoju, po raz pierwszy zstąpił do Muhammada, mówiąc: „Czytaj”, usłyszał odpowiedź trzęsącego się ze strachu proroka: „Nie umiem czytać”. Gabriel odrzekł: „Czytaj w imię twojego Pana, Stwórcy” i zaczął odczytywać pierwszą koraniczną surę. Kiedy skończył, prorok wrócił roztrzęsiony do swojej żony i jak tylko ją zobaczył, zawołał: „Okryj mnie… okryj mnie!”.

Tego wieczora wstrząsały mną zimne poty. Być może spowodował je stan ciągłego napięcia, a może moje zaniepokojenie tym, że było to moje ostatnie spotkanie z lekarzem. Powodem mogła być też bardzo cienka kołdra – jedyna, którą miałem tej ostrej zimy. Skąpy właściciel nie chciał mi dać innej.

Prawie wrzasnąłem, kiedy przypomniałem sobie moje dziecięce łóżeczko i tę wełnianą kołdrę, którą przykrywałem się w czasie zimnych konstantyńskich nocy. Sam jak palec, zdusiłem pośród ciemności swój krzyk: „Okryj mnie, Konstantyno… okryj mnie!”. Nie pisnąłem wtedy ani słowa, ani do Konstantyny, ani do żałosnego właściciela pokoju. Zachowałem swoją gorączkę i swój chłód dla siebie. Ciężko jest mężczyźnie, wracającemu z frontu, przyznać się, choćby tylko samemu sobie, że mu zimno…

Odczekałem do rana, żeby za resztki znalezionych w kieszeni pieniędzy kupić przybory niezbędne do namalowania dwóch lub trzech obrazów. W wariackim pośpiechu stanąłem w moim pokoju i namalowałem konstantyński Most Linowy, Qantarat el Hibal.

Czy był to rzeczywiście widok, który najbardziej kocham? Stanąłem bez namysłu i namalowałem go, jakbym miał go właśnie przejść, jak gdyby nic się nie stało. A może był po prostu najprostszy do namalowania?

Nie wiem…

Wiem tylko, że potem malowałem go jeszcze wielokrotnie. Za każdym razem było to tak, jakbym malował go po raz pierwszy. I jakby zawsze był najbliższym mi widokiem.

Dwadzieścia pięć lat ma ten obraz, który bez dłuższego rozmyślania zatytułowałem: Tęsknota. Obraz namalowany przez dwudziestosiedmioletniego mężczyznę, którym byłem wtedy z całym moim wyobcowaniem, smutkiem i złością.

I oto stoję dziś tutaj, na innej obczyźnie, z innym smutkiem i inną złością. Z dodatkowym ćwierćwieczem na karku, z czasem wypełnionym wieloma zawodami i osobistymi porażkami… i bardzo niewieloma zwycięstwami.

Oto ja, jeden z największym algierskich malarzy, a może nawet największy z nich, jakby wskazywały na to wypowiedzi zachodnich krytyków, wypisane wielkimi literami na wernisażowych zaproszeniach.

Oto ja, mały prorok, który otrzymał objawienie tamtej jesieni w małym, lichym pokoiku przy ulicy Bab Sułejqa w Tunisie.

Oto ja, prorok poza granicami swojej ojczyzny, jak to zwykle bywa. Jakże mogłoby być inaczej, skoro żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie? Oto ja, „artystyczne zjawisko”. Jakżeby nie, skoro przeznaczeniem inwalidy jest być „zjawiskiem”, być mocnym, choćby tylko poprzez swoją sztukę?

Oto ja…

Gdzie zapodział się ten lekarz, który poradził mi wtedy, żebym zajął się malarstwem? Jego proroctwo się spełniło, nie potrzebowałem go już więcej. Tylko jego brakuje w tej ogromnej sali, w której żaden artysta pochodzenia arabskiego nie wystawiał jeszcze swoich prac. Gdzie podział się doktor Kabotsky – niech zobaczy, co udało mi się stworzyć jedną ręką… Nigdy nie spytałem go, co zrobił z moim drugim ramieniem!

I oto Tęsknota, mój pierwszy obraz. Obok daty („Tunis 57”) widnieje mój podpis, który pierwszy raz postawiłem u dołu obrazu. Dokładnie w ten sam sposób, w jaki postawiłem go pod twoim imieniem i datą urodzenia, tamtej jesieni roku 1957, kiedy zameldowałem cię w urzędzie.

Które z was jest moim dzieckiem… a które moją ukochaną? Pytanie to nie przyszło mi do głowy wtedy, kiedy widziałem cię stojącą przed tym obrazem po raz pierwszy.

Obraz w twoim wieku. Oficjalnie jesteś od niego starsza o kilka dni… W rzeczywistości jest od ciebie młodszy tylko o kilka miesięcy.

Obraz, który dwukrotnie stał się dla mnie nowym początkiem. Po raz pierwszy, kiedy wziąłem do ręki pędzel, żeby zacząć moją przygodę z malarstwem. Po raz drugi, kiedy stanęłaś przed nim ty, a ja zacząłem moją przygodę z losem…

 

przełożył Filip Kaźmierczak

 

Ahlam Mosteghanemi (ur. 1953 w Tunisie) – algierska pisarka i publicystka. Niedopuszczona do studiów magisterskich w Algierii ze względu na stanowisko zajmowane publicznie w sprawach społecznych wyjechała do Paryża i na Sorbonie uzyskała tytuł doktorski z socjologii. Sławę zdobyła wydaną w 1993 roku powieścią Dhakirat al-dżasad (polski tytuł roboczy: Pamięć wyryta w ciele). Od tego czasu uznawana za jedną z najważniejszych osobistości świata arabskiego. W swoich publikacjach porusza tematy polityczne i społeczne, takie jak relacje między kobietami a mężczyznami czy inwazja na Irak w 2003 roku. Udzielała się również jako wykładowczyni na uniwersytetach między innymi w Libanie i Francji. Wyróżniona wieloma nagrodami literackimi i społecznymi (w tym dla najwybitniejszej kobiety świata arabskiego) w Algierii i Francji, a także w Libanie i innych krajach arabskich.

Filip Kaźmierczak (ur. 1991 w Szczecinie) – Pomorzanin, islamista, tłumacz z arabskiego, niemieckiego i angielskiego. Fascynację literaturą, w szczególności arabską, czerpie z przekonania, że warto wsłuchać się w to, co inni mają do powiedzenia. Aktualnie mieszka w Berlinie.

Kuba Staszewski – czasem rysuje, a czasem nie. Niekiedy robi zdjęcia.

Facebook
Follow by Email